Nowość w sklepie kp

odczarowanie_okladka_m.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Żeby było weselej, napiszę, jak Cię pamiętam. Pochylnia z Sali Śniadeckich, ty lecisz na czele grupy robotników i studentów goniąc bojówkę endecką, która chciała rozbić wieczór poezji różnych narodów. Masz taką minę wilkołaka, jaką umiałeś robić, zęby na wierzchu, oczy wytrzeszczone, w ręku trzymasz szczątki krzesła. I wyjesz.
list M. do Czesława Miłosza, Rok myśliwego
Advertisement
Największy problem Unii Drukuj
Anna Delick, Sztokholm   
07.06.2009
Sergels Torg, samo centrum Sztokholmu, chyba najruchliwszy punkt miasta, popołudnie 2 czerwca 2009. Zaraz przy wyjściu z wielkiego domu towarowego Åhlens stoją tzw. valstugor – malownicze, drewniane „domki”, każdy przydzielony jednej z biorących w eurowyborach partii. W drzwiach „domku” chadeków (kd) jakaś kobieta z mikrofonem w ręku przemawia do pustej przestrzeni, nie zatrzymuje się przy niej nikt. To prawda, że dzień jest wyjątkowo chłodny, tylko 5 stopni, a w dodatku siąpi drobny deszczyk, ale kilkadziesiąt metrów dalej, przy imigranckim stoisku z chińską tandetą, kilkanaście osób ogląda towary z nowego imperium. Gdy po jakiejś godzinie wracam z zakupów w tajskich sklepach, przemawia akurat jakiś socjaldemokrata. Słuchają go cztery osoby, jedna rozmawia przez komórkę.

Valstugor ochraniają patrole policji. To zrozumiałe, jest wielki kryzys, w pierwszym kwartale 2009 szwedzki PKB spadł o 6,5 proc. (w stosunku do pierwszego kwartału 2008), są masowe redukcje w firmach, były już akty agresji wobec polityków, w tym wobec prawicowego ministra finansów Andersa Borg, znienawidzonego na lewicy, ale jeszcze bardziej w kołach bogatej burżuazji, gdzie nazywany jest Rasputinem[1]. Przy wejściu do metra też stoi dwuosobowy patrol – przystojny, umięśniony Murzyn w towarzystwie wysokiej, rasowej blondynki. – Tak przez cały dzień nikt ich nie słucha? – pytam policjantów. Dziewczyna wzrusza ramionami: - Przecież to tylko eurowybory, bez znaczenia.

„Co mam z tego ja i Huaröd?”

W poprzednich wyborach do Parlamentu Europejskiego frekwencja w Szwecji wyniosła zaledwie 37,9 proc., a więc była najniższa wśród krajów „starej Unii”. Wynik dla Szwedów bardzo wstydliwy, gdyż w wyborach parlamentarnych i samorządowych szczycimy się „od zawsze” wyjątkowo wysoką frekwencją (w wyborach 2006 wyniosła 82 proc.). Przy okazji nadmienię, że w większości krajów istnieje statystycznie stwierdzona korelacja między frekwencją wyborczą i stopniem uzwiązkowienia pracowników – być może jest to jeden z czynników wyjaśniający haniebnie niską frekwencję w Polsce. Demokracja, w której obywatele lekceważą wybory, jest demokracją parszywą i zdumiewa, że premier Tusk tego nie rozumie. W Szwecji panuje konsensus, że kraj, w którym w wyborach parlamentarnych bierze udział mniej niż połowa uprawnionych do głosowania, nie jest funkcjonującą demokracją i to bez względu na to, co sam o sobie twierdzi. Kiedy piszę te słowa, nie zostały jeszcze policzone absolutnie wszystkie głosy w Szwecji, ale już wiadomo, że tegoroczna frekwencja będzie nieco wyższa, rzędu 43 proc. Jak na Szwecję jest to bardzo mało. Dlaczego wyjątkowe zdyscyplinowanie elektoratu szwedzkiego nie funkcjonuje w wypadku eurowyborów?

