UE

Monbiot: Jak media oszukały Szkotów?

Dziennikarze tworzą zamknięty krąg, którego nie obchodzi nic poza nim. 

Najciekawsze w szkockim referendum jest to, że nie ma gazety – lokalnej, regionalnej czy krajowej, angielskiej lub szkockiej – która popierałaby niepodległość. Z jednym wyjątkiem, szkockiego lewicującego tygodnika „Sunday Herald”. A więc ci, którzy zagłosowali za odłączeniem, byli zupełnie pozbawieni swojej reprezentacji w mediach.

Nie ma w tym nic dziwnego. Zmiana (chyba że mówimy o osuwaniu się głębiej w rynkowy fundamentalizm i destrukcyjną dla planety politykę) zawsze wywołuje sprzeciw ze strony zatrudnionych w mediach klakierów. Kampania na rzecz niepodległości była jednak o tyle wyjątkowa, że odnosiła sukcesy mimo ataków.

W tym, jak pisano o referendum, ujawniła się większość patologii skomercjalizowanego systemu medialnego. Na przykład klepanie niczym niepopartych banałów, typowe dla dziennikarzy zajmujących się pisaniem o swoich „mniej oświeconych” rodakach. W „The Spectator” Simon Heffer stwierdza, że „uzależnieni od socjalu […] Szkoci stali się społeczeństwem, które domaga się czegoś, nie dając nic w zamian”, i sprzeciwia się podatkowi pogłownemu [poll tax], „bo uważa, że podatki powinny być cudzym, nie ich, obowiązkiem”.

To idealny obraz pogardy, z jaką wyższe klasy od zawsze odnoszą się do tych, których mają za gorszych – poddanych, biedoty, Irlandczyków, mieszkanek i mieszkańców Afryki, słowem: wszystkich, którzy mogą mieć odmienne zdanie. „Jacy rozpuszczeni, samolubi i dziecinni są ci Szkoci! Oni po prostu nie mają pojęcia, jakie szczęście ich spotkało” – podśmiewała się Melanie Reid w „Timesie”. Widać, z jakim trudem przychodzi mediom odróżnić rozmowę o jakiejś sprawie od rozmowy o kimś – w tym przypadku tym kimś jest Alex Salmond, przedstawiany jako skończony potwór (wstępniak w dzienniku „Telegraph” zestawił go z Robertem Mugabe).

Artykuł Dominica Lawsona z „Daily Mail” daje kolejny przykład tego problemu z mediami. Tekst zaczyna się od „groźby” szkockiej niepodległości, przy okazji pojawia się i Hitler (a jego zdjęcie ilustruje całość), a po chwili dziennikarz przechodzi do anegdoty o tym, jak kolacja z „wielką postacią BBC” uratowała go od wpadki i napisania czegoś niepoprawnego o Davidzie Attenborough. Jak dowiadujemy się po chwili, całe szczęście, bo gdy „następnego dnia zostałem zaproszony wraz z nieliczna grupą gości do Royal Albert Hall, w małym pokoiku z barem przeznaczonym dla tego wąskiego grona, spotkałem właśnie Sir Davida Attenborough”.

Ci, którzy powinni rozliczać władzę, sami żyją w zamkniętym i elitarnym światku władzy, zajmując się sami sobą i obracając w „wąskim kręgu zaproszonych gości”.

Przestaje mnie już dziwić w najmniejszym stopniu, że „wielkie postaci BBC” są gośćmi dziennikarzy tabloidów.

W czerwcu szef redakcji ekonomicznej BBC poskarżył się, że „wiadomości BBC są opętane tym, co narzucają „Daily Mail” czy „Telegraph”, ale tak już będzie, bo tabloidy to część naszej kultury”. Może to wyjaśnia, dlaczego pojawiło się tak wiele skarg na BBC za sprzyjanie kampanii „na nie” przed szkockim referendum.

Dziennikarki i dziennikarze żyjący w wąskim kręgu wyznaczanym przez światła reflektorów nie są w stanie pojąć potrzeby zmiany. A jeśli już tę potrzeba widzą, to kojarzy im się ona ze śmiertelnym zagrożeniem, pewnie stąd te porównania do Hitlera. Wiedzą tyle samo o życiu pozostałych 64 milionów Brytyjczyków, co o życiu na Andamanach.

A jednak, pouczając biednych z wygodnych wyżyn, upierają się, że mówią w imieniu narodu.

John Harris pisał w „Guardianie”, że po obu stronach szkockiej granicy „codzienna polityka wydaje się nagle tak odklejona, że aż absurdalna”. Ale dla tych, którzy zawodowo zajmują się polityką, ona i tak zaczyna się i kończy w Westminsterze. Opinie kogokolwiek spoza tego kręgu i tak ich nie obchodzą. Od lat, odkąd pracuję z ruchami protestu i wspólnie próbujemy naświetlić sporne sprawy, widzę jeden wspólny mianownik: dziennikarze są zawsze niemal ostatnią grupą, która zdaje sobie sprawę, że coś się zmienia. Nic dziwnego, że także sondaże w Szkocji były dla nich zaskoczeniem.

Także w „Guardianie”, dla którego piszę te słowa – gazecie bez jednego właściciela, której misją jest reprezentowanie tych, którzy są reprezentacji pozbawieni – nie popisaliśmy się niczym szczególnym, jeśli chodzi o szkockie referendum. W zeszłoniedzielnym wydaniu także poddaliśmy się dominującym trendom, opisując kilka incydentalnych zdarzeń jako regułę, i zaatakowaliśmy posłańca, zamiast dyskutować z wiadomością, którą przynosi. Chęć decydowania o sobie pomyliła się nam z nacjonalizmem, a politykę państwa próbowaliśmy oceniać, myśląc jedynie o działaniu szkockiej partii narodowej, SNP.

Westminser jest dziś sparaliżowany przez neoliberalny konsensus także dlatego, że korporacyjne media, będące w posiadaniu i zatrudniające beneficjentów tego systemu, domagają się trwania tego konsensusu. Każda partia, która chce czegoś innego, jest z kolei bezlitośnie karana, w przeciwieństwie do tych partii, które hałaśliwie bratają się z władzą kapitału. Te drugie dostają tylko pochwały. Nacjonalistyczny i antyunijny UKIP, mimo że przedstawia się jako antyestablishmentowy, zawdzięcza swój sukces właśnie mediom establishmentu.

Przez chwilę Szkotom został podsunięty pod nos faustowski cyrograf. Potentat medialny Rupert Murdoch obiecywał: oddam wam moje gazety, wy oddacie mi duszę. Ta oferta, wydaje się, już straciła na aktualności, bo możemy przeczytać teraz, że Alex Salmond i SNP „nie mówią o niepodległości, ale o większym socjalu, narzucaniu ekologii siłą i oddawaniu władzy Brukseli”. „Salmond powinien obrać kurs na prosperity, jeśli chce odnieść sukces” – doradzają. To nie są niewinne obserwacje, to groźby: jeśli wygracie niepodległość i pójdziecie we własnym kierunku, moje gazety was zniszczą.

Mimo rosnącej popularności mediów społecznościowych, to duże media kształtują politykę w Wielkiej Brytanii, i to one pozwalają określić wymogi stawiane przed polityką – wymazując głosy opozycyjne, karząc tych, którzy odzywają się wbrew linii prasy. To ta komora w sercu brytyjskiej demokracji, która pompuje krew nasączoną lękiem, dezinformacją i nienawiścią, zatruwając cały polityczny organizm.

To, że Szkoci – ze wszystkich stron nazywani głupkami, oszustami i niewdzięcznikami – nie zgodzili się być cicho i nie dali się zastraszyć, samo w sobie jest politycznym zwycięstwem. Każdy głos za niepodległością był nie tylko głosem przeciwko konsensusowi westminsterskiemu, ale też przeciwko tym ludziom, którzy wypowiadają się w cudzym imieniu.

Tekst ukazał się na stronach „The Guardian” / Copyright Guardian News&Media (c) 2014

Czytaj dalej o referendum w Szkocji:
 

 

***

Serwis >>WYBORY EUROPY jest współfinansowany ze środków Ministerstwa Spraw Zagranicznych 

 

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.