W czyich rękach znajdzie się świat w roku 2050?

,
+A -A

Tak zaczyna się „Kapitał w XXI wieku”, najgłośniejsza książka ekonomiczna dekady.

Podział bogactw jest jednym z najżywiej dziś dyskutowanych problemów. Co jednak wiemy naprawdę o jego ewolucji w dłuższej perspektywie czasowej? Czy dynamika akumulacji kapitału prywatnego prowadzi nieuchronnie do coraz większej koncentracji bogactw i władzy w kilku rękach, jak sądził Marks w XIX wieku? Czy też równoważące się siły wzrostu, konkurencji i postępu technicznego prowadzą spontanicznie do redukcji nierówności i harmonijnej stabilizacji w zaawansowanych fazach rozwoju, jak myślał Kuznets w XX wieku? Co wiemy o ewolucji podziału dochodów i majątków od XVIII wieku i jakie lekcje można z tego wyciągnąć dla XXI stulecia?

 

To są pytania, na które będę usiłował znaleźć odpowiedzi. Powiedzmy od razu: te odpowiedzi są niepełne i niedoskonałe, ale opierają się na dużo bardziej kompletnych i porównywalnych danych historycznych niż wszystkie dotychczasowe prace, na danych dotyczących trzech stuleci i ponad dwudziestu krajów, analizowanych w nowych warunkach teoretycznych, co pozwala lepiej rozumieć zachodzące tendencje i mechanizmy. Nowoczesny wzrost i upowszechnienie wiedzy pozwoliły uniknąć Marksowskiej apokalipsy, ale nie zmieniły podstawowych struktur kapitału i nierówności – a w każdym razie nie w takim stopniu, jak można było to sobie wyobrażać w optymistycznych dekadach po II wojnie światowej.

 

Kiedy stopa rentowności kapitału przewyższa w sposób trwały stopę wzrostu produkcji i dochodu, jak działo się to do XIX wieku i może stać się normą w wieku XXI, kapitalizm automatycznie tworzy arbitralne nierówności nie do zniesienia.

 

Stawia to pod znakiem zapytania podstawowe wartości, na jakich opierają się nasze demokratyczne społeczeństwa. Istnieją wszakże środki ku temu, by demokracja i interes ogółu doprowadziły do przejęcia kontroli nad kapitalizmem i interesami prywatnymi, odsuwając zarazem protekcjonistyczne i nacjonalistyczne zawirowania. Moja książka podejmuje próbę stworzenia propozycji w tym zakresie, opierając się na lekcjach płynących z historycznych doświadczeń. Ich opis stanowi główny wątek naszej pracy.

 

 

Debata bez źródła? 

 

Przez długi czas intelektualne i polityczne debaty wokół podziału bogactw żywiły się wieloma uprzedzeniami i nader nielicznymi faktami. Owszem, błędem byłoby niedocenianie intuicyjnej wiedzy, jaką wszyscy mają w kwestii dochodów i majątków w czasach, w których żyją, wobec braku jakichkolwiek podstaw teoretycznych czy reprezentatywnej statystyki. Zobaczymy na przykład, że kino i literatura, a w szczególności dziewiętnastowieczna powieść, pełne są nadzwyczaj precyzyjnych informacji o stopie życiowej i stanie majątkowym różnych grup społecznych, w tym o głębokiej strukturze nierówności, ich uzasadnieniach oraz wpływie na życie jednostki. Zwłaszcza powieści Jane Austen i Honoré de Balzaca oferują nam plastyczne obrazy podziału bogactw w Zjednoczonym Królestwie i we Francji w latach 1790–1830. Tych dwoje powieściopisarzy wykazuje wnikliwą znajomość hierarchii majątkowej w swoim otoczeniu. Dostrzegają tajemne granice, znają ich nieuniknione konsekwencje dla życia mężczyzn i kobiet, wpływ na strategie ich związków, ich nadzieje i nieszczęścia. Następnie snują na ich podstawie historie z realizmem i siłą wyrazu, jakiej nie dorówna żadna uczona analiza ani statystyka.

 

W istocie, kwestia podziału bogactw jest zbyt ważna, by pozostawić ją wyłącznie w rękach ekonomistów, socjologów, historyków czy innych filozofów. Interesuje ona wszystkich, i tym lepiej. Konkretna i namacalna rzeczywistość nierówności widoczna jest dla każdego, kto w niej żyje, stając się w naturalny sposób podstawą ocen politycznych tyleż zdecydowanych, ileż sprzecznych. Chłop czy szlachetnie urodzony, robotnik czy przemysłowiec, kelner czy bankier – każdy ze swojego punktu obserwacyjnego dostrzega rzeczy ważne w sprawie warunków życia jednych i drugich, stosunków władzy i dominacji między grupami społecznymi, i wyrabia sobie własną opinię na temat tego, co jest sprawiedliwe, a co nie. Kwestia podziału bogactw zawsze będzie miała ten nadzwyczaj subiektywny i psychologiczny wymiar, nieuchronnie polityczny i konfliktogenny, którego żadna rzekomo naukowa analiza nie będzie w stanie złagodzić. Na szczęście jednak demokracja nigdy nie zostanie zastąpiona przez republikę ekspertów.

 

Jednakże temat podziału dóbr zasługuje także na to, by zająć się nim w sposób metodyczny i systematyczny. Wobec braku źródeł, metod i ściśle określonych pojęć można powiedzieć wszystko i zarazem coś wręcz przeciwnego. Dla niektórych nierówności zawsze rosną, a świat z definicji jest coraz bardziej niesprawiedliwy. Zdaniem innych nierówności w naturalny sposób maleją bądź też łagodnieją, więc nie należy robić niczego, co mogłoby zakłócić tę szczęśliwą równowagę.

 

Wobec tego dialogu głuchych, w którym każdy obóz usprawiedliwia często swe lenistwo intelektualne podobnym z przeciwnej strony, istnieje miejsce na podjęcie badań metodycznych i systematycznych – nawet jeśli nie w pełni naukowych.

 

Uczona analiza nigdy nie położy kresu gwałtownym konfliktom politycznym wywołanym przez nierówności. Badania w naukach społecznych są i zawsze będą bełkotliwe i niedoskonałe. Nie pretendują one do przekształcenia ekonomii, socjologii i historii w nauki ścisłe. Wyprowadzając cierpliwie fakty i prawidłowości oraz spokojnie analizując mechanizmy ekonomiczne, społeczne i polityczne, badania te mogą jednak sprawić, że debata demokratyczna zostanie oparta na lepszych informacjach i skupi się na właściwych problemach. Badania przyczynią się wówczas do stałego redefiniowania treści debaty i demaskowania utartych prawd, będą podawać wszystko w wątpliwość i stawiać pod znakiem zapytania. Taka jest moim zdaniem rola, jaką mogą i powinni odgrywać intelektualiści, a wśród nich badacze w naukach społecznych, obywatele jak inni, tyle że mający więcej czasu na poświęcenie się badaniom (a nawet za nie opłacani  – to znaczący przywilej).

 

Tymczasem należy stwierdzić, że badania dotyczące podziału bogactw przez długi czas opierały się na stosunkowo małej liczbie solidnie potwierdzonych faktów i na wielu czysto teoretycznych spekulacjach. Zanim przedstawię dokładnie źródła, na których bazuję i które próbowałem zebrać w tej książce, celowy wydaje się szybki przegląd dotychczasowych przemyśleń w tej sprawie.

 

 

Malthus, Young i rewolucja francuska

 

Kiedy w Wielkiej Brytanii i we Francji na przełomie XVIII i XIX wieku rodzi się klasyczna ekonomia polityczna, problem podziału dóbr znajduje się już w centrum wszystkich analiz. Każdy widzi, że rozpoczęły się radykalne przekształcenia, zwłaszcza z niespotykanym do tej pory ciągłym wzrostem demograficznym, początkami masowej ucieczki ze wsi do miast i rewolucją przemysłową. Jakie będą konsekwencje tych burzliwych przemian dla podziału bogactw, struktury społecznej i równowagi politycznej społeczeństw europejskich?

 

Dla Thomasa Malthusa, który w roku 1798 publikuje swój esej Prawo ludności, nie ma żadnych wątpliwości: główne zagrożenie stanowi przeludnienie. Źródła, którymi się posiłkuje, są ubogie, usiłuje jednak maksymalnie je wykorzystać. Ulega zwłaszcza wpływowi opisów z podróży angielskiego agronoma Arthura Younga, który jeżdżąc po drogach królestwa Francji w latach 1787–1788, w przededniu rewolucji, od Calais do Pirenejów, przez Bretanię i Franche-Comté, obserwował nędzę francuskich wsi.

 

W tym pasjonującym opisie nie wszystko było zmyślone, w żadnym wypadku. W tamtym okresie Francja była krajem europejskim o zdecydowanie największej liczbie ludności, stanowiła zatem idealny punkt obserwacyjny. Około roku 1700 królestwo Francji liczyło już ponad 20 milionów mieszkańców, podczas gdy Zjednoczone Królestwo miało zaledwie nieco ponad 8 milionów dusz (a sama Anglia 5 milionów). Populacja Francji rosła liniowo przez cały XVIII wiek, od końca panowania Ludwika XIV po koniec rządów Ludwika XVI, do tego stopnia, że w latach 80. XVIII wieku była bliska 30 milionów mieszkańców. Wszystko to pozwala myśleć, że demograficzna dynamika, nieznana w poprzednich wiekach, znacząco przyczyniła się do stagnacji zarobków rolników i wzrostu renty gruntowej w dekadach prowadzących do rewolucji 1789 roku. Choć nie można jej uznawać za jedyną przyczynę rewolucji francuskiej, wydaje się oczywiste, że ta ewolucja mogła tylko nasilić rosnący brak popularności arystokracji i dotychczasowej władzy politycznej.

 

Jednakże opublikowany w 1792 roku opis Younga jest równocześnie przesiąknięty nacjonalistycznymi uprzedzeniami i powierzchownymi porównaniami. Nasz wielki agronom jest mocno nieusatysfakcjonowany odwiedzanymi oberżami i ubiorem podających mu jedzenie kelnerek, który to ubiór opisuje z niesmakiem. Ze swych obserwacji, często trywialnych i anegdotycznych, usiłuje wywodzić konsekwencje dla historii powszechnej. Niepokoi go zwłaszcza możliwość zaburzeń politycznych, do których może prowadzić nędza mas. Young jest przekonany, że tylko system polityczny na wzór angielski, z oddzielnymi izbami dla arystokracji i stanu trzeciego oraz prawem weta dla szlachetnie urodzonych, pozwala na spokojny, harmonijny rozwój, prowadzony przez ludzi odpowiedzialnych. Uważa, że godząc się w latach 1789–1790 na wspólne zasiadanie jednych i drugich w tym samym parlamencie, Francja zmierza ku upadkowi. Nie będzie przesadą stwierdzenie, że całość jego opisu jest podszyta obawą przed rewolucją francuską.

 

Kiedy rozważa się problem podziału bogactw, polityka znajduje się zawsze w pobliżu i często trudno jest uniknąć uprzedzeń i interesów klasowych własnej epoki.

 

Gdy wielebny Malthus publikuje w 1798 roku swój słynny esej, jest w swych wnioskach jeszcze bardziej radykalny od Younga. Podobnie niepokoją go wiadomości polityczne nadchodzące z Francji i aby uzyskać pewność, że takie zaburzenia nie rozciągną się kiedyś na Zjednoczone Królestwo, uważa, iż należy pilnie znieść cały system pomocy dla biednych i poddać ścisłej kontroli ich rozrodczość, gdyż w przeciwnym wypadku całemu światu grozi przeludnienie, chaos i nędza. Nie zrozumiemy tej przesady, obecnej w czarnej wizji przepowiedni maltuzjańskich, bez uwzględnienia strachu, w jakim żyła znaczna część elit europejskich w latach 90. XVIII wieku.

 

 

Ricardo: zasada rzadkości

 

Patrząc wstecz, łatwo jest oczywiście naigrawać się z tych proroków nieszczęścia. Ważne jest jednak, by uświadomić sobie, że przemiany ekonomiczne i społeczne, dokonujące się z końcem XVIII i początkiem XIX wieku, były obiektywnie wstrząsające, a nawet szokujące. W istocie większość obserwatorów tamtej epoki – nie tylko Malthus i Young – postrzegała długoterminową ewolucję podziału bogactw i struktury społecznej w barwach ciemnych, a nawet apokaliptycznych. Jest to w szczególności przypadek Davida Ricardo i Karola Marksa, bez wątpienia najbardziej wpływowych ekonomistów XIX wieku. Obaj wyobrażali sobie, że mała grupa społeczna – właściciele ziemscy u Ricardo, kapitaliści przemysłowi u Marksa – nieuchronnie będzie przywłaszczać stale rosnącą część produkcji i dochodu.

 

Dla Ricardo, który opublikował w 1817 roku swoje Zasady ekonomii politycznej i opodatkowania, główną troską pozostaje długoterminowy wzrost cen ziemi i poziomu renty gruntowej. Podobnie jak Malthus, Ricardo praktycznie nie dysponuje żadnym godnym tej nazwy źródłem statystycznym. Nie przeszkadza mu to jednak w zdobyciu głębokiej wiedzy o kapitalizmie swojej epoki. Wywodzi się z rodziny żydowskich finansistów pochodzenia portugalskiego, ale wydaje się zarazem obarczony mniejszą liczbą uprzedzeń politycznych niż Malthus, Young czy Smith. Ricardo pozostaje pod wpływem modelu Malthusa, ale posuwa się dalej w swym rozumowaniu. Jest zwłaszcza zainteresowany następującym logicznym paradoksem: poczynając od chwili, gdy przyrost ludności i produkcji przedłuża się w sposób trwały, ziemia ma tendencję do stawania się coraz rzadszym dobrem w stosunku do innych dóbr. Prawo podaży i popytu powinno prowadzić do stałego wzrostu cen ziemi i czynszów płaconych właścicielom ziemskim. W rezultacie więc ci ostatni będą otrzymywali coraz większą część dochodu narodowego, reszta zaś ludności część malejącą, co byłoby zgubne dla równowagi społecznej. Dla Ricardo jedynym wyjściem, zadowalającym zarówno logicznie, jak i politycznie, byłby stale rosnący podatek od renty gruntowej.

 

Zobaczymy, że ta ponura przepowiednia się nie sprawdziła: renta gruntowa rzeczywiście utrzymywała się długo na wysokim poziomie, ale w końcu wartość gruntów rolnych nieubłaganie spadła wobec innych form dóbr, w miarę jak zmniejszała się waga rolnictwa w dochodzie narodowym. Pisząc w pierwszym dziesięcioleciu XIX wieku, Ricardo nie mógł przewidzieć skali postępu technicznego i wzrostu przemysłu, który nastąpił w rozpoczynającym się dopiero stuleciu. Podobnie jak Malthus i Young, nie był w stanie wyobrazić sobie ludzkości całkowicie uniezależnionej od przymusu żywnościowego i rolniczego.

 

Jednakże jego intuicja w kwestii cen ziemi pozostaje interesująca: „zasada rzadkości”, na której się opiera, może potencjalnie w ciągu kilku dekad doprowadzić niektóre ceny do skrajnych poziomów. Wystarczyłoby to zupełnie do głębokiej destabilizacji całych społeczeństw.

 

System cen odgrywa niezastąpioną rolę w koordynacji poczynań milionów czy nawet miliardów ludzi w ramach nowej światowej gospodarki. Problem polega na tym, że nie ma on granic ani moralności.

 

Popełnilibyśmy błąd, nie uwzględniając znaczenia tej zasady dla analizy światowego podziału bogactw w XXI wieku. Aby się o tym przekonać, wystarczy w modelu Ricardo zastąpić ceny gruntów rolnych cenami nieruchomości w wielkich metropoliach albo cenami ropy naftowej. W obu tych przypadkach, jeśli tendencję zaobserwowaną w latach 1970–2010 przedłużymy na okres 2010–2050 albo 2010–2100, to dojdziemy do zachwiań równowagi ekonomicznej, społecznej i politycznej na dużą skalę, zarówno między krajami, jak i wewnątrz krajów, co przywodzi na myśl apokalipsę przepowiadaną przez Ricardo.

 

Oczywiście, istnieje pewien nader prosty mechanizm ekonomiczny, który pozwala doprowadzić proces do równowagi: gra popytu i podaży. Jeśli jakieś dobro jest oferowane w niewystarczającej ilości, a jego cena jest zbyt wysoka, wówczas popyt na to dobro powinien spaść, prowadząc do uspokojenia sytuacji. Mówiąc inaczej, jeśli ceny nieruchomości i produktów naftowych rosną, to wystarczy przenieść się na wieś albo zacząć jeździć na rowerze (albo zrobić obie rzeczy naraz). Jednak poza tym, że mogłoby to się okazać mało przyjemne i zbyt skomplikowane, tego typu zmiana zajęłaby zapewne kilka dekad, podczas których właściciele nieruchomości i ropy naftowej zgromadziliby tak duże wierzytelności wobec reszty ludności, że w końcu pozyskaliby na stałe wszystko to, co można posiadać, z wsiami i rowerami włącznie.

 

Jak zwykle najgorsze nigdy nie jest pewne. Jest zdecydowanie za wcześnie, by powiedzieć czytelnikowi, że swój czynsz w 2050 roku będzie opłacał emirowi Kataru. Ten problem zostanie przeanalizowany we właściwym momencie, aczkolwiek odpowiedź, jaką damy, chociaż bardziej zniuansowana, będzie tylko umiarkowanie uspokajająca. Ważne jest, by zdać sobie już teraz sprawę, że gra popytu i podaży w żadnym wypadku nie wyklucza takiej możliwości, tzn. dużej i trwałej różnicy w podziale bogactw związanej ze skrajnymi ruchami niektórych cen. Oto podstawowe przesłanie wprowadzonej przez Ricardo zasady rzadkości dóbr. Nie znaczy to jednak, że jesteśmy zmuszeni do tej gry w kości.

 

 

Marks: zasada nieskończonej akumulacji

 

Kiedy Karol Marks wydaje w 1867 roku pierwszy tom Kapitału, a więc dokładnie pół wieku po publikacji Zasad ekonomii politycznej i opodatkowania Ricardo, realia gospodarcze i społeczne zasadniczo się zmieniły: nie chodzi już o to, by wiedzieć, czy rolnictwo będzie mogło wyżywić rosnącą liczbę ludności albo czy ceny gruntów poszybują do nieba, ale raczej o to, by zrozumieć dynamikę kapitalizmu przemysłowego w pełnym rozkwicie.

 

Najbardziej znaczącym faktem tej epoki jest nędza proletariatu przemysłowego. Pomimo wzrostu, albo raczej częściowo z jego powodu, jak również ze względu na masową ucieczkę ze wsi spowodowaną wzrostem liczby ludności i wydajności rolnictwa, robotnicy gnieżdżą się w miejskich ruderach. Dni pracy są długie, a płace dramatycznie niskie. Rozwija się nowa nędza miejska, bardziej widoczna, bardziej szokująca i pod pewnymi względami jeszcze bardziej skrajna niż nędza wsi w czasach ancien régime’u. Germinal, Oliver Twist czy Nędznicy nie powstały w wyobraźni powieściopisarzy, podobnie jak prawa zakazujące pracy w manufakturach dzieci poniżej ósmego roku życia (we Francji w 1841 roku) czy poniżej dziesiątego roku życia w kopalniach (w Zjednoczonym Królestwie w 1842 roku). Raport Obraz stanu fizycznego i moralnego robotników zatrudnionych w manufakturach opublikowany we Francji w 1840 roku przez doktora Louisa-René Villermé, który przyczynił się do przyjęcia nieśmiałej legislacji z 1841 roku, przedstawiał tę samą straszną rzeczywistość, co Położenie klasy robotniczej w Anglii wydane przez Fryderyka Engelsa w 1845 roku.

 

Rzeczywiście, wszystkie dane historyczne, jakimi dysponujemy dzisiaj, wskazują, że trzeba było czekać do drugiej połowy, a nawet do ostatniego trzydziestolecia XIX wieku, by zauważyć znaczący wzrost siły nabywczej płac. Od lat 1800–1810 po lata 1850–1860 płace robotnicze utrzymują się na niskim poziomie: są bliskie tych z XVIII stulecia i wieków poprzednich, a niekiedy nawet niższe. Ta długa faza stagnacji płacowej, widoczna zarówno w Zjednoczonym Królestwie, jak i we Francji, może dziwić tym bardziej, że w owym czasie przyśpiesza wzrost gospodarczy. Udział w dochodzie narodowym kapitału, pochodzącego z zysków przemysłowych, renty gruntowej i czynszów miejskich – na tyle, na ile można go oszacować na podstawie mało precyzyjnych źródeł – szybko rośnie w obu krajach w pierwszej połowie XIX wieku. Zmniejszy się on nieco w ostatnich dekadach XIX stulecia, kiedy płace częściowo nadrobią opóźnienie.

 

Dane, jakie zgromadziliśmy, wskazują wszakże, że żadne strukturalne zmniejszenie nierówności nie nastąpiło przed I wojną światową. W latach 1870–1914 jesteśmy w najlepszym razie świadkami stabilizacji nierówności na niezwykle wysokim poziomie, a pod pewnymi względami – spirali nierówności bez końca, zwłaszcza w obliczu coraz dalej posuniętej koncentracji majątków. Trudno powiedzieć, dokąd prowadziłaby ta trajektoria bez wstrząsów gospodarczych i politycznych spowodowanych wybuchem wojny z lat 1914–1918. W świetle analizy historycznej i z dystansem, na jaki możemy sobie pozwolić dzisiaj, wydają się one jedynymi czynnikami powodującymi zmniejszenie nierówności od czasu rewolucji przemysłowej.

 

Korzystna koniunktura dla kapitału i zysków przemysłowych, w porównaniu ze stagnacją dochodów z pracy, stanowi w latach 40 i 50. XIX wieku fakt tak oczywisty, że wszyscy mają tego absolutną świadomość, nawet jeśli nikt nie dysponuje wówczas reprezentatywnymi statystykami narodowymi. To w tym kontekście rozwijają się pierwsze ruchy komunistyczne i socjalistyczne.

 

Centralne pytanie jest proste: czemu służy rozwój przemysłu, czemu służą wszystkie te innowacje techniczne, cała ta praca, cały ten exodus ze wsi, jeśli na koniec półwiecza wzrostu przemysłu sytuacja mas jest wciąż tak samo nędzna i jeśli wszystko na co nas stać, to zakaz pracy w fabrykach dzieci poniżej ósmego roku życia?

 

Klęska istniejącego systemu ekonomicznego i politycznego wydaje się ewidentna. Podobnie jak następne pytanie: co można powiedzieć o ewolucji takiego systemu na dłuższą metę?

 

Przed takim wyzwaniem staje Marks. W 1848 roku, w przededniu Wiosny Ludów, opublikował już Manifest Partii Komunistycznej, krótki acz wpływowy tekst zaczynający się słynnymi słowami: „Widmo krąży po Europie – widmo komunizmu”, i kończący nie mniej głośną przepowiednią rewolucyjną: „Wraz z rozwojem wielkiego przemysłu usuwa się przeto spod nóg burżuazji sama podstawa, na której wytwarza ona i przywłaszcza sobie produkty. Wytwarza ona przede wszystkim swoich własnych grabarzy. Jej zagłada i zwycięstwo proletariatu są równie nieuniknione”.

 

W ciągu dwóch następnych dziesięcioleci Marks zajmie się pisaniem obszernego traktatu, który miał uzasadnić te wnioski i stworzyć naukową analizę kapitalizmu i jego upadku. To dzieło pozostanie nieukończone: pierwszy tom Kapitału ukazał się w 1867 roku, ale Marks zmarł 16 lat później, nie ukończywszy dwóch następnych tomów, które zostaną wydane pośmiertnie przez jego przyjaciela, Fryderyka Engelsa, na podstawie fragmentów rękopisów, niekiedy zagmatwanych, jakie pozostawił.

 

Podobnie jak Ricardo, Marks planował osadzić swoją pracę na fundamencie analizy wewnętrznych logicznych sprzeczności systemu kapitalistycznego. W ten sposób zamierzał odróżnić się tak od ekonomistów burżuazyjnych (którzy widzą w rynku system samoregulujący się, to znaczy zdolny do osiągnięcia stanu równowagi, na wzór „niewidocznej ręki” Smitha i „prawa zbytu” Saya), jak i socjalistów utopijnych czy zwolenników Pierre’a-Josepha Proudhona, którzy według niego zadowalali się ujawnianiem robotniczej nędzy, nie proponując prawdziwie naukowych studiów nad istniejącymi procesami gospodarczymi. W skrócie, Marks wychodzi od modelu ceny kapitału i zasady rzadkości dóbr Ricarda, po czym idzie dalej z analizą dynamiki kapitału, biorąc pod uwagę świat, w którym kapitał jest przede wszystkim przemysłowy (maszyny, wyposażenie itp.), a nie gruntowy, wobec czego może potencjalnie akumulować się w sposób nieograniczony.

 

Jego podstawowym wnioskiem jest coś, co można nazwać „zasadą nieograniczonej akumulacji”, to znaczy nieuchronnej tendencji kapitału do gromadzenia się i koncentrowania w sposób nieskończony, bez naturalnej granicy – stąd przewidywane przez Marksa apokaliptyczne rozwiązanie: albo będziemy świadkami tendencji do spadku rentowności kapitału (co zabija motor akumulacji i może doprowadzić kapitalistów do walki między sobą), albo udział kapitału w dochodzie narodowym urośnie w sposób nieograniczony (co wcześniej lub później doprowadzi pracujących do zjednoczenia się i zbuntowania). W każdym wypadku żadna stabilna równowaga socjoekonomiczna czy polityczna nie będzie możliwa.

 

Ta czarna wizja, podobnie jak ta zakładana przez Ricardo, się nie spełniła. Poczynając od ostatniego trzydziestolecia XIX wieku, płace wreszcie zaczynają rosnąć: poprawa ich siły nabywczej staje się powszechna, co zasadniczo zmienia sytuację, nawet jeśli nierówności pozostają wyraźne i pod pewnymi względami pogłębiają się aż do I wojny światowej. Do rewolucji komunistycznej doszło, ale w najbardziej zapóźnionym kraju Europy, tym, w którym rewolucja przemysłowa zaledwie się zaczynała (Rosja), podczas gdy najbardziej rozwinięte kraje Europy wybierały inne drogi, socjaldemokratyczne, na szczęście dla swoich mieszkańców. Podobnie jak poprzedzający go autorzy, Marks w ogóle nie uwzględnił możliwości trwałego postępu technicznego i stałego wzrostu wydajności, a więc czynnika, który – jak zobaczymy – pozwoli w jakimś stopniu równoważyć proces akumulacji i rosnącej koncentracji kapitału prywatnego.

 

Niewątpliwie brakowało mu danych statystycznych dla uzyskania większej precyzyjności swoich przewidywań. Bez wątpienia padł również ofiarą faktu, że swe wnioski miał gotowe od 1848 roku, jeszcze przed podjęciem badań, które mogłyby je uzasadnić. Najwyraźniej Marks pisał w warunkach wielkiego podniecenia politycznego, co prowadzi niekiedy do skrótów, których trudno uniknąć w pośpiechu. Płynie stąd wniosek o bezwzględnej konieczności podbudowywania rozpraw teoretycznych źródłami historycznymi tak kompletnymi, jak to tylko możliwe, co Marks najwidoczniej zaniedbał. Nie mówiąc już o tym, że w ogóle nie postawił sobie pytania o organizację polityczną i gospodarczą społeczeństwa, w którym prywatna własność kapitału zostałaby całkowicie zniesiona, a więc problemu nadzwyczaj złożonego, czego dowodzą dramatyczne improwizacje reżimów totalitarnych, które poszły tą drogą.

 

Przekonamy się wszakże, iż mimo wszystkich ograniczeń Marksowska analiza zachowuje w wielu punktach pewną trafność. Przede wszystkim Marks wychodzi od ważkiej kwestii (nieprawdopodobna koncentracja bogactwa podczas rewolucji przemysłowej) i próbuje znaleźć na nią odpowiedź, posługując się środkami, którymi dysponuje. Oto podejście, na którym dzisiejsi ekonomiści powinni się wzorować.

 

Następnie, i przede wszystkim, broniona przez Marksa zasada nieskończonej akumulacji opiera się na intuicji fundamentalnej dla analizy XXI wieku, jak i wieku XIX, i w pewien sposób bardziej jeszcze niepokojącej od drogiej Ricardo zasady rzadkości dóbr. Kiedy stopa przyrostu ludności i wzrostu wydajności jest stosunkowo niska, majątki zgromadzone w przeszłości w sposób naturalny zyskują wielkie znaczenie, potencjalnie nadmierne i destabilizujące społeczeństwa, których to dotyczy. Inaczej mówiąc, słaby wzrost pozwala tylko nieznacznie zrównoważyć Marksowską zasadę nieskończonej akumulacji. Wynikiem jest równowaga, która nie jest może tak apokaliptyczna, jak to przewidział Marks, ale niemniej jednak powoduje zakłócenia. Akumulacja zatrzymuje się w pewnym skończonym punkcie, ale punkt ten może mieścić się nadzwyczaj wysoko i mieć charakter destabilizujący. Zobaczymy, że bardzo znaczny wzrost całkowitej wartości majątków prywatnych, liczony wielokrotnością rocznego dochodu narodowego, który od lat 70. i 80. XX wieku stwierdzamy we wszystkich bogatych krajach – w szczególności w Europie i w Japonii – mieści się całkowicie w tej logice.

 

 

Od Marksa do Kuznetsa: od apokalipsy do bajki

 

Przechodząc od analiz Ricardo i Marksa w XIX wieku do tych autorstwa Simona Kuznetsa w XX wieku, można powiedzieć, że badania ekonomiczne przeszły od wyraźnej – i niewątpliwie przesadnej – skłonności do apokaliptycznych przepowiedni do opowiadania – równie przesadnego – chwytliwych bajek, a w każdym razie do „happy endów”. W istocie według teorii Kuznetsa nierówności dochodów mają się spontanicznie zmniejszać w zaawansowanych stadiach kapitalistycznego rozwoju, niezależnie od prowadzonej polityki czy charakterystyki poszczególnych krajów, później zaś stabilizować się na akceptowalnym poziomie. Teoria ta, zaprezentowana w 1955 roku, wydaje się pochodzić z czarodziejskiego świata „wspaniałego trzydziestolecia”: wystarczy być cierpliwym i trochę poczekać, aby wzrost przyniósł korzyści wszystkim. Filozofię chwili najwierniej oddaje anglosaski zwrot: Growth is a rising tide that lifts all boats (Wzrost jest falą unoszącą wszystkie łodzie).

 

Warto tutaj także przypomnieć optymistyczny fragment analizy Roberta Solowa z 1956 roku o warunkach „ścieżki zrównoważonego wzrostu”, to znaczy takiej trajektorii wzrostu, w której wszystkie wielkości – produkcji, dochodów, zysków, płac, kapitału, kursów giełdowych, nieruchomości itd. – postępują w tym samym rytmie, tak że każda grupa społeczna korzysta ze wzrostu w tych samych proporcjach, bez większych różnic. To absolutne przeciwieństwo Ricardowskiej czy Marksowskiej spirali nierówności i apokaliptycznych analiz XIX wieku.

 

Dla lepszego zrozumienia istotnego wpływu teorii Kuznetsa, przynajmniej do lat 80. i 90. XX wieku, a w pewnym stopniu nawet do dzisiaj, należy podkreślić fakt, że mamy do czynienia z pierwszą teorią w tej dziedzinie opartą na pogłębionej pracy statystycznej. Trzeba było czekać aż do połowy XX wieku, by pojawiły się wreszcie – wraz z wydaniem w 1953 roku monumentalnego dzieła Shares of Upper Income Groups in Income and Savings – pierwsze ciągi historycznych statystyk podziału dochodów. Historyczne statystyki Kuznetsa dotyczą tylko jednego kraju (Stanów Zjednoczonych) i okresu trzydziestu pięciu lat (1913–1948). Stanowią jednakże wkład bardzo dużej wagi, oparte są bowiem na dwóch źródłach danych niedostępnych dla autorów z XIX wieku: z jednej strony na deklaracjach o dochodach, składanych w związku z federalnym podatkiem dochodowym wprowadzonym w Stanach Zjednoczonych w 1913 roku, a z drugiej strony na szacunkach dochodu narodowego Stanów Zjednoczonych sporządzonych przez samego Kuznetsa kilka lat wcześniej. W ten sposób po raz pierwszy światło dzienne ujrzała tak ambitna próba zmierzenia nierówności społecznych.

 

Ważne jest uświadomienie sobie, że bez tych dwóch niezbędnych i uzupełniających się źródeł jest rzeczą niemożliwą zmierzenie nierówności w podziale dochodów i ich ewolucji. Pierwsze próby szacowania dochodu narodowego w Zjednoczonym Królestwie i we Francji pochodzą co prawda z przełomu XVII i XVIII wieku, były też podejmowane w ciągu XIX stulecia, ale chodziło wówczas o odosobnione szacunki. Trzeba było zaczekać aż do XX wieku i okresu międzywojennego, by doroczne cykle badań dochodu narodowego rozwinęły się z inicjatywy takich badaczy, jak Kuznets i John W. Kendrick w Stanach Zjednoczonych, Arthur L. Bowley i Colin G. Clark w Zjednoczonym Królestwie czy Léo Dugé de Bernonville we Francji. To pierwsze źródło, które pozwala obliczyć całkowity dochód kraju. Aby jednak obliczyć szczególnie wysokie dochody i ich udział w dochodzie narodowym, trzeba jeszcze dysponować deklaracjami podatkowymi. To drugie źródło pojawiło się wówczas, gdy w wielu krajach w okolicach I wojny światowej (w 1913 roku w Stanach Zjednoczonych, 1914 we Francji, 1909 w Zjednoczonym Królestwie, 1922 w Indiach i w 1932 roku w Argentynie) wprowadzono progresywne opodatkowanie dochodów.

 

Warto wiedzieć, że istnieją różne inne rodzaje statystyk dotyczące obowiązujących podstaw opodatkowania (na przykład liczby drzwi i okien w podziale na departamenty we Francji XIX wieku, co bynajmniej nie jest bez znaczenia), ale przy braku podatku dochodowego nie ma czegokolwiek odnoszącego się do dochodów. Zresztą osoby, których to dotyczy, często nie znają własnych dochodów tak długo, jak nie muszą ich deklarować. Podobnie rzecz się ma, gdy chodzi o podatek od spółek i podatek majątkowy.

 

Podatek stanowi nie tylko sposób włączenia ludzi w finansowanie wydatków publicznych i wspólnych projektów oraz możliwie sprawiedliwego podziału ich wkładu. To również sposób tworzenia klasyfikacji, wiedzy i demokratycznej przejrzystości.

 

Tak czy inaczej, zgromadzone dane pozwoliły Kuznetsowi na obliczenie ewolucji udziału, jaki w amerykańskim dochodzie narodowym przypadał każdemu centylowi, a także decylowi osób najwyżej usytuowanych w hierarchii dochodów. Co z tego wynikało? Kuznets dostrzegł znaczną redukcję nierówności dochodów w Stanach Zjednoczonych między rokiem 1913 i 1948. Mówiąc konkretnie, w latach 1910–1920 10% najbogatszych Amerykanów otrzymywało corocznie do 45–50% dochodu narodowego. Z końcem lat 40. XX wieku część przypadająca na tę samą najbogatszą grupę spadła do około 30–35% dochodu narodowego. Odnotowany spadek, przekraczający 10 punktów procentowych dochodu narodowego, jest wyraźny: odpowiada na przykład połowie tego, co przypada 50% najuboższych Amerykanów. Ta niewątpliwa redukcja nierówności ma duże znaczenie i będzie miała ogromny wpływ na powojenne debaty ekonomiczne, prowadzone zarówno na uniwersytetach, jak i w organizacjach międzynarodowych.

 

Minęły całe dekady, odkąd Malthus, Ricardo, Marks i tylu innych mówiło o nierównościach, nie powołując się jednak na żadne źródło, żadną metodę pozwalającą na dokładne porównanie różnych epok, a tym samym odniesienie się do konkurencyjnych hipotez. Po raz pierwszy pojawiła się obiektywna podstawa: może nie do końca doskonała, ale mająca tę zaletę, że istniała. Poza tym wykonana praca jest nadzwyczaj udokumentowana: opasły tom opublikowany przez Kuznetsa w 1953 roku prezentuje w najbardziej przejrzysty sposób wszystkie szczegóły jego źródeł i metod, tak że każde obliczenie może być odtworzone. Poza wszystkim Kuznets przynosi dobrą nowinę: nierówności maleją.

 

 

Krzywa Kuznetsa: dobra nowina w czasach zimnej wojny

 

Tak naprawdę sam Kuznets był w pełni świadomy zdecydowanie przypadkowego charakteru zmniejszenia wysokich dochodów w Stanach Zjednoczonych w latach 1913–1948, spowodowanego w znacznej mierze wstrząsami związanymi z kryzysem lat 30. XX wieku i II wojną światową i niemającego wiele wspólnego z procesem naturalnym i spontanicznym. W swym opasłym tomie wydanym w 1953 roku analizuje on szczegółowo te przypadki i ostrzega czytelnika przed wszelkim pośpiesznym uogólnieniem. Jednakże w grudniu 1954 roku, w ramach wykładu, który wygłasza w Detroit jako przewodniczący Amerykańskiego Towarzystwa Ekonomicznego, decyduje się na przedstawienie kolegom dużo bardziej optymistycznej interpretacji wyników swej książki. To właśnie ten wykład, opublikowany w 1955 roku pod tytułem Economic growth and income inequality (Wzrost gospodarczy i nierówność dochodu), da początek teorii „krzywej Kuznetsa”.

 

Według tej teorii nierówności miałyby wszędzie układać się w kształt „krzywej dzwonowej”, to znaczy najpierw rosnącej, a później opadającej w toku procesu industrializacji i rozwoju gospodarczego. Zdaniem Kuznetsa po fazie naturalnego wzrostu nierówności, właściwego dla pierwszych etapów uprzemysłowienia, czemu w Stanach Zjednoczonych odpowiada z grubsza XIX wiek, następuje faza silnego spadku nierówności, która w Stanach Zjednoczonych miała rozpocząć się w pierwszej połowie XX wieku.

 

Lektura wspomnianego tekstu z 1955 roku wiele wyjaśnia. Po przypomnieniu wszystkich powodów do ostrożności i oczywistego znaczenia zaburzeń zewnętrznych dla niedawnego spadku amerykańskich nierówności, Kuznets w deliktny sposób sugeruje, że wewnętrzna logika rozwoju gospodarczego, niezależnie od wszelkiej interwencji politycznej i wszelkich zaburzeń zewnętrznych, mogłaby również doprowadzić do takiego samego wyniku. Polega to na tym, że nierówności rosną w pierwszej fazie industrializacji (tylko mniejszość może korzystać z nowych bogactw, zapewnianych przez uprzemysłowienie), by następnie spontanicznie się zmniejszać podczas zaawansowanych faz rozwoju (rosnący odsetek ludności dołącza do najbardziej obiecujących sektorów, stąd spontaniczna redukcja nierówności).

 

Te „zaawansowane fazy” zaczynałyby się z końcem XIX lub początkiem XX wieku w krajach uprzemysłowionych, z kolei redukcja nierówności, do której doszło w Stanach Zjednoczonych w latach 1913–1948, potwierdzałaby tylko ogólne zjawisko, które w zasadzie powinno powtórzyć się któregoś dnia we wszystkich krajach, łącznie z tymi mniej rozwiniętymi, pogrążonymi wówczas w postkolonialnej nędzy. Wnioski przedstawione przez Kuznetsa w jego książce z 1953 roku stały się nagle bronią polityczną wielkiej mocy. Kuznets był w pełni świadomy wysoce spekulatywnego charakteru swej teorii. Prezentując więc optymistyczną jej wersję w ramach swego wykładu wygłoszonego do ekonomistów amerykańskich, którzy byli w pełni gotowi uwierzyć i rozpowszechniać dobrą nowinę dostarczoną przez ich sławnego kolegę, Kuznets wiedział, że wywrze ogromny wpływ: tak narodziła się „krzywa Kuznetsa”. Aby upewnić się, że wszyscy dobrze zrozumieli, o co chodzi, Kuznets zresztą dodał, że stawką jego optymistycznych przepowiedni jest po prostu utrzymanie krajów słabo rozwiniętych „w orbicie wolnego świata”. Teoria „krzywej Kuznetsa” jest zatem w znacznym stopniu produktem zimnej wojny.

 

Chciałbym być dobrze zrozumiany: wykonana przez Kuznetsa praca nad stworzeniem pierwszych danych na temat amerykańskich rachunków narodowych i pierwsze ciągi historycznych statystyk na temat nierówności, jest w pełni godna uznania, a w świetle lektury jego książek – bardziej niż artykułów – oczywiste jest, że kierował się on prawdziwą etyką badacza. Poza tym bardzo silny wzrost we wszystkich krajach rozwiniętych po wojnie był wydarzeniem o zasadniczym znaczeniu, podobnie jak fakt, że wszystkie grupy społeczne na tym korzystały. Jest rzeczą normalną, że w okresie „wspaniałego trzydziestolecia” przeważał pewien optymizm i że apokaliptyczne przewidywania z XIX wieku na temat dynamiki podziału bogactw straciły na popularności.

 

Niemniej czarodziejska teoria „krzywej Kuznetsa” została zbudowana w znacznym stopniu na błędnych podstawach, a jej baza empiryczna jest nader wątła. Zobaczymy, że silna redukcja nierówności dochodów, która wystąpiła niemal wszędzie w zamożnych krajach w latach 1914–1945, była przede wszystkim skutkiem wojen światowych i gwałtownych wstrząsów gospodarczych i politycznych i nie miała wiele wspólnego ze spokojnym ruchem międzysektorowym opisanym przez Kuznetsa.

 

 

Niech problem podziału dóbr znów trafi do centrum analizy ekonomicznej  

 

Problem podziału dóbr jest ważny, nie tylko ze względów historycznych. Od lat 70. XX wieku nierówności szybko poszybowały do góry w bogatych krajach, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, gdzie koncentracja dochodów w latach 2000–2010 osiągnęła, albo nawet lekko przekroczyła, rekordowy poziom z lat 1910–1920. Kwestią podstawową jest zatem zrozumienie, dlaczego tak się dzieje i jak nierówności mogły poprzednio ulec zmniejszeniu. Oczywiście, bardzo silny wzrost w krajach biednych i wschodzących, zwłaszcza w Chinach, stanowi potencjalnie potężną siłę redukującą nierówności na poziomie światowym, podobnie jak wzrost w krajach bogatych w czasie „wspaniałego trzydziestolecia”. Ale proces ten rodzi silne niepokoje wewnątrz krajów wschodzących i jeszcze większe w krajach bogatych. Poza tym zakłócenia obserwowane w ostatnich latach na rynkach finansowych, naftowych i nieruchomości mogą w naturalny sposób budzić wątpliwości co do nieuchronnego charakteru „ścieżki zrównoważonego wzrostu”, opisanej przez Solowa i Kuznetsa, według której wszystko miało się rozwijać w tym samym tempie.

 

Czy świat roku 2050 lub 2100 znajdzie się w rękach maklerów, kadr zarządzających i posiadaczy dużych majątków? A może krajów naftowych? Czy może Bank of China albo rajów podatkowych, gdzie w ten lub inny sposób wylądują wszyscy ci aktorzy?

 

Byłoby rzeczą absurdalną nie stawiać sobie tych pytań i zakładać, że wzrost jest w naturalny sposób „zrównoważony” na dłuższą metę.

 

W pewnym sensie na początku XXI wieku jesteśmy w podobnej sytuacji co obserwatorzy z XIX stulecia: jesteśmy świadkami ogromnych przekształceń i trudno powiedzieć, dokąd mogą one nas zaprowadzić albo do czego będzie podobny światowy podział bogactw między krajami, jak i wewnątrz nich w perspektywie kilku dekad. Dziewiętnastowieczni ekonomiści mieli jedną ogromną zaletę: lokowali problem podziału dóbr w centrum analizy i poszukiwali długoterminowych tendencji. Ich odpowiedzi nie zawsze były satysfakcjonujące, ale przynajmniej stawiali dobre pytania.

 

Faktycznie nie mamy żadnego dobrego powodu, by wierzyć w samoregulujący się charakter wzrostu. Nadeszła najwyższa pora, by przywrócić problem nierówności do centrum analizy ekonomicznej i postawić ponownie pytania zadane w XIX wieku. Zbyt długo kwestia podziału bogactw była niedoceniana przez ekonomistów, po części ze względu na optymistyczne wnioski Kuznetsa, po części zaś z uwagi na nadmierną skłonność naszej profesji do uproszczonych modeli matematycznych, opartych na „reprezentatywnym agencie”. Aby przywrócić kwestię podziału dóbr do centrum analizy, trzeba zacząć od zebrania możliwych danych historycznych, pozwalających na lepsze zrozumienie ewolucji z przeszłości i obecnych tendencji. Jedynie ustalając najpierw cierpliwie fakty i prawidłowości oraz konfrontując doświadczenia różnych krajów, będziemy mogli mieć nadzieję na lepszą ocenę występujących mechanizmów i rozjaśnienie drogi na przyszłość.

 

 

Jest to wstęp do książki Kapitał w XXI wieku Thomasa Piketty'ego, która ukaże się na początku maja. Usunięto wszystkie przypisy.

 

Tłum. Andrzej Bilik
Redakcja Sylwia Breczko i Michał Sutowski

 

 

***

 

 

 

PREMIERA KAPITAŁU W XXI WIEKU JUŻ W MAJU!

 

Najważniejsza i najbardziej poczytna książka ekonomiczna dekady, światowy bestseller, który zmienił sposób, w jaki patrzymy na społeczeństwo, na gospodarkę i na obecne w nich nierówności. Napisany ze swadą, ale i ugruntowany w nowatorskiej analizie danych empirycznych, błyskotliwy i rzetelny zarazem Kapitał w XXI wieku na długie lata wyznaczył nowe szlaki w ekonomii. 

 

Piketty kwestionuje podstawową logikę dominującą dotychczas w ekonomii. Owszem, ukazywały się książki, które stawiały sobie podobne zadanie, ale to musiało dojrzeć. I tak się stało.

Jacek Żakowski

 

Można bez ryzyka przesady powiedzieć, że Kapitał w XXI wieku, magnum opus francuskiego ekonomisty Thomasa Piketty'ego, bedzie najważniejszą książką ekonomiczną roku, a może i dekady. Piketty, niewątpliwie wiodący na świecie ekonomista badający dochody i nierówności, dokonał czegoś więcej niż tylko udokumentował wzrastającą koncentrację bogactwa w rękach wąskiej elity. Pokazał też, że wracamy do czasów „kapitalizmu patrymonialnego”, w którym na szczytach gospodarczej hierarchii dominuje nie tyle nawet bogactwo, ile odziedziczone bogactwo, przez co urodzenie znaczy więcej niż wysiłek i talent.

Paul Krugman, noblista, „New York Times”

 

 

Thomas Piketty (1971) – francuski ekonomista, absolwent m.in. London School of Economics, dyrektor ds. badań w École des hautes études en sciences sociales (EHESS), współzałożyciel i profesor w Paris School of Economics. W 2012 roku wybrany przez „Foreign Policy” do grona stu najbardziej wpływowych intelektualistów na świecie. Obok bestsellerowej książki Kapitał w XXI wieku (2013) napisał też m.in. Ekonomię nierówności (2004) i Czy można uratować Europę? (2012), które wkrótce ukażą się nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej.

 

 

***

Czytaj Piketty'ego i o Pikettym w Dzienniku Opinii:

Thomas Piketty: Sposób na nierówności? Globalny podatek majątkowy

Thomas Piketty: Oto nowa, demokratyczna architektura dla Europy [manifest ekonomistów] 

Adam Ostolski: Piketty i mity polskiej transformacji

Thomas Palley: Wielkie dzięki, Piketty! [rozmowa Michała Sutowskiego]

Elżbieta Mączyńska: Jak kapitalizm zjada naszą przyszłość

Piotr Kuczyński: Polacy niechętnie dyskutują o nierównościach

Will Hutton: Kapitalizm po prostu nie działa. Oto kilka powodów

 

 

Polub Dziennik Opinii na FB   

Multimedia

TVKP

Kinga Dunin: Marsz w obronie resztek godności kobiet #Sterniczki

"Lata religii w szkole, propagandy i zawstydzania kobiet zrobiły swoje. (...) Może czas powiedzieć, że aborcja jest czasami dobra, dla kobiety, dla społeczeństwa, więc jest dobra."

Rewolucja 1905

Obchody rocznicy Powstania Łódzkiego - przygotowania

Klip przedstawia pracę Teatru CHOREA nad spektaklem, który odbędzie się w ramach obchodów 111. rocznicy Powstania Łódzkiego – Rewolucji 1905 roku.

Rewolucja 1905

Zaproszenie na 111. rocznicę Powstania Łódzkiego

Zapraszamy na obchody 111. rocznicy Powstania Łódzkiego – Rewolucji 1905 roku. Obchody odbędą się 18 czerwca 2016 roku w Łodzi.

TVKP

Pielęgniarki z Centrum Zdrowia Dziecka tuż po podpisaniu porozumienia z dyrekcją CZD #Sterniczki

W środę, 8 czerwca zawarte zostało porozumienie między pielęgniarkami a dyrekcją Centrum Zdrowia Dziecka. W specjalnym odcinku "Sterniczek" z pielęgniarkami rozmawia Robert Kowalski.