W tym roku uprawnionych do eurowyborów jest aż 600 tysięcy młodych Szwedów, którzy mogliby głosować po raz pierwszy. Mogliby, ale nie będą – ponad połowa oświadczyła w sondażu Centralnego Biura Statystycznego (SCB), że w tych wyborach nie będzie brać udziału (równocześnie 86 proc. ankietowanych stwierdziło, że na pewno będą głosować w wyborach parlamentarnych i samorządowych). Wśród tych młodych, którzy do eurowyborów pójdą, 38 proc. nie wiedziało, na kogo oddadzą swój głos. Zapytani, dlaczego w takim razie pójdą do urn, odpowiadali najczęściej: - No bo przecież trzeba głosować. Bardzo to groźny objaw, gdy młodzi ludzie nie wierzą, że mogą cokolwiek zmienić przy pomocy kartki wyborczej.

Caroline ma 23 lata i jest ciekawie myślącą dziewczyną. Poznałyśmy się przypadkowo, gdyż zatrudniona przez gminę Caroline odmalowuje urządzenia sportowe na ścieżce zdrowia w lesie w mojej dzielnicy. Caroline pochodzi z maleńkiej miejscowości Huaröd w gminie Kristianstad, a do Sztokholmu przeniosła się „za pracą”. Jest socjaldemokratką, ale w obecnych eurowyborach będzie głosować ma Zielonych. Sossarna[2] są dla niej zbyt prounijni, zbyt pokorni wobec Brukseli. Caroline nie chce, aby Szwecja opuściła Unię i dlatego nie będzie głosować na wysuwającą taki postulat postkomunistyczną Partię Lewicy (V). Chce zagłosować na partię kontestującą tych neoliberałów z Komisji Europejskiej, których uważa za największe zagrożenie dla folkhemmet. – Co z tych 300 miliardów koron, które do tej pory odprowadziła Szwecja do unijnego budżetu, mam ja czy moje Huaröd? Wiesz, kto ma coś z tej Unii? Tylko bogaci! – mówi ze złością Caroline i trudno jej odmówić słuszności.

W Unii jest Szwecja poważnym dawcą netto: płacimy trzy razy tyle, ile dostajemy z powrotem w postaci różnych dotacji. Stosunkowo blisko rodzinnej miejscowości Caroline leży Genarp, gdzie najbogatszym obywatelem jest wielki farmer Thure Gyllenkrok, posiadający 2,4 tys. hektara ziemi. W roku 2008 otrzymał w formie unijnych dopłat 6,8 milionów koron. Przez cały czas członkostwa Szwecji w Unii zgarnął ponad 40 milionów koron, nieco więcej niż oficjalnie wyceniona wartość jego farmy. Gdybym była młodą, biedną Caroline też raczej nie lubiłabym Unii w ogóle, a wspólnej polityki rolnej w szczególności.

Caroline jest przykładem bardzo reprezentatywnym. Znaczący komentator polityczny „Dagens Nyheter” przypomniał 5 czerwca 2009 [3], że według ostatnich sondaży w obecnych eurowyborach tracą dwie główne partie, socjaldemokraci i moderaci. Odchodzą od nich Szwedki, znacznie bardziej od mężczyzn podejrzliwe wobec Unii. W swoim stosunku do Unii obie partie bardzo się do siebie upodobniły, wykazała to dobitnie debata telewizyjna 4 czerwca 2009. Obie partie pokazały ponadto wyraźnie, że eurowybory nie są dla nich ważne – na kampanię przeznaczyły zaledwie po 1/3 środków, wydanych w roku 2006 na wybory parlamentarne, a na pierwsze miejsca swoich list wstawiły osoby, których chcą się pozbyć. U moderatów był to ostatni chyba neoliberał w Szwecji, 56-letni Gunnar Hökmark, którego kierownictwo partii serdecznie nie znosi. Hökmark został przy tym zdyscyplinowany – wbrew swoim poglądom i wszystkim wcześniejszym, publicznym wypowiedziom posłusznie gardłował za koniecznością stworzenia wyposażonej w duże uprawnienia unijnej inspekcji finansowej, której powstania życzy sobie minister finansów Anders Borg. Socjaldemokraci wybrali na „jedynkę” Maritę Ulvskog, kiedyś główną przeciwniczkę członkostwa Szwecji w Unii. Mona Sahlin niedawno usunęła Ulvskog z władz partyjnych, no ale coś trzeba było z nią zrobić, Parlament Europejski może przecież służyć jako przechowalnia przed emeryturą. Wstawienie na pierwsze miejsca „partyjnych odpadów” nie podniosło też autorytetu Parlamentu w oczach wyborców.

