Zaremba: Wyblakłe powstanie i chłopaki z lasu

,
+A -A

PiS nie ma legendy solidarnościowej, a mit powstania warszawskiego się już trochę zużył, więc zostali im „żołnierze wyklęci”.

Jakub Dymek: Świętuje pan 1 marca Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych?

 

Marcin Zaremba: Oczywiście, że nie.

 

Dlaczego? To według pana sztuczne święto?

 

A zna pan święto, które nie jest skonstruowane, wymyślone? I święto rewolucji we Francji, i 11 listopada w Polsce miały swoje różne koleje. Endecja przed wojną kwestionowała 11 listopada. Z kolei od 1944 roku nie obchodzono odzyskania niepodległości przez Polskę wcale. Takie polityczne święta mają trudne początki.

 

Patronami dnia „żołnierzy wyklętych” są trzej prezydenci: Lech Kaczyński, Bronisław Komorowski, Andrzej Duda. Pierwszy wymyślił, drugi zatwierdził, trzeci aktywnie świętuje. I szybko się przyjęło.

 

Zacznijmy od tego, że tym ludziom należała się pamięć. Uważali, że walkę o wolną Polskę należy kontynuować po 1945 r. Przez ponad czterdzieści lat państwo polskie o nich zapomniało, więcej – zaraz po wojnie traktowało ich jako bandytów, brutalnie przesłuchiwało, skazywało, wsadzało do więzień, mordowało. Tym, którzy nie udali się na emigrację, założono teczki operacyjne. Do końca życia byli na celowniku służb. W związku z tym trzeba było oddać im jakiś hołd, przywrócić pamięć. Ale to nie zmienia podstawowego faktu: 

 

„Żołnierze wyklęci” to mit. Klasyczny mit polityczny, z wszystkimi jego składnikami. 

 

Ma własną symbolikę: nalepki, koszulki, wideoklipy. Własne rytuały: upamiętniające biegi, dzień pamięci. Powstają izby pamięci i muzea. Jest całościowa opowieść, którą z łatwością znajdziemy w prawicowych czasopismach historycznych. Dalej, ten mit ma swój system wartości, wśród których „wolność” i „walka z komuną”, czyli rodzącym się totalitarnym państwem, są najważniejsze. I tak jak w przypadku każdego mitu mamy do czynienia z ontologicznym przymusem: możemy być wobec „żołnierzy wyklętych” albo „za”, albo „przeciw”.

 

Jeśli to jest fabuła, opowieść, to o czym jest tak naprawdę ta historia?

 

Słyszymy opowieści o żołnierzach-partyzantach, albo nawet o młodszych braciach tych żołnierzy. Historia ta jest zaludniana coraz to nowymi postaciami, bohaterami z konkretnymi przeżyciami, ze szczególnie wyeksponowanym momentem śmierci – widzimy ich dramatyczny koniec: aresztowanie, przemoc UB, rozstrzelanie. „Inka” jest chyba tego najlepszym przykładem. Niewiele zaś jest w tej opowieści myśli politycznej, wiedzy o funkcjonowaniu ówczesnego podziemia. Wolność i Niezawisłość, organizacja starszych ludzi podziemia, mająca charakter raczej kadrowy i niezbrojny, w tym micie się właściwie nie pojawia; to jest zbyt skomplikowane. W tej opowieści nie ma również miejsca dla Polskie Stronnictwa Ludowego, partii blisko osiemsettysięcznej, i jej przywódcy Stanisława Mikołajczyka, który nieomal dopuścił się zdrady wchodząc do komunistycznego rządu. 

 

Znika też z opowieści o „żołnierzach wyklętych” narastająca z czasem radykalizacja podziemia antykomunistycznego i jego czarno-biały obraz rzeczywistości, skażenie antysemityzmem. Więcej uwagi poświęca się potyczkom, bitwom, akcjom uwalniania żołnierzy z więzień. Razem z wywózkami tworzy to dramatyczną, heroiczną opowieść. O tym, co później – ukrywaniu się, emigracji albo normalnym życiu – też jest oczywiście mało, bo to nie mieści się już w micie.

 

Gdybyśmy poświęcili temu mitowi więcej namysłu, to udałoby się zrozumieć złe i tragiczne elementy ówczesnej sytuacji. Mówimy przecież o ludziach, którzy przeżyli wojnę, w latach powojennych zaszczutych, ale i nauczonych przemocy, tego, że tylko z pomocą broni można osiągnąć swój cel. W związku z tym po stronie podziemia pojawia się przemoc i mordy polityczne, agresja wobec żydowskiej i ukraińskiej mniejszości, bandytyzm. Bandytyzm jest też efektem wojny: poczucia z jednej strony, że wszystko wolno, a z drugiej świadomości klęski, braku pomocy, opuszczenia. Nie ma siatek wsparcia, oparcia w strukturach, kas pułkowych już nie ma. Część z tych młodych ludzi, skażonych wojną, nie wyobraża sobie tego, że pójdą do szkoły czy zaczną nowy rok akademicki, bo jak to – zaraz będzie przecież trzecia wojna, trzeba walczyć, zbroić się, szykować!

 

To jest typowe – tak też się działo po wojnie secesyjnej w Ameryce i po wielu innych wojnach. To problem agresji weteranów, szczególnie dotkliwy w sytuacji, kiedy się ich ściga, szczuje, wyzywa od „zaplutych karłów reakcji”. Ale to nie tylko propaganda – na wschodzie i na południu Polski ludzie sami nazywają ich „bandytami z AK”. Tymczasem Armia Krajowa starała się walczyć z bandytyzmem w szeregach podziemia; jej etos niejednokrotnie przetrwał po wojnie, ale nie był już tak silny jak choćby w 1942.

 

Ci, którzy dziś świętują, na pytanie o ciemne strony tej legendy odpowiadają, że „żołnierze wyklęci” żadnych Żydów i Białorusinów nie mordowali – tylko kolaborantów, NKWD, „ruskich”.

 

Jak żołnierze podziemia złapali Polaka z Wojska Polskiego, to często puszczali go bez butów, ale nie mordowali, bo Polaków nie należy mordować. Ale dla enkawudzisty czy ubeka nie mieli litości. Dochodziło do mordów na Ukraińcach i innych mniejszościach. Wieś Pawłokoma – 350 osób zabitych i spalonych. Albo to, co zrobił Rajs, czyli „Bury”, na Białostocczyźnie. W przypadku mordów na Żydach nie zawsze można dojść do motywów, czy były na tle politycznym, czy „tylko” bandyckim, ale na samej Lubelszczyźnie mowa o ponad stu ofiarach. Zresztą bycie Żydem w Polsce tamtych lat, poza dużymi miastami jak Łódź i Warszawa, wiązało się z bardzo dużym ryzykiem.

 

W pana książce o tamtym okresie, Wielkiej trwodze, pada określenie „selektywna czystka etniczna”.

 

Wojna nauczyła ludzi rozwiązywania problemów etnicznych za pomocą przesiedleń i wywózek. Przejęła to także część polskiego podziemia: że muszą walczyć o narodową Polskę, wolną od mniejszości. To wiąże się również z długim trwaniem przedwojennej opowieści endeckiej. Bez wątpienia doświadczenie wojny, a także to, co zrobiły wielkie mocarstwa – w 1945, '46, '47... – upowszechniło myśl, że można walczyć o państwo polskie wolne od Żydów, Białorusinów, Ukraińców. Jest też przemoc wobec Niemców na zachodzie, mają miejsce naprawdę dramatyczne wydarzenia związane z wywózkami. Zresztą, taką samą politykę prowadzą wtedy „czerwoni”. Ta myśl niejako „sama przychodziła do głowy”, taki był ówczesny kontekst społeczny i intelektualny rozwiązywania problemów etnicznych drogą czystki. W żadnym wypadku tego nie usprawiedliwiam, ale chcę osadzić na tle historycznym.

 

A dlaczego tak intensywnie przypomina się dzisiaj najbardziej kontrowersyjne postaci i ugrupowania podziemia i są one tak ważną częścią składową tego mitu? Naprawdę pamięć o „żołnierzach wyklętych” nie może się obejść bez Brygady Świętokrzyskiej, „Burego”, Narodowego Zjednoczenia Wojskowego?

 

Odpowiem tak: nie ma jednej, wspólnej dla całego podziemia historii. Część ludzi wychodzi z lasu, próbuje wrócić do rzeczywistości lub ukrywa się na tak zwanych „ziemiach odzyskanych” – inni zostają. Jedni walczą, a inni budują podziemne kadry, ale nie działają zbrojnie. Jedni emigrują, a inni uznają, że trzeba iść na studia i podjąć trud odbudowy. To po prostu nie jest spójna opowieść, i nie może być taka. AK-owcy czasem mogli wrócić do kariery w wojsku i normalnego życia. Ugrupowania prawicowe nie – tych się właściwie od razu stawiało pod ścianą.

 

I dlatego ruch kibicowski dziś utożsamia się właśnie z tymi organizacjami? Bo tęskni za czarno-białą rzeczywistością, kiedy można było zginąć za poglądy, ale za to zdrajcom wystrzelić „kulę w łeb”?

 

Tak, właśnie dlatego. Ale jest też bliska wspólnota poglądów, silnie narodowych, między prawicowymi organizacjami podziemia i dzisiejszym ruchem kibicowskim. I dlatego szukają połączeń między rokiem 1946 i 2016. Pamiętamy, że Armię Krajową zakładali w gruncie rzeczy liberałowie, dziś ktoś powiedziałby nawet, że „lewica laicka”...

 

...a w powstaniu warszawskim walczyły brygady socjalistów.

 

Nie tylko! Wśród założycieli Służby Zwycięstwu Polski, poprzedniczki AK, byli, jak zwrócił uwagę kiedyś Timothy Snyder, członkowie loży masońskiej, np. generał Michał Tokarzewski-Karaszewicz. AK to inna opowieść, więc dziś prawica szuka bliższej sobie wersji historii sprzed kilkudziesięciu lat. I znajduje ją w narodowych organizacjach tamtych czasów.

 

A to dobrze, że państwo polskie przybija temu swój stempel?

 

Mamy właśnie do czynienia z rewolucją. Nie tylko kadrową, ale z przebudową Polski w ogóle. Przynajmniej takie są zamierzenia: zmiany w mediach, spółkach skarbu państwa, nadanie polityce gospodarczej narodowego charakteru, zamknięcie drzwi dla migracji. Każda rewolucja fabrykuje własnych bohaterów, tworzy własne mity i święta. Kornel Morawiecki opowiada, że „autorytety upadły” – to jest rewolucyjna sytuacja, z wymianą pomników włącznie. Francuska, amerykańska, meksykańska, rosyjska –  rewolucje tak mają. Przejęcie władzy to dopiero początek drogi, a dalej jest przejęcie opowieści o przeszłości.

 

Ale PiS miał już swoją legendę: solidarnościową, antykomunistyczną, lustracyjną z premierem Olszewskim...

 

Nie bardzo. Jedynie Antoni Macierewicz był ważną postacią, która odegrała ważną rolę w zakładaniu KOR-u, a potem ROPCiO. Mit „Solidarności” nie jest mitem PiS-owskim. Z kolei antykomunistyczne i lustracyjne legendy są zaś zbyt słabe, żeby dać mitowi PiS-u nośność i treść.

 

PiS ma poczucie niższości i pewien kompleks wobec mitu „Solidarności”; w partii Kaczyńskiego nie ma Bujaka czy Frasyniuka.

 

Niewiele osób z dawnej „Solidarności”, poza Romaszewskimi, było czy jest związanych z PiS-em. Lech Kaczyński był czwartorzędną postacią opozycji, która wybiła się dopiero pod koniec lat 80. A skoro nie wyszło z mitem solidarnościowym, to zostaje to, o czym rozmawiamy: mit chłopaka z lasu, który biega i strzela do komunistów, walczy z przeważającym liczebnie przeciwnikiem. To też opowieść bardzo atrakcyjna dla młodzieży, która na strzelaniu albo jeżdżenia czołgami w grach się wychowała.

 

Jest jednak Muzeum Powstania Warszawskiego, niewątpliwy sukces Prawa i Sprawiedliwości na polu polityki historycznej.

 

Mit powstania warszawskiego powstał dużo wcześniej niż PiS-owska polityka historyczna, to po pierwsze. Po drugie, zdążył się już trochę zużyć.

 

Jak to?!

 

Po wielu krytycznych pracach padają dziś znów pytania o sens tego zrywu. Przemoc, krew, tysiące zabitych cywilów – to wszystko powoduje, że ten mit nieco wyblakł. Nie znaczy to, że nie jest ważny dla milionów Polaków, ale nie ma już takiej siły mobilizacyjnej i świeżości.

 

Poza tym, czy polityka jest racjonalna? „Skoro mamy jeden mit, to nie budujmy drugiego”? Przecież to tak nie działa. W grę wchodzą mody, emocje, słuch społeczny. Nagle się okazuje, że czymś można zagrać.

 

Powtórzę jednak moje pytanie: co zrobić z faktem, że w ramach świętowania pamięci o „żołnierzach wyklętych” reprezentanci polskiego państwa wykonują ukłony wobec ONR-u i skrajnej prawicy?

 

Czy to dobrze, że podają rękę ONR-owi? Oczywiście, że nie. Ale czy można było tego uniknąć? Nie sądzę. Lewica i liberałowie nie stworzyli opowieści, która byłaby tak zapładniająca, tak chwytająca za serce i działająca na emocje jak mit „żołnierzy wyklętych”. Ale, z drugiej strony, jak my, historycy, mamy z tym walczyć? 

 

Możemy niuansować czy rozbrajać tę opowieść, przypominać, że „wyklęci”, jak już trafili do UB, to sypali swoich kolegów jak leci. Możemy przypominać ciemne strony podziemia.

 

Mimo tytułu w „Gazecie Wyborczej”: Policja historyczna w akcji, nie jesteśmy od walki politycznej. Naszą rolą jest uczciwe podejście do sprawy: pokazanie dramatów ludzi, ich uwikłań i wyborów. Mnie jest bliższa historia Diltheyowska czy Weberowska, rozumiejąca, a nie pisana po to, żeby kogoś odbrązowić albo stworzyć legendę.

 

Ale to chyba istotne nawet dla historyków, komu patronuje prezydent RP?

 

Nie chcę się zajmować obroną prezydenta i jego decyzji na polu polityki historycznej. Wydaje mi się jednak, że jego decyzje – i opowieść, która za nimi stoi – pozostają spójne z tym, co robi jego obóz polityczny. Tak jak trzeba zmieniać Polskę, tak trzeba zmieniać o niej pamięć. Jarosław Kaczyński mówi o tym od lat 90.: trzeba nadać państwu narodowy charakter, trzeba zmienić konstytucję, trzeba zmienić sposób, w jaki rozmawiamy o przeszłości. Niesłychanie stąd blisko do narodowej tromtadracji i patriotycznego kiczu.

 

A jest mit, po który mogliby sięgnąć lewicowcy czy liberałowie?

 

„Solidarność”! Wielka rewolucja „Solidarności” jest takim mitem: miała znaczenie globalne, niosła uniwersalne wartości – solidarności międzyludzkiej właśnie – i była ruchem robotniczym. Odwracanie się od tego, zwłaszcza po stronie lewicy, jest nierozsądne. To jest ogólnopolski, prawdziwie narodowy – w sensie emocji – mit, którego nie powinno się porzucać, bo to jeden z ostatnich integrujących, wspólnototwórczych momentów w historii, do których można się w dzisiejszej Polsce odwołać.

 

Dziś zamiast „Solidarności” mamy „Bolka”.

 

I to jest bardzo przykre. Albo „Bolek”, albo „żołnierze wyklęci” – cała reszta znika albo zostaje zapomniana.

 

***

 

dr hab. Marcin Zaremba – historyk i socjolog, pracuje w Instytucie Studiów Politycznych PAN. Zainteresowania badawcze: historia społeczna PRL, socjologia historyczna. Autor książki Wielka Trwoga. Polska 1944-1947. Ludowa reakcja na kryzys”.

 

  

Marcin Zaremba / fot. Maciej Komorowski

 

 

**Dziennik Opinii nr 60/2016 (1210)


 

Polub Dziennik Opinii na FB   

Multimedia

Świetlica KP „Na Granicy”

Przenosimy "Granicę" - WESPRZYJ NAS!

Świetlica Krytyki Politycznej „Na Granicy” wraz z przyjaciółmi zajmującymi się kulturą, edukacją i rzemiosłem rozpocznie już niedługo działalność w nowym miejscu. Aby to zrobić potrzebujemy Waszej pomocy finansowej!

TVKP

Dziewczyna filmowiec musi się starać dwa razy bardziej

– W Polsce przemysł filmowy funkcjonuje na męskich zasadach. Faceci są traktowani jako coś oczywistego. Kobieta-filmowiec musi być dwa razy lepsza, żeby wejść na ten sam poziom co mężczyzna – mówiła dr Karolina Kosińska w programie Roberta Kowalskiego "Sterniczki w Krytyce Politycznej".

TVKP

Eksmitowano 40 tysięcy, ale na reprywatyzacji ucierpią wszyscy warszawiacy

Zdaniem współzałożycielki stowarzyszenia Miasto Jest Nasze, odpowiedzialność za proces warszawskiej reprywatyzacji ponosi Platforma Obywatelska.

TVKP

Janicka: PiS chce autocenzury i penalizacji badań nad Zagładą

– [Nowe prawo] może powodować całkowitą autocenzurę. A w drugiej kolejności – penalizację badań naukowych – mówi dr Elżbieta Janicka w programie Roberta Kowalskiego "Sterniczki w Krytyce Politycznej".