Limonow: Nie lubię spokojnego, głupiego życia

,
+A -A

W Rosji po prostu jest niesamowicie, tu wszystko jest popierdolone i tak jeszcze długo będzie.

Maila do Limonowa dał mi francuski pisarz Emmanuel Carrère, autor bestsellera „Limonow”. Odpowiedź przyszła prawie natychmiast. Limonow nie tylko zgodził się udzielić mi wywiadu, ale jeszcze zaprosił mnie na rozmowę do swojego moskiewskiego mieszkania. Napisał mi tylko, że mieszka na Leninowskim Prospekcie i podał numer domu. Numeru mieszkania nie zdradził. Miałam dzwonić, jak już będę pod blokiem. 

 

Tak zrobiłam. – Mój współpracownik zaraz po panią zejdzie – usłyszałam lekko zachrypnięty, charakterystyczny głos Limonowa w słuchawce. Po kilku minutach zszedł do mnie mężczyzna koło trzydziestki. Gdy wysiadaliśmy z windy, ruszył przodem i rozejrzał się po wszystkich kątach, dokładnie tak, jak to robią policjanci na amerykańskich filmach sensacyjnych. Kiedy zapytałam po co, usłyszałam, że „są ku temu określone powody”. 

 

Mieszkanie było duże, choć skromnie urządzone, po kawalersku: książki, podstawowe meble, trochę obrazków i fotografii na ścianach, głównie samego gospodarza w towarzystwie różnych ludzi. 

 

Limonow na moje pytania odpowiadał czasem szorstko, często się irytował i nawet kłócił ze mną, ale nie mogę powiedzieć, że był niemiły. Do końca nie wiem, czy sam wierzy we wszystko, co mówił, czy tylko kocha prowokacje. Dotychczas opowieści o jego uroku osobistym i charyzmie wydawały mi się grubo przesadzone, ale spędziwszy z nim prawie półtorej godziny, jestem skłonna w nie uwierzyć. 

 

Na koniec, kiedy już ubierałam się do wyjścia, bardzo zadowolony zauważył: „O, ma pani rosyjską chustkę”. Jeszcze przez próg wycedził do mnie prawie szeptem: „Proszę nie pisać podłości o mnie, samą prawdę”. Oto ona.

 

 

Ludwika Włodek: W zachodnich mediach ciągle się słyszy, że jedyną nadzieją na demokrację w Rosji jest rodząca się klasa średnia. Ale pan jakoś nie lubi burżuazji. 

 

Eduard Limonow: Nie znoszę, to prawda.

 

Dlaczego?

 

Jestem z natury artystą. Całe życie związany byłem ze sztuką. Obracałem się albo wśród ludzi sztuki, albo wśród ludzi polityki. Ale na pewno nie jestem burżujem. 

 

Ważniejsza jest dla pana literatura czy polityka?

 

Nie dzielę tak siebie. Obie te moje działalności są dla mnie równie ważne. Polityka to także sztuka. Bardzo skomplikowana, jak opera na przykład. Tu też wszystkiego jest dużo: słowa, muzyka. Polityka też przypomina poezję. W polityce nigdy nie jest nudno. 

 

Pan pisze głównie o swoim własnym życiu.

 

Nie, nieprawda. To taki chwyt stylistyczny. Tak jak fotografuje się piramidę razem z ludźmi, by ocenić jej wielkość, tak ja, żeby oddać jak najlepiej epokę, umieszczam na jej tle siebie samego. A czemu akurat siebie? No bo siebie znam znacznie lepiej niż innych. 

 

Czy to, co opisał pan w książkach – bujne życie towarzysko-erotyczne, narkotyki – nie przeszkadzało panu jako politykowi?

 

Napisałem 58 książek, tylko 12 jest w pierwszej osobie. Reszta to eseje. One mi nie przeszkadzają.

 

Jasne, że nie eseje mam na myśli. Ale czy jednak nie przeszkadzają panu takie ewidentnie autobiograficzne książki jak „To ja, Ediczka”?

 

 

Limonow to nie jest moje prawdziwe imię, tylko pseudonim artystyczny. Mój jedyny błąd był taki, że do polityki wszedłem pod tym samym imieniem. 

 

 

Kiedy w połowie lat 80. moje książki zaczynały wychodzić, mieszkałem wtedy we Francji i zaledwie garstka ludzi wiedziała, że jestem Limonow. W paszporcie do dzisiaj mam Sawienko. 

 

Jak wróciłem do Rosji, w 1993 roku, byłem już tutaj bardzo znanym pisarzem. Moje książki wychodziły od początku lat 90. w milionowych nakładach. Później, startując w wyborach do Dumy, sam domagałem się, żeby na kartach do głosowania było napisane Limonow, nie Sawienko. I komisja wyborcza się zgodziła. Ale ja sobie tym utrudniłem życie. Nie jakoś strasznie, bo czytelnicy książek i ludzie interesujący się polityką to dwa różne audytoria. 

 

A może dzięki temu, że miał pan znane nazwisko, ktoś na pana głosował. Jakimś tam Sawienką nikt by się nie interesował.

 

Też prawda. Przez to, że wszedłem do polityki jako Limonow, nie miałem żadnych większych problemów, ale jakoś wydaje mi się, że lepiej by było, gdybym zaczynał jako polityk z czystą kartą. Ale to wszystko przeszłość. Dlatego trudno mi to dziś jednoznacznie ocenić. Dziś nie wiem, jak bym zrobił, może tak samo, a może inaczej.

 

Słuchając tego, co pan mówi, co pan pisze, mam wrażenie, że wyjątkowo nie lubi pan ludzi, którzy wydają się być pana naturalnymi sprzymierzeńcami.

 

A co to, ja mam obowiązek wszystkich kochać? Kogo dokładnie ma pani na myśli?

 

Na przykład inteligencję twórczą.

 

W Rosji ona jest wstrętna, staromodna i głupia. I tyle. Traktuję ją z góry i nic w niej ciekawego dla siebie nie znajduję. Ludzie starsi, tacy w moim wieku, a nawet czterdziestolatkowie, odnoszą się do mnie bardzo źle. Za to nasza rewolucyjnie nastawiona młodzież darzy mnie ogromnym szacunkiem. 

 

„Nasza rewolucyjnie nastawiona młodzież”, czyli kto?

 

Do naszej narodowo-bolszewickiej partii przyszły dziesiątki tysięcy. Nie wszyscy są z nami do tej pory, ale wyszli z naszego kręgu.

 

Emmanuel Carrère w swojej książce „Limonow” pisze, że ciągnęli do pana „sataniści z Irkucka, Hell's Angels z Wiatki, sandiniści z Magadanu”.

 

Nie zajmuję się jakąś psychoanalizą ani rozmyślaniami, kto do nas się zgłasza. Przychodzi, znaczy nas potrzebuje. Ja ich nie uczę, nie mam ambicji przerabiać ich na własną modłę. Zgłosili się do partii, znaczy są już w pełni uformowanymi ludźmi. Nie obchodzi mnie, co ich do nas przywiodło.

 

A co pan chce z nimi, jako partia, osiągnąć?

 

Jak każda polityczna organizacja chcemy oczywiście władzy. Nie władzy dla samej władzy, a władzy, żeby zmienić kraj. Teraz to jest państwo dzikiego kapitalizmu. Mamy w Rosji dwa tysiące najbogatszych rodzin, z których każda ma kapitał ponad 100 milionów dolarów. W Rosji jest 131 miliarderów. Do pół procenta ludności należy 71 procent majątku. Dla porównania w Indiach taki sam procent najbogatszych ma tylko 49 procent. Proszę sobie wyobrazić, w Indiach, na które zawsze patrzyliśmy z taką wyższością, uważaliśmy je za wyjątkowo dziadowski, niesprawiedliwy kraj, gdzie przepych i luksus garstki sąsiaduje z biedą i poniżeniem mas. A teraz okazuje się, że to u nas jest gorzej.

 

Usiłuje mi pan wmówić, że za ZSRR faktycznie wszyscy byli równi?

 

Nie, ale obecnej przepaści nie da się porównać. Ja jako młody robotnik zarabiałem koło 300 rubli. A profesor 500.

 

To są tylko statystyczne dane. Władza radziecka żyła odseparowana od społeczeństwa. Miała dostęp do luksusów, o jakich zwykłem człowiekowi radzieckiemu nawet się nie śniło. 

 

Przepaść była, ale nie taka jak teraz. Są ludzie, co zarabiają 20 tysięcy rubli, niech pani to porówna do dochodów oligarchów, takiego na przykład Prochorowa, który ma miliardy.

 

Dlaczego pan tak pokłócił się ze wszystkimi swoimi niegdysiejszymi sprzymierzeńcami?

 

Co? Ja pokłóciłem się?

 

No tak. Kiedyś Inna Rosja byłą szeroką antyputinowską koalicją, byli w niej i nacbole, i liberałowie, i dawni antysowieccy dysydenci.

 

To nie my się pokłóciliśmy. To liberałowie zaczęli ciągnąć kołdrę w swoją stronę. Rozpad koalicji to ich wina, nie nasza. Oni w 2011 roku dogadali się z władzą i zdradzili naród.

 

Tak, tak, wiem, pana słynna opowieść o tym, jak w czasie protestów po wyborach do Dumy w grudniu 2011 roku Niemcow wywiódł ludzi spod Kremla na izolowany plac Błotny.

 

Ja się nie pokłóciłem z ludem, to jest w tym najważniejsze. A to, że pokłóciłem się z moskiewską inteligencja, z moskiewską burżuazją, to nawet lepiej. Nie żałuję, bo czego miałbym żałować. Oni są mniejszością, do niczego mi nie są potrzebni. Przy pierwszych wolnych wyborach przegrają. 

 

Pan póki co też przegrywa.

 

Póki co, póki co! Walka trwa. 

 

Czemu pan tak nie lubi tych liberałów, co oni panu takiego zrobili?

 

Tak wybrałem. Jestem sprawiedliwym i silnym człowiekiem. Nie lubię zdrajców. Nie lubię łajdaków, ludzi, którzy kłamią i mają inne cele niż te, które oficjalnie głoszą.

 

A jakie cele mają liberałowie?

 

No jak to? Teraz wśród rosyjskiej inteligencji modny jest Nawalny. Człowiek, który przez kilka lat nazywał Jedną Rosję partią żulików i złodziei. Ale jak zaproponowali mu, żeby wziął głosy miejskich radnych z tej partii, bo potrzebne mu były, żeby zarejestrowano jego kandydaturę w wyborach na mera Moskwy, to je wziął. Dla mnie to całkowity upadek. Każdy, kto ma jakiekolwiek moralne i etyczne normy, się z tym zgodzi. A potem go jeszcze, jak marionetkę z cyrku, wypuścili z więzienia, gdzie pobył niecałą dobę. 

 

Wiadomo, dlaczego go wypuścili. Chcieli, żeby ktoś z opozycji brał udział w wyborach na mera Moskwy, żeby potem mówić, że zwycięstwo Kremla odbyło się w uczciwej konkurencji.

 

Putin po prostu zrozumiał, że tym wszystkim ludziom, którzy w 2011 i 2012 wychodzili na ulice, trzeba rzucić jakiś ochłap, żeby zatkać im buzię. No i wybrali gotowego pójść na układ, cynicznego karierowicza. 

 

Dobrze, zostawmy Nawalnego. Siergieja Udalcowa, żadnego tam liberała, tylko młodego lewicowego polityka, też pan nie lubi. W programie u Kseni Sobczak powiedział pan o nim, że ma inteligencję sierżanta. To raczej nie był komplement.

 

Mam prawo lubić i nie lubić kogo chcę. Jestem człowiek zasad, nie działają na mnie mody polityczne. Najważniejsze, jak już mówiłem, że nie pokłóciłem się z moim ludem, a ten spogląda na mnie coraz życzliwiej i z coraz większą nadzieją.

 

Skąd pan to wie?

 

Mamy swoje źródła. Dostajemy mnóstwo wspierających listów.

 

Mówiąc „mój lud”, kogo pan ma na myśli?

 

Większość obywateli Federacji Rosyjskiej. 

 

Myśli pan, że większość obywateli w ogóle interesuje się, kim pan jest i o co panu chodzi?

 

Nawet nie myślę, a wiem. Jestem bardzo sławny i bardzo popularny. I dlatego władza tak surowo się ze mną obchodzi. Jako jedyny z wszystkich rosyjskich polityków byłem w więzieniu.

 

Dawno temu.

 

Dawno, ale byłem. A co, chciałaby pani, żeby mnie co roku sadzali? Nawet teraz nie mogę nigdzie z Rosji wyjechać. Chociaż wcale nie chcę, ale nawet jakbym chciał, to nie mogę. Jestem winien byłemu merowi Moskwy ogromne pieniądze – pół miliona rubli – których ani nie miałem skąd wziąć, ani nie chciałem mu zapłacić. 

 

Zostałem skazany przez sąd na taką grzywnę za całkiem niewinne zdanie. Powiedziałem, że moskiewskie sądy są podporządkowane Łużkowowi. 

 

Duma pode mnie pisze ustawy. Teraz przygotowują zmiany do ustawy przeciwko ekstremizmowi: „Osoby, które kiedyś stały na czele lub zasiadały w kierowniczych organach religijnej lub społecznej organizacji, której działalność została zakazana, nie mają prawa zakładać społecznych i religijnych organizacji”. Nie jest napisane wprost, ale wiadomo, że o mnie chodzi. Bo to moja Narodowo-Bolszewicka Partia została już kiedyś zakazana, a teraz chcemy zarejestrować partię Inna Rosja.

 

Jednego nie rozumiem. Żył pan dwadzieścia lat na Zachodzie, w Ameryce, we Francji, w wolnych krajach. Po co pan wrócił do Rosji? To z miłości do ludu rosyjskiego pan tak się męczy?

 

A kto mówi, że ja się męczę? Ja jestem w sercu żołnierzem, pochodzę z rodziny wojskowych. Wcale się nie męczę. 

 

Nie chciałaby pan znowu pożyć w normalnym kraju?

 

Nie. Czternaście lat mieszkałem we Francji. Uszami mi to zaczęło wychodzić. W ostatnich latach to tam już nawet nie mieszkałem. Jeździłem walczyć, a to do Serbii, a to do Naddniestrza. Nie lubię „normalnych krajów”. Nie lubię spokojnego, głupiego życia. Jaka mnie przyszłość czekała, gdybym został we Francji? Jestem zdolny, znałem już dobrze francuski, nawet pisałem po francusku. Zostałbym pewnie członkiem Académie française, takim tam akademikiem, pedofilem…

 

Burżujem.

 

No właśnie, burżujem. Dlatego uciekłem od tego. Najpierw na wojnę, a potem do rosyjskiej polityki.

 

I nie żałuje pan?

 

A jak tego można żałować? Dla mnie ideały są najważniejsze.

 

To proszę powiedzieć, za jakie ideały walczył pan w Sarajewie.

 

Za ideały moich przyjaciół. Za serbską republikę w Bośni.

 

Ależ pana przyjaciele obstrzeliwali cywilnych mieszkańców Sarajewa.

 

E tam, głupoty pani opowiada. Nic pani nie wie. Tam była wojna, obie strony strzelały do siebie, o jakich cywilach pani mówi? Ja do żadnych nie strzelałem. A widziałem, że w nas celują uzbrojeni po zęby żołnierze, tacy jak ja, tylko że po drugiej stronie. 

 

Skąd ta miłość do Serbów? Dlaczego pojechał pan bronić interesów Serbów w Bośni, co to pana obchodzi?

 

Lermontow pojechał na Kaukaz, młody Tołstoj brał udział w wojnie krymskiej. 

 

Ale to były ich wojny, Rosja, ich państwo, była w nich stroną.

 

 

A co to znaczy ich wojna? George Orwell i Hemingway pojechali na wojnę w Hiszpanii. Pisarze zawsze interesowali się mężczyznami w ekstremalnych sytuacjach, dlatego jeździli na wojny.

 

 

I to pana popchnęło? 

 

Przede wszystkim. Ja do Serbii jeździłem i przed wojną. Znali mnie tam, wydawali moje książki. Właśnie na jednym ze spotkań autorskich podeszli do mnie wojskowi i zapytali czy chcę zobaczyć, co się u nich dzieje. Trwały akurat walki o Vukovar. Nikt nie pisał o stronie serbskiej. Obiecałem im, że ja napiszę. I pojechałem na front. Tak się zaczęło.

 

Czyli z przekory? Dlatego, że na Zachodzie wszyscy raczej sympatyzowali z Chorwatami?

 

Zachód zawsze był agresywny. Już krzyżowcy złupili Bizancjum. Niby szli walczyć z niewiernymi, a zniszczyli Konstantynopol. W Wenecji do dziś stoją kolumny ukradzione z Konstantynopola. 

 

Wszystkie silne państwa tak się zachowywały. A co to, Rosja nikogo nigdy nie napadła i nie ograbiła?

 

Napadała, owszem. Ja tu Rosji nie bronię. Mówię tylko, że walczyłem po stronie Serbów, przeciw którym stanęło ostatecznie 27 krajów. 

 

Że niby pan zawsze słabszych broni?

 

No tak jakoś wychodzi. Jestem dumny ze swoich ideałów i dla ludzi one są coraz bardziej zrozumiałe. To była niesprawiedliwa wojna. Jugosławia byłam ostatnim socjalistycznym państwem w Europie i Unia Europejska oraz USA, obrzydliwe militarystyczne mocarstwo, postanowiły do spółki to państwo zniszczyć. Ja tam byłem, widziałem takie rzeczy, jakich nikt nie widział. Serbowie zestrzeliwali samoloty z bronią, które startowały z baz wojskowych na Węgrzech i w Austrii. Zachód tego może nie wiedział, a może nie chciał wiedzieć. 

 

Rosja stchórzyła, nie wspierając Serbii. Ja ze swoim kałasznikowem broniłem tego, czego Rosja powinna bronić. Niewiele mogłem zrobić, ale przynajmniej ratowałem honor swojego narodu.

 

Potem przyjechał pan do Rosji i postanowił tam zostać.

 

Niczego nie postanowiłem. Po prostu będąc na Bałkanach, zrozumiałem, że one nie są samodzielne, że wszystko powinno się wydarzyć w Rosji.

 

Wszystko, to znaczy co?

 

No wszystko.

 

Za co pan kocha Rosję?

 

Jak to za co? Przecież to moja ojczyzna.

 

Za różne rzeczy można kochać swoją ojczyznę. Pan za co kocha Rosję?

 

To mój kraj. Nie zastanawiam się, za co go kocham. Podoba mi się i tyle. Założyłem swoja partię, już dwadzieścia lat temu. Wszystkie te lata były fantastycznie ciekawe, bogate. 

 

 

W Europie poprawność polityczna zniszczyła wszystko, co było ponad przeciętną. Wie pani, dlaczego książka Carrère’a o mnie odniosła taki sukces we Francji, sprzedała się w setkach tysięcy egzemplarzy? Między innymi dlatego, że przez poprawność polityczną Francuzi stracili całe pokolenia swoich wybitnych postaci. I teraz, dzięki tej książce, mogli spojrzeć na życie człowieka, który za nic ma wszelką poprawność polityczną. Żył zachwycającym dla Francuzów życiem, podczas gdy oni sami nie mogą sobie na to pozwolić. 

 

 

Kiedyś i Francuzi mieli wspaniałą literaturę. Wspaniałe typy: François Villona, Céline’a. Dziś tacy ludzie w oczach burżuazyjnej poprawności politycznej to szubrawcy. Ale Francuzi tęsknią za takimi bohaterami, ciągnie ich do nich, choć boją się do tego przyznać. U nich już takich nie ma. Ostatnim był Jean Genet. Umarł w 1986 roku, jeszcze zdążyłem go poznać. We Francji go tak nie znosili, że on nie chciał tam zostać po śmierci. Zażyczył sobie, żeby go pochowano w Afryce Północnej. Jeszcze za życia panowała wokół niego zmowa milczenia, gazety o nim nie pisały. Cisza. 

 

Tu się z panem zgodzę, w Rosji faktycznie żadnej poprawności politycznej nie ma.

 

W Rosji wszystko jest możliwe.

 

I to się panu tak podoba?

 

Nie analizuję siebie samego. Poddaję się impulsom. Idę za swoimi emocjami. I prawie nigdy się nie mylę. 

 

Jak widzi pan swoją przyszłość, do czego to wszystko pana doprowadzi?

 

Ktoś tam o mnie zadba (śmiech). Nie jestem na tyle racjonalny. Chociaż przy tym jestem świetnie zorganizowany. Inaczej nie napisałabym tylu książek, w ogóle bym nie żył już pewnie. Uważam, że takie rozpatrywanie, a co mi się tu podoba, jest szkodliwe. Podoba mi się i tyle. Tutaj po prostu jest niesamowicie, tu wszystko jest popierdolone i tak jeszcze długo będzie. Będzie nawet ciekawiej niż teraz. 

 

Co się stanie?

 

Rosja jest nieodpowiedzialna. I dlatego tu jeszcze będzie rewolucja. 

 

Kiedy?

 

Nie wiem. Ale będzie na sto procent. U nas ewolucja jest niemożliwa. Kierunek rozwoju zawsze zmienia się gwałtownie. Mnie się to podoba, bo we mnie jest pasja. To widać po moich książkach, tam jest tylko zachwyt i radość życia. Ja nie jestem Michel Houellebecq. U niego tylko zgnilizna i wstręt do życia, a u mnie wręcz odwrotnie. A wie pani, że ja, jeszcze w Paryżu, byłem z nim w redakcji pisma „L’Idiot International”?

 

Tak. Byli tam jeszcze na przykład Patrick Besson, Jean-Edern Hallier i wielu, wielu innych.

 

Niesamowite, jacy różni pisarze wyszli z tego kręgu. Ja wtedy byłem bardzo młody, od tego czasu lata minęły…

 

A teraz w jakich kręgach pan się obraca?

 

Teraz to właściwie głównie ze swoimi towarzyszami partyjnymi. To są zazwyczaj ludzie o wiele ode mnie młodsi. Do nas przystało już kilka generacji. Ci, co kiedyś byli dziećmi, teraz są już dorośli, ale ciągle do nas dzieci przychodzą, takie po 18 lat i młodsze. Z najróżniejszych środowisk. Z rodzin burżuazyjnych też. 

 

I czego chcą ci młodzi ludzie?

 

Chcą wyjątkowego losu i niezwykłego życia. W tym wieku dla człowieka nieważne jak, byle ekstremalnie. 

 

Pan im daje tę ekstremalność?

 

Daję. Ilu naszych zabili? Trzynastu. 

 

Jednym słowem z panem to nieprzerwane pasmo przygód.

 

Tak. Z naszych kręgów wyszli niesamowici ludzie, na przykład Primorskije Partyzany. Czytała pani o nich?

 

Tak. Grupa młodych ludzi, z rosyjskiego Dalekiego Wschodu, Władywostok i okolice, którzy napadali na policjantów, podpalali komisariaty i porywali radiowozy. 

 

Ich szefem był nasz chłopak. On jeszcze jako szesnastolatek przyjeżdżał do nas. Mieszkał u nas w bunkrze ze swoją siostrą albo dziewczyną, sam już nie wiem. Tacy ludzie, niesamowici.

 

No ale wam o coś chodzi czy tylko o fajną przygodę?

 

Pyta mnie pani w kółko o to samo. Przecież tłumaczę pani. Każda partia polityczna chce władzy. Po co? My mamy takie hasło: odebrać i podzielić. Odebrać bogaczom kapitał, humanitarnie każdemu zostawić po dwieście dolarów i wsadzić w samolot. Na przykład do Szwajcarii.

 

I wierzy pan, że to możliwe?

 

Jak najbardziej! A kto ich będzie bronić? Nikt. Według wszelkich badań od 80 do 90 procent naszego społeczeństwa nie jest zadowolone ze sposobu, w jaki dokonała się prywatyzacja. Różnice polegają tylko na tym, że ludzie mają różne pomysły, jak tę sytuację można byłoby poprawić. Jedni mówią, że bezboleśnie, inni, że zdecydowanie: zabrać i podzielić na nowo. My chcemy, żeby w naszym, w końcu kiedyś socjalistycznym państwie zapanował narodowy socjalizm, podobny do tego, który jest we współczesnej Ameryce Łacińskiej, w Wenezueli czy Boliwii. 

 

Czuje się pan szczęśliwy?

 

Oczywiście. A jakże. Wszyscy – zawodowcy i amatorzy – uważają mnie za największego rosyjskiego pisarza. I jednocześnie jestem jednym z głównych rosyjskich polityków. Byłem wspaniałym chłopakiem, w młodości pracowałem w charkowskich fabrykach. Czego chcieć jeszcze? Niesamowite życie miałem. Mam dwójkę cudnych dzieci. Chłopak idzie do szkoły, dziewczynka ma pięć lat. O tutaj jest jej zdjęcie, pani zobaczy, jaka śliczna.

 

Tak, bardzo ładna. A z innych rosyjskich pisarzy kogo pan lubi czytać?

 

Nikogo. Teraz nie jest dobry czas dla pisarzy. Ani w Rosji nie ma wielkich pisarzy, ani za granicą.

 

A Zachara Prilepina pan lubi?

 

No lubię, czemu nie. To mój towarzysz partyjny.

 

Pytam o jego twórczość literacką.

 

Towarzysz partyjny i pisarz. Utalentowany człowiek, ma się rozumieć. 

 

A jego książki? Podobają się panu?

 

Ale dlaczego pani tak się dopytuje? Napisał jedną świetną książkę, „Sańkja”, o nacbolach.

 

Jeszcze kilka innych książek napisał.

 

I inne też napisał.

 

Podobały się panu?

 

Co za bezsensowne pytania: Podobały się? Lubi pan? No są. Uznaję, że on jest, że jest pisarzem, a czy go lubię czy nie…

 

A co pan lubi czytać?

 

Biografie wielkich ludzi.

 

Kogo na przykład?

 

Czytałem biografie wszystkich wielkich ludzi. 

 

Ma pan jakieś ulubione postacie historyczne?

 

Wyrosłem z tego wieku. To dzieci mają swoich ulubionych bohaterów. Teraz wyjdzie niedługo moja książka „Tytani”. Tam będzie o Sokratesie, Platonie, Marksie, Nietzschem, Bakuninie i innych. W sumie dziewięć biografii. Jak jeszcze siedziałem w więzieniu, napisałem książkę „Święte monstra”, o 52 bohaterach. De Sade, Lenin, Hitler, Edith Piaf... Puszkin tam też był. To było takie moje, oryginalne spojrzenie na postacie historyczne. 

 

Kogo pan ceni wśród żyjących, ma pan jakiś faworytów wśród polityków, pisarzy?

 

Z pisarzami się nie przyjaźnię, nie interesuje mnie to. Poznałem bardzo wielu znanych i sławnych ludzi. Jak mieszkałem w Stanach, znałem wszystkich, od bezdomnych po senatorów. W Serbii poznałem Radovana Karadżicia, tutaj Żyrinowskiego.

 

Władimira Żyrinowskiego?

 

Tak, interesował mnie. Przyszedłem do niego w 1992 roku z propozycją współpracy. W jego gabinecie cieni byłem szefem biura federalnego, czegoś takiego jak amerykańskie FBI. Potem nasze drogi się rozeszły, bo zobaczyłem, że on nie jest uczciwym politykiem, choć po dziś dzień uważam, że jednym z najbardziej utalentowanych w ostatnim dwudziestoleciu. Niestety poszedł na układ z władzą, przekształcił się w satelitę Kremla. Ale talent miał. Niezaprzeczalnie. 

 

Zazdrości mu pan?

 

A czego? Nie chciałbym być na jego miejscu, nie chciałbym utracić niezależności. Jestem od niego szczęśliwszy.

 

 

Moi ludzie za mnie poszliby na śmierć. Za niego nikt na śmierć nie pójdzie, bo tylko dla pieniędzy nikt nie da się zabić.

 

 

Daliby się za pana zabić, ale po co? Co dalej?

 

Nic. Może jeszcze trzeba będzie dać się zabić. Jestem dumny, że mnie tak popierają. 

 

Czego pan jeszcze chce?

 

Przenieść stolicę do Azji. To jest niezbędne. Myślę o tym od 1994 roku. Moskwa jest za bardzo na zachodzie. A nasze interesy są na wschodzie. Trzeba ich bronić przed Chinami, które łakomym okiem patrzą na nasze wschodnie rubieże, na jezioro Bajkał, bezcenny zbiornik wody pitnej. Dlatego trzeba przenieść stolicę.

 

Gdzie? Do Omska? Krasnojarska? Może do Irkucka?

 

Nie, żadne gotowe miasto nie jest tego godne. Trzeba zbudować stolicę od nowa. Różne państwa tak robią. Kazachowie zbudowali sobie wspaniałą Astanę, Brazylia sobie nową stolicę wybudowała i my tak powinniśmy zrobić. To będzie miało też ważne znaczenie psychologiczne. Chiny zrozumieją, że poważnie traktujemy nasze wschodnie ziemie. Na zachodzie nie mamy czego szukać, tam panoszy się NATO. Powinniśmy więcej uwagi poświęcić naszym wschodnim terytoriom. Tak ożywilibyśmy nasz kraj i nasz naród. Powinniśmy zbudować nową infrastrukturę, nowe drogi, autostrady, lotniska, bazy wojskowe…

 

Za co?

 

A co to, my biedni jesteśmy? Jesteśmy jednym z najbogatszych państwa świata!

 

Kto? Rosja?

 

Żartuje sobie pani? Ile u nas ropy i gazu.

 

To nie wystarczy. Gospodarka oparta na surowcach to wielka słabość Rosji.

 

A u was i tego nie ma! Co wy macie, oprócz produktów rolniczych i pełnej klęsk historii? Nic. No, może piękne kobiety. Ale tych i u nas w Rosji nie brakuje. No dobra, dość się nagadałem. Wystarczy.

 

 

Eduard Limonow – urodził się w 1943 roku jako Eduard Sawienko. Jego rodzice byli prostymi, ubogimi ludźmi. Dzieciństwo i wczesną młodość spędził w Charkowie, gdzie pracował w fabrykach. Do środowiska tamtejszej bohemy artystycznej zbliżył się dzięki swojej kochance. Sam zaczął pisać wiersze, a utrzymywał się między innymi z szycia dżinsów dla awangardowych znajomych. Po kilku latach przeniósł się do Moskwy. Tam poznał swoją pierwszą żonę. W 1974 roku emigrowali razem do Stanów Zjednoczonych. W Ameryce Limonow pracował w redakcji imigracyjnego rosyjskiego pisma, ale był także kelnerem, służącym u milionera i bezdomnym. Pod koniec pobytu w USA napisał słynną autobiograficzną powieść „To ja, Ediczka”, w której opowiedział swoje nowojorskie przygody, nie szczędząc erotycznych (homo i hetero) oraz fizjologicznych detali.

 

Po sześciu latach wyjechał do Francji. Osiadł w Paryżu, gdzie obracał się w kręgach lewicującej, skandalizującej inteligencji. Był członkiem redakcji pisma „L’Idiot Internationale”. Ożenił się po raz drugi, z emigrantką z Rosji, artystką. Wydał kilka książek, w których znów przede wszystkim opisywał swoje własne życie.

 

Na początku przemian w Europie Środkowo-Wschodniej sporo podróżował. Jako pisarz i dziennikarz jeździł opisywać wybuchające co chwila w tej części świata konflikty, ale także sam brał w nich udział. Jako żołnierz-ochotnik walczył po stronie naddniestrzańskich separatystów w Mołdawii i po stronie Serbów w Bośni. W 1993 roku w Moskwie wziął udział w walkach o Biały Dom, które wywiązały się w czasie tak zwanego kryzysu konstytucyjnego. Limonow opowiedział się przeciwko Jelcynowi, a za krytykami jego reform, którzy okupowali parlament, nie chcąc dopuścić do jego rozwiązania.

 

W tym samym roku przeniósł się na stałe do Rosji. Założył nielegalna partię narodowo-bolszewicką. Jej członkowie organizowali protesty w obronie Rosjan w krajach nadbałtyckich i demonstracje pod hasłem „Stalin, Beria, Gułag, oto jak skończą się reformy”. Z nacbolami Limonow próbował wzniecić zbrojne powstanie w Kazachstanie, którego celem miało być przyłączenie północnej części tego kraju, zamieszkanej gównie przez Rosjan, do Rosji. Organizowali też pomniejsze antyrządowe akcje w różnych częściach Federacji Rosyjskiej. W 2001 roku na Ałtaju Limonow został aresztowany pod zarzutem posiadania broni i organizowania nielegalnych formacji zbrojnych. Skazany na cztery lata więzienia, wyszedł po dwóch. 
W połowie lat 2000 Limonow zaczął współpracować z opozycją demokratyczną. W 2006 roku przystąpił do szerokiej antyputinowskiej koalicji Inna Rosja. Był też jednym z inicjatorów demonstracji organizowanych w Moskwie każdego 31 dnia miesiąca w obronie 31 artykułu konstytucji, który pozwala na swobodne demonstrowanie.

 

W tym czasie również w życiu prywatnym Limonow zbliżył się do liberalnych środowisk moskiewskiej inteligencji. Związany był ze znaną rosyjską aktorką. Ma z nią dwoje dzieci, ale od kilku lat nie są już razem. Zaczęły się również rozchodzić drogi Limonowa i innych członków antyputinowskiej koalicji. Ostateczny rozłam nastąpił w czasie demonstracji po wyborach do Dumy zimą 2011 roku. Limonow był zwolennikiem radykalnych posunięć, oskarżył liberałów o świadome łagodzenie rewolucyjnych nastrojów wśród protestujących. Dziś Inna Rosja, opuszczona przez innych członków koalicji, jest praktycznie następczynią partii narodowo-bolszewickiej i stara się o rejestrację. Limonow wzywa do bojkotu wszelkich wyborów, uważając, że udział w nich tylko legitymizuje machlojki władzy. rosyjski pisarz, dziennikarz, polityk, były przewodniczący Partii Narodowo-Bolszewickiej, obecnie jeden z liderów Innej Rosji. 

 

Na zdjęciu wykorzystano okładkę książki Emmanuela Carrere'a Limonow (Wydawnictwo Literackie 2012).

 

 

 

 

Polub Dziennik Opinii na FB   

Multimedia

Klub Krytyki Politycznej w Łodzi

Żyję w mieście rewolucji - film dokumentalny

Film dokumentalny prezentujący obchody 111. rocznicy Powstania Łódzkiego/Rewolucji 1905 roku, a także przygotowania do eventu. Obchody odbyły się 18 czerwca 2016 roku w Łodzi.

TVKP

ONR nie pojawił się w roku 2015

Zapytana o strategię walki z antysemityzmem, dr Helena Datner z Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie mówi: „protestować, pisać, badać”.

TVKP

Irena Grudzińska-Gross: „Trump? Macho z kiepskiego filmu"

Donald Trump? Rasista i mizogin, macho z kiepskiego filmu - mówi Irena Grudzińska-Gross, historyczka z Uniwersytetu w Princeton, w programie „Sterniczki” Roberta Kowalskiego w Krytyce Politycznej.

Time To Talk

No Europe without Solidarity

Jak wygląda dzisiejsza i przyszła Europa widziana oczami działaczy i działaczek z południa kontynentu, jego zachodniej i wschodniej części?