Coś się zmieniło

Fundacje Friedrich Ebert Stiftung, Terra Nova i Glocus, Arenagruppen oraz gazety „Libération” i „Aftonbladet”  przeprowadziły przed obecnymi eurowyborami obszerny sondaż w pięciu krajach – Francji, Niemczech, Włoszech, Hiszpanii i Szwecji. Wykazał on przede wszystkim wielkie rozczarowanie, że obecna Unia nie potrafiła wypracować wspólnej strategii przezwyciężania obecnego kryzysu, że znowu wzięły górę partykularne interesy narodowe. Jednak – jak czytamy w streszczeniu sondażu – „Today, Europe is ill. The remedy is not less Europe, but more Europe”. Najbardziej zaskakujące jest to, że ideę Federacji Europejskiej poparło 59 proc. ankietowanych Włochów, 46 proc. Francuzów, 48 proc. Hiszpanów, 35 proc. Niemców i 34 proc. Szwedów. Zwłaszcza ta ostatnia liczba jest szokująca, gdyż dotychczas ideę federacyjną popierało zaledwie 15-18 proc. Szwedów, a niektórzy konserwatywni politycy (np. Maud Olofsson, przewodnicząca chłopskiej Centerpartiet) przyrównywali ją nawet do… pomysłow Hitlera. Głębokość obecnego kryzysu zmieniła te postawy. Większość respondentów uważała ponadto, że Europa powinna mieć wspólnego prezydenta, ministra spraw zagranicznych, a przede wszystkim wspólnych ministrów finansów i gospodarki. Aż 59 proc. Szwedów wyraziło też pretensje do partii politycznych, że nie zajmują się przyszłością Europy, a jedynie problemami wewnątrzkrajowymi.

Wyniki te korespondują z badaniami, jakie biuletyn „SCB Välfärd” przeprowadził wśród szwedzkiej młodzieży – większość ankietowanych była przekonana, że bez dalszej integracji Europa musi przegrać w gospodarczej rywalizacji z USA, a nawet Chinami[4]. Być może ci sztokholmscy uczniowie, którzy w szkołach średnich zdecydowali się na chiński jako drugi język (po angielskim) dokonali trafnego wyboru?

Jednak nawet najbardziej żarliwi zwolennicy Federacji – do których sama się zaliczam – zdają sobie sprawę, że dalsza integracja europejska wymaga stopniowego uporania się z dwoma poważnymi problemami – są nimi brak europejskiej tożsamości i deficyt demokracji w obecnej Unii.

Przykład tworzenia tożsamości

Finlandia i Norwegia znakomicie potwierdzają tezę, że także współcześnie możliwe jest stworzenie nowej tożsamości, a nawet… języka. O Finlandii pisałam w innym miejscu, tu zatrzymam się przy Norwegii, która w latach 1380-1814 tworzyła unię z Danią, a w latach 1814-1905 – ze Szwecją. Tworzenie norweskiej tożsamości miało miejsce w XIX wieku i było dziełem wąskiej, całkowicie miejskiej elity. To jej przedstawiciele – potrzebujący dowodów, że Norwegowie są odrębnym narodem – pielgrzymowali do odległych dolin w poszukiwaniu „prawdziwej norweskiej kultury”, odkrywali dialekty, stroje ludowe, wzory malowanych kwiatów (rosemaling), ludową muzykę, chłopskie potrawy. Klasycznym przykładem może być Bjørntjerne Bjørnson (1832-1910), późniejszy laureat Nagrody Nobla (1903) i następca Ibsena w Den Nationale Scene w Bergen, zresztą autor norweskiego hymnu Ja, vi elsker dette landet. Twierdził on, że wśród rolników w Romsdalen znalazł „prawdziwą Norwegię”.

To ta wywodząca się wyłącznie z klasy średniej miejska elita zdecydowała, że kulturą narodową będzie kultura norweskich chłopów, którzy sami nie mieli specjalnego poczucia odrębności narodowej, uważając się za „tutejszych”. Wiele w tym było konstruktów, gdyż „typowo norweskie” malowidła często przedstawiają środziemnomorską winorośