|
Zadumałam się, gdy pewna młoda warszawianka, dziewczyna niezwykle inteligentna i świetnie wykształcona, zadała mi niedawno pytanie: – Jak to możliwe, że w szwedzkim państwie opiekuńczym służba zdrowia jest prywatna?.
Pytanie wcale nie było specjalnie szokujące, nieraz stawiano mi znacznie dziwniejsze. Przykładowo, ekonomiści – wprawdzie absolwenci produkujących ćwierćinteligentów polskich uczelni prywatnych – pytali mnie, czy w Szwecji jest podatek liniowy i ile wynosi u nas ustawowa płaca minimalna.
Wszyscy w Szwecji – także bezrobotni otrzymujący zasiłek z A-kassan [fundusz wspierania bezrobotnych] – płacą przede wszystkim podatek komunalny, różny w różnych gminach. Jednak w danej gminie dochodowy podatek komunalny jest rzeczywiście identyczny dla każdego mieszkańca, od sprzątaczki do multimilionera. W gminie Sztokholmu i w mojej parafii (församling) podatek ten w roku ubiegłym wynosił 30,73 proc., z czego 17,58 proc. szło na potrzeby gminy, 12,10 proc. – na potrzeby województwa (Stockholms landsting), 0.98 proc. – dla Kościoła szwedzkiego (Svenska kyrkan), a 0,07 proc. stanowiła opłata na utrzymanie cmentarzy. Nadmienię, że gmina utrzymuje m.in. szkoły podstawowe i średnie oraz obsługę opieki nad ludźmi starymi (największa pozycja w budżecie każdej gminy), a landstinget – całą służbę zdrowia. Jedynie osoby lepiej zarabiające płacą jeszcze podatek państwowy i wtedy obciążenie podatkowe kształtuje się w granicach 47 – 55 proc. Twierdzenie, że w Szwecji mamy podatek liniowy, jest po prostu ideologicznym nadużyciem, podobnym do twierdzenia polskich hierarchów kościelnych sprzed kilkunastu lat, iż w szwedzkich szkołach naucza się religii. W rzeczywistości w szwedzkich szkołach naucza się religioznawstwa, prezentując dość obszerną wiedzę o różnych religiach – z wizytami studyjnymi w meczecie, synagodze, świątyni buddyjskiej etc. – a nauczycielowi tego przedmiotu nie wolno nawet ujawnić, czy jest wierzący i do jakiego Kościoła ewentualnie należy.
Jeżeli zaś chodzi o ustawową płacę minimalną, to w neokorporacyjnym systemie szwedzkim byłaby ona jakimś horrendum. Od czasu porzucenia centralnych negocjacji płacowych każdy związek zawodowy sam negocjuje płace z odpowiadającym mu związkiem pracodawców. W praktyce im silniejszy związek zawodowy, tym lepsze potrafi wywalczyć stawki dla swoich członków. Płaca minimalna w danej profesji małe ma znaczenia, gdyż mało kto ją otrzymuje. Ważniejsza jest płaca średnia w danej branży oraz ewentualny OB-tillägg [stawki za pracę w weekendy i po godzinach]. Trzeba pamiętać, że w porównaniu z innymi państwami dodatki za wysługę lat są w Szwecji bardzo niskie, zgodnie z żelazną zasadą: „taka sama płaca za taką samą pracę”. Dla młodzieży start od razu z wysokiej stawki ma dobre i złe strony – ktoś, kto pracę dostanie, otrzymuje pobory niewiele mniejsze od pracownika z 20 – 25-letnim stażem, ale z drugiej strony trudniej jest pracę dostać. Chyba dlatego Szwecja ma najwyższe po Hiszpanii bezrobocie wśród młodzieży.
Aby uświadomić czytelnikowi skalę egalitaryzmu płacowego w Szwecji, podam kilka przykładów średniej miesięcznej płacy krajowej (oczywiście brutto, w koronach) w poszczególnych branżach: salowa – 20 400; pielęgniarka (bez dodatktowej specjalizacji) – 23 800; farmaceuta (zatrudniony w aptece) – 28 600; masażysta – 33 800; psycholog (zatrudniony w poradni) – 29 700; logopeda – 25 400; nauczyciel szkoły podstawowej – 24 200; nauczyciel szkoły średniej – 25 300; bibliotekarz – 23 800; elektryk (z wykształceniem średnim) – 31 500; archiwariusz (z wykształceniem wyższym) – 25 600; ochroniarz – 22 500; konserwator nieruchomości – 23 100; drukarz – 24 500; copywriter – 29 600.
Trzeba pamiętać, że są to średnie krajowe – z uwagi na różnice kosztów utrzymania, pobory są wyższe w dużych miastach, a niższe na prowincji. Jednak już powyższe liczby wskazują, jak wiele zależy od siły związków zawodowych. Jest niewątpliwym skandalem, że bibliotekarka – gdyż najczęściej jest to kobieta – otrzymuje pobory niższe od drukarza, zwłaszcza iż od bibliotekarza wymaga się w Szwecji wyjątkowo długich studiów wyższych, dłuższych niż od nauczycieli szkół średnich. Wynika to z faktu, że Grafiska Fackförbundet (związek zawodowy drukarzy) od chwili swego powstania był jednym z najsilniejszych związków zawodowych. Mimo to należy nadmienić, że w Europie stratyfikacja płacowa jest najmniejsza w Szwecji i Finlandii, a największa – na Węgrzech i w Polsce. Wielkie różnice społeczne w Polsce i ich całkowita akceptacja przez polskie elity zawsze budzą w Szwedach zdumienie. Budziły zresztą już w II RP.
Obojętność zimnych stosunków
Od czasu powstania II RP stosunki polsko-szwedzkie nie były ani dobre, ani złe – były nijakie, czasami zanikające. Po utracie w 1917 niezwykle ważnego dla Szwedów rynku rosyjskiego, teoretycznie powinni oni byli zainteresować się Polską, szło to jednak opornie. Szwedzkie koncerny nie ufały krajowi aż tak biednemu, swoją rolę odgrywały też kwestie religijne, gdyż katolicyzm – zwłaszcza w polskim wydaniu – nigdy nie był i nie jest w Szwecji lubiany. Tylko czasami stosunki polsko-szwedzkie nabierały rumieńców, jak np. przed samą wojną, gdy zagrożone państwo polskie zainteresowało się możliwością zakupu broni w sławnej firmie Bofors (a produkowane przez tę firmę haubice i automatyczna artyleria przeciwlotnicza 40 mm – eksportowana zresztą do USA i Wielkiej Brytanii – była wówczas najlepszym tego typu uzbrojeniem na świecie). Polska dyplomacja Szwecję lekceważyła: choćby z Zeszytów Historycznych Jerzego Giedroycia wiemy, że polski attaché wojskowy w Szwecji, podpułkownik Andrzej Marecki przebywał na stałe… w Warszawie, jedynie rzadko pojawiając się w Sztokholmie.
W okresie PRL stosunki również były dość obojętne. Biuro T dysponowało wprawdzie ciekawymi materiałami z Polski – na skutek szczególnego zbiegu okoliczności niektóre z nich można dziś przeczytać w Krigsarkivet (archiwum wojennym) – ale mam powody przypuszczać, że pochodziły one z wymiany wywiadowczych materiałów z Organisation Gehlen i późniejszej BND. Polskiemu podziemiu po roku 1945 Szwedzi nie udzielali pomocy, choć np. Stefan Korboński umknął wraz z żoną z łap bezpieki na szwedzkim statku. Trochę zainteresowali się Szwedzi Polską w czasach „hańby marcowej”, gdy w ramach ekspiacji kraj ich przyjął dużą ilość wygnańców z PRL. Później powszechną złość wywołali osławieni studenci-handlarze obrazów. Szczególnie oburzeni byli Szwedzi, gdyż wyjątkowo niezgrabny polski wywiad wojskowy potraktował ich jak idiotów. W zimnej Szwecji wynajmowanie domków campingowych w listopadzie nie jest najlepszym sposobem legendowania operacji, a ponadto chyba nawet w Polsce studenci mają jakiś rok akademicki.
Osobnym rozdziałem była „Solidarność”. Wprawdzie Szwedzi kompletnie nie rozumieli wszystkich tych krzyży i portretów papieża, ale udzieli związkowi sporej pomocy, zwłaszcza po 13 grudnia. Jest to dobrze opisane w szeregu publikacji. Spośród byłych internowanych przybyły do Szwecji spore grupy ze Śląska i Szczecina, wśród których dominowali „zdrowotrzonowcy” i członkowie KPN. Była kiedyś w Polsce taka partia, a jaka była, każdy widział – opowiadano mi, że wystarczyły okulary, aby być przez nich uznanym za „kornika” czyli kogoś będącego przynajmniej pod wpływem dawnego KSS KOR. Narodowcy ujawniali nie tylko „staropolski” antysemityzm, ale także niewiarygodny rasizm w stosunku do uchodźców o innym kolorze skóry, co Szwedów bardzo dziwiło.
Szwedzi, którzy przebywali służbowo w II RP byli ludźmi wykształconymi, umiejącymi pisać i pozostawili po sobie sporo wspomnień, które kiedyś musiałam przeczytać. Trzeba z naciskiem podkreślić, że choć stosunki społeczne w Polsce oceniali jak najgorzej, to nawiązywali osobiste przyjaźnie z różnymi Polakami, a w czasie wojny oddawali wielkie usługi państwu podziemnemu. Nie jest to stwierdzenie gołosłowne – siedmiu Szwedów zostało w końcu ujętych przez Sicherheitsdienst i w roku 1943 stanęło przed „trybunałem ludowym” w Berlinie. Czterej z nich (Nils Bergling, Carl E. Herslow, Sigge Häggberg i Tore Widén) zostali skazani na karę śmierci – wyroków nie wykonano tylko dlatego, że proniemiecki Gustaf V napisał do Hitlera list z prośbą o łaskę i Führer zamienił te wyroki na kary dożywotniego więzienia. Hitlerowska SD nie ujęła zresztą wszystkich współpracujących z polskim podziemiem Szwedów, najważniejsi nie wpadli jej w łapy. Sven Norrman, przedstawiciel ASEA (dziś ABB) w Warszawie, który krążył między Sztokholmem i Warszawą, przewożąc w obie strony mikrofilmy z pocztą, a ponadto wwoził do Warszawy duże sumy w dolarach, cudem uniknął aresztowania. W ostatniej chwili z rąk warszawskiego Gestapo wymknął się też szef izby handlowej, Hilding Molander – zamiast sleepingiem, w którym go oczywiście szukano, pojechał do Berlina III klasą, a tam, w dalszej podróży do Sztokholmu, pomogła mu liczna w stolicy III Rzeszy kolonia szwedzka. Nikt uczciwy nie może powiedzieć, że Szwedzi, którzy ryzykowali życiem dla polskiego podziemia, żywili jakieś antypolskie uprzedzenia.
Szwajcarski zegarek
W obecnej Polsce panuje nieustanna moda na idealizowanie II RP, którą J.K. Bielecki porównał kiedyś do szwajcarskiego zegarka, zepsutego potem przez „komunę”. Jednak były premier może znać tamtą Polskę jedynie z lektur, a w przeciwieństwie do nieboszczki Unii Demokratycznej, środowisko gdańskich liberałów nie było nigdy obciążone nadmiarem erudycji. Dla mnie bardziej autorytatywnie może się o II RP wypowiedzieć ktoś, kto wtedy żył, obracał w kregu sanacyjnej elity i pracował jako wysoki urzędnik ministerialny. Posłuchajmy zatem:
„Tym, co najbardziej raziło mnie w Polsce przedwojennej, była niepraworządność obecna we wszystkich dziedzinach. Wyrażająca się w powszechnej korupcji, w roli protekcji, w bardzo niezdrowych stosunkach w wojsku.(…) W sumie w Polsce panowały bałagan i bezhołowie.(…) Mówiąc o braku przemyślanej polityki państwa, mam na myśli nie tylko politykę narodowościową. Również politykę społeczną i politykę rolną. Tak o II RP mówił Jerzy Giedroyc, wierny aż do śmierci piłsudczyk i sanator.
A teraz popatrzmy, co o „szwajcarskim zegarku” mówili pracujący w Warszawie obywatele Szwecji. Byli to albo zawodowi dyplomaci, albo wysocy managerowie wielkiego businessu, znający wiele krajów, dalecy od wszelkiej lewicowości, a jednak wszyscy byli autentycznie zaszokowani społecznymi kontrastami w Polsce, tą „nędzą zaraz za bramą pałacu”, jak to ujął envoyé (poseł pełnomocny) w Warszawie w latach 1934-38, Erik Boheman. „Wszyscy byliśmy świadomi, że coś takiego nie może trwać, część polskich ziemian miała też podobne zdanie, ale większość, z polską beztroską, używała życia, jak długo się dało” napisał Boheman w swoich wspomnieniach På vakt. Zabawne, że w poświęconej szwedzkim dyplomatom zbiorowej pracy Erik Boheman, który wcześniej był posłem a Ankarze, a później m.in. ambasadorem w Londynie i Waszyngtonie, określony jest jako dyplomata o poglądach bardzo konserwatywnych. Mimo tego warunki życia na polskiej wsi obrażały jego poczucie przyzwoitości.
Konsul generalny, Carl Herslow napisał, że warunki życia wielu robotników są straszne, a robotników rolnych – poniżej poziomu ludzkiej egzystencji. „Przeraziłem się, gdy po polowaniu po raz pierwszy zobaczyłem polską wieś” – napisał Herslow, daleki od socjaldemokracji były dyrektor monopolu zapałczanego i oficer elitarnego pułku.
Od początku XIX wieku do roku 1944 funkcjonował w Szwecji tzw. system fornalski (statarsystemet). Polegał on na tym, że farmer-własciciel gospodarstwa wynajmował jednego czy kilku fornali (statare), zawsze żonatych i z reguły tylko na rok, bo wszak nowa miotła zawsze lepiej zamiata. Choć wynagrodzenie, częściowo w naturze, farmer wypłacał tylko za pracę mężczyzny, to żona fornala też była zobowiązana do pomocy w zajęciach domowych, a przede wszystkim do dojenia krów – przy ich większej ilości była to praca tak straszna, że nazywano ją „białą chłostą”. Był to system okrutnego wyzysku, ale fornale i ich rodziny nie cierpieli głodu, mogli sobie kupić stosowną odzież, a nawet odłożyć jakieś niewielkie oszczędności. Szwedów przerażała niewiarygodna nędza robotników rolnych w Polsce i płacone im stawki: złotówka za dniówkę. Szwedzcy dyrektorzy w Warszawie zarabiali do 10 – 11 tysięcy zł miesięcznie i nie byli sobie w stanie wyobrazić, jak można wyżyć za pensje polskiego proletariatu. Tyle jednak płacono wtedy „hołocie”, Julia Heflich-Mincowa powiedziała Teresie Torańskiej, że swojej służącej „na przychodne i z praniem” płaciła 15 zł miesięcznie. Herslow wspomniał o nowym szoferze szwedzkiej placówki, który rozpłakał się, gdy po miesiącu otrzymał przyzwoitą pensję – wcześniej był szoferem Maurycego Potockiego, który potrafił nie płacić przez pół roku (wychowany w luteranizmie Herslow uważał takie postępowanie za wyjątkowo ohydną formę kradzieży).
Pierwszy sekretarz szwedzkiej legacji, Sven Grafström był dość zafascynowany egzotyką Polski, „gdzie hrabiowie są prawie tak liczni jak zające w ich włościach”. W swoich Anteckningar odnotowywał różne polskie osobliwości, nawet używaną przez wieśniaka łódź-dłubankę, która w innych krajach „wywołuje ślinotok u archeologów, gdy wykopią coś takiego z pokładów torfu”, ale bale u Róży Tyszkiewiczowej opisywał zjadliwie. Grafström żywił sporo pogardy do polskich elit, jednak gdy w listopadzie 1939 wysłano go ponownie do Warszawy, zabrał z polskiego poselstwa w Sztokholmie blisko 500 listow i sporą sumę pieniędzy dla podziemia. Jak na dyplomatę neutralnego przecież kraju – czyn dość wyjątkowy.
Klimat brunatności
Postawa warszawskich Szwedów i ich zaangażowanie w pomoc podziemiu są o tyle zdumiewające, że całkowicie sprzeczne z panującymi wówczas w Szwecji nastrojami. To tylko Ingmar Bergman miał odwagę napisać z wielkim wstydem „I ja kochałem Adolfa Hitlera” – inni też kochali, ale tej odwagi im zabrakło. Pisałam w innym miejscu, że stosunek Szwedów do III Rzeszy najlepiej podsumowuje tytuł poświęconej tej problematyce książki profesora historii najnowszej, Gunnara Richardsona – Beundran och fruktan (Podziw i lęk). Lęk jest zrozumiały, a bez popełniania błędu prezentyzmu podziw też nie powinien nas dziwić. Na tzw. wizyty studyjne jeździli do Niemiec przedstawiciele większości szwedzkich resortów, a szwedzkim oficerom Wehrmacht nawet dwukrotnie zafundował wycieczki do okupowanego Paryża. Zasady niemieckiej opieki socjalnej studiował w III Rzeszy Sven Andersson, późniejszy socjaldemokratyczny minister obrony i minister spraw zagranicznych (nie przeszkadzało mu jakoś, że w tym czasie jego niemieckich towarzyszy-socjaldemokratów wsadzano do obozów koncentracyjnych). Książę Bertil Bernadotte, razem z grupą oficerów szwedzkiej marynarki, odwiedzał admirała Raedera, zapoznając się z sukcesami niemieckich łodzi podwodnych. Szwedzki wódz naczelny w latach 1939 – 44, generał Olof Thörnell z wielką dumą przyjął odznaczenie go niemieckim Wielkim Krzyżem Żelaznym. Gdy 22 czerwca 1941 III Rzesza zażądała od Szwecji dla dywizji Engelbrecht prawa tranzytu z Norwegii do Finlandii, skrajnie proniemiecki minister spraw zagranicznych Christian Günther nalegał na zgodę, ale socjaldemokratyczny premier Per Albin Hansson się wahał. Wówczas król Gustaf V zagroził demonstracyjną abdykacją, jeżeli niemieckie żądanie nie zostanie spełnione. Tranzytu udzielono. Niemiecki ambasador w Sztokholmie, Werner Dankwort poinformował Ribbentropa depeszą z 28 października 1941, iż król Gustaf V prosił go o przekazanie wyrazów wdzięczności dla Führera za decyzję zniszczenia komunistycznej plagi. Królewski Teatr Dramatyczny ze Sztokholmu bawił na występach gościnnych w Berlinie, sporo Szwedów ochotniczo służyło w Waffen-SS, niektórzy nawet w Gestapo, jeden był w ochronie obozu w Treblince, inni bronili berlińskiego bunkra Kancelarii Rzeszy – pisał o tym dużo Bosse Schön. Szwedzka neutralność miała osobliwy wymiar – Lars Gyllenhaal podaje w swojej pracy, że latach 1941 – 44 można było każdego przedpołudnia w Luleå spotkać eleganckiego gentlemana, który sportowym samochodem Auto Union Wanderer coupé jechał ze szwedzkim kierowcą w kierunku portu. To niemiecki oficer, Walther Zindel udawał się po śniadaniu na inspekcję magazynów i chłodni Wehrmachtu w Luleå. Składów tych pilnowało 5 szwedzkich celników i 10 szwedzkich policjantów. Zindel należał do elity miasta, ożenił się zresztą z zamożną Szwedka, Gunvor Sandberg.
Wśród aktywnych członków aż dwóch partii szwedzkich nazistów byli profesorowie wyższych uczelni, wybitni pisarze (Per Olof Sundman, później członek Svenska Akademien) czy literaturoznawcy (Fredrik Böök, nb. przyjaciel króla), generałowie (Nils Rosenblad), wysocy urzędnicy, a nawet… powojenni ministrowie (Ragnar Edenman, Birgit Rhode). Jednak najściślejsza była współpraca szwedzkiej tajnej policji (nazywającej się wówczas Allmänna Säkerhetstjänsten) z Gestapo. Po prostu szef szwedzkiej bezpieki, płomienny wręcz antykomunista Eric Salomon Hallgren, uznawał wszelkie akty sabotażu czy dywersji przeciwko III Rzeszy za czyny bandyckie.
Jerzy Giedroyc był człowiekiem, dla którego historia najnowsza niewiele miała białych plam, ale i on był zaszokowany, gdy dowiedział się ode mnie, że Szwedzi wydawali bohaterów norweskiego ruchu oporu Gestapo. A przecież znane są takie wypadki, np. gdy Martin Rasmussen Hjelmen schronił się w Szwecji, został aresztowany 10 lutego 1940 i odesłany do kwatery Gestapo w Berlinie (ostatecznie ścięto go toporem 30 maja 1944). Protokoły przesłuchań torturowanego Hjelmena przesłano Hallgrenowi, którego służby mogły dokonać kolejnych aresztowań. Całą sprawę opisał w swojej książce Lars Borgersrud, pierwszy historyk, który uzyskał dostęp – choć ograniczony do zaledwie pół metra akt – do archiwum szwedzkiej bezpieki.
Oczywiście żadne społeczeństwo nie jest monolitem, byli też w Szwecji aktywni antynaziści, a głos ich był szczególnie słyszalny od czasu niemieckiej klęski pod Stalingradem. Rząd szwedzki starał się też lawirować, służba nasłuchu i deszyfrażu FRA skutecznie łamała niemieckie szyfry wojskowe, Biuro C miało na swoim koncie bardzo udane akcje. Wybitny pracownik Biura C, Helmuth Ternberg jeździł do Niemiec, bankietował z niemieckimi dygnitarzami, ale w Sztokholmie zwerbował pracownicę tzw. Biura Wagner (czyli placówki Abwehry), Erikę Wendt, de domo Schwarze, która umożliwiła rozpoznanie nazistowskiej agentury w Szwecji i złamanie oddzielnych szyfrów niemieckiego wywiadu. Jednak przeważająca część Szwedów – a zwłaszcza elity – uważała, że Hitler ratuje świat przed komunizmem.
W tej sytuacji nie może dziwić, że gdy wspomniany powyżej, niezwykle zasłużony dla ruchu oporu Sven Norrman otrzymał od polskich władz w Londynie krzyż komandorski orderu Polonia Restituta, to poprosił, aby tego faktu nie podawano do publicznej wiadomości, a orderu nigdy nie nosił. Jego rodacy, którzy otrzymali Żelazne Krzyże, nosili je z dumą.
Zwykła przyzwoitość
Lennart Lundberg, który współpracy Szwedów z polskim ruchem oporu poświęcił rozdział swojej pracy, też się zastanawia nad jej motywami i nie daje jakiejś autorytatywnej odpowiedzi. Nieskromnie sądzę jednak, że mogę się o taką odpowiedź pokusić. Szwedzi w Szwecji wiedzieli o III Rzeszy tyle, ile im Niemcy pokazali i ile przeczytali w niemieckich gazetach (wtedy głównym językiem obcym w Szwecji był niemiecki, angielski znało bardzo niewiele osób). Szwedzi, którzy byli przedstawicielami koncernów w Polsce widzieli zaś nazistów „przy robocie”, widzieli, jak naziści traktowali Polaków i Żydów. Choć do stosunków społecznych w II RP czuli obrzydzenie, to jednak nie uważali, że zwykli Polacy zasługują na łapanki, wysyłki do Oświęcimia, zbiorowe egzekucje.
Silnie wpojonymi w Szwedów przez cały system folkhemmet cechami są staroświecka, dziś tak pogardzana, zwykła przyzwoitość, i duże poczucie sprawiedliwości. Kraju, w którym ludzie mogą nie mieć ubezpieczenia zdrowotnego – jak USA – Szwedzi nigdy nie uznają za cywilizowany. LAF, prawo o powszechnym ubezpieczeniu, obejmuje każdego mieszkańca Szwecji, nawet jeżeli nigdy nie przepracował ani godziny. Wracając do pytania mojej inteligentnej znajomej z Warszawy – tak, w Szwecji istnieje i publiczna, i prywatna służba zdrowia, ale dla pacjenta nie ma to żadnego znaczenia, gdyż koszt jest zawsze identyczny. W województwie sztokholmskim można w ciągu roku wydać na wizyty u lekarzy 900 kr, po przekroczeniu tej sumy już wszystko jest za darmo. Jednak 900 kr na rok nie jest dla nikogo wydatkiem, skoro sprzątaczka zarabia rocznie 216 000 kr. Podobna zasada obowiązuje przy zakupie leków. W Szwecji nikt nie zrozumiałby, że możliwość studiów wyższych ma zależeć od zasobności portfela. Studia są bezpłatne, a na utrzymanie każdy może otrzymać studiemedel w wysokości 7820 kr (ca 3150 zł) miesięcznie. Nie jest to oczywiście dużo, ale na skromne utrzymanie wystarczy. W dodatku z tej sumy 7820 kr tylko 5136 kr jest zwrotną pożyczką, pozostała suma to tzw. studiebidrag – dar państwa dla każdego studenta. Większość Szwedów nawet nie wie, że w innych krajach problemem może być zakup podręczników dla ucznia szkoły podstawowej czy średniej – u nas podręczniki i wszelkie materiały piśmiennicze uczniowie otrzymują za darmo. Gdy ktoś nigdy nie pracował, a więc nie przysługuje mu ubezpieczenie z A-kassan, skazany jest na zasiłek socjalny, w dzisiejszym żargonie biurokratycznym zwany försörjningsstöd. Biuro opieki społecznej płaci takiemu nieszczęśnikowi czynsz, bilet miesięczny, rachunek za energię elektryczną, abonament telewizyjny, prenumeratę dziennika, abonament internetu, składkę związku zawodowego i ubezpieczenie mieszkania. Do tego dochodzą podstawowe koszty utrzymania (wyżywienie, ubranie i buty, środki higieny) – dla osoby samotnej te koszty podstawowe to 3680 kr. Oczywiście jest to bardzo mało, ale głodny nikt nie chodzi, choć w wypadku zasiłku socialnego ubrania może kupować tylko w second hand. W wypadku wydatków nadzwyczajnych (okulary, lekarstwa etc.) socialen może przyznać dodatkowe kwoty.
Szwecja i Dania mają najwyższe obciążenie podatkowe na świecie, ale po to płacimy te podatki, aby nawet ci, którzy znajdują się na dnie, mieli zaspokojone elementarne potrzeby. Solidaryzm w szwedzkim społeczeństwie jest ciągle bardzo silny – inna sytuacja obrażałaby nasze poczucie sprawiedliwości. Gdy jednak czytam czasami komentarze internautów w „Gazecie” czy w „Dzienniku” o pieniądzach wyrzucanych na „lumpów”, „meneli”, nieudaczników etc., to obawiam się, że podobny solidaryzm w polskim społeczeństwie w najlepszym razie powstanie za kilka pokoleń.
Przypisy:
Osoby, które nie należą do Svenska kyrkan, podatku kościelnego naturalnie nie płacą.
Było szwedzką tradycją, iż tajny wywiad ofensywny określano literą imienia jego szefa. W latach 1946-65 kierował nim Thede Palm, nb. doktor religioznawstwa i specjalista od sekt rosyjskiego prawosławia.
Chodzi naturalnie o „zdrowy trzon klasy robotniczej”.
Ponieważ wiele szwedzkich nazwisk kończy się na – berg, niektórzy Polacy doszli do wniosku, że znaleźli się w kraju wyjątkowo „zażydzonym”. Wręcz osłupienie wywoływały pytania o domniemaną żydowskość „właścicieli Szwecji” – Wallenbergów. Szwedzi już prędzej zrozumieliby, gdyby szukano żydowskich antenatów rodziny królewskiej – ostatecznie nie do końca wiadomo, jakich przodków miał Jean Baptiste Bernadotte, który został szwedzkim królem. Genealogia Wallenbergów jest znana w szczegółach.
Mam tu na myśli prawdziwe przyjaźnie, a nie afery erotyczne, choć i one naturalnie się zdarzały – dyrektor polskiej filii SKF, Per Olof Silfverskiöld tak bardzo się zakochał w pięknej i erotycznie wyzwolonej Polce, że we wrześniu 1939 odmówił wyjazdu z Warszawy.
Jerzy Giedroyc – Autobiografia na cztery ręce. Czytelnik, Warszawa 1996.
G. Artéus & L. Leifland (utg.) – Svenska diplomatprofiler under 1900-talet. Stockholm 2001.
W roku 1946 ex-minister Günther miał być mianowany ambasadorem Szwecji w Kopenhadze, taka synekura przed emeryturą. Rząd duński dał wówczas do zrozumienia, że nie życzy sobie zwolennika nazizmu w korpusie dyplomatycznym. Günther otrzymał ambasadę w Rzymie.
Znane są przede wszystkim dwie jego książki: Svenskarna som stred för Hitler i Hitlers svenska soldater.
Lars Gyllenhaal, James R. Gebhardt – Slaget om Nordkalotten. Stockholm 2001.
Lars Borgersrud – Nødwendig innsats. Saboterene som skapte den akviva motstanden. Oslo 1997.
W czasie wojny szwedzki wywiad ofensywny nazywał się Biuro C, gdyż na jego czele stał Carl Petersén.
Pół wieku później ona sama opisała tę historię: Erika Schwartze – Kodnamn <Onkel>. Stockholm 1993. Po wojnie pani Schwartze pozostała w Sztokholmie i w roku 1952 otrzymała szwedzkie obywatelstwo.
Lennart Lundberg – Under kriget. Svenska spioner och hjältar i skuggan av andra världskriget. Stockholm 1997.
Na podobny temat
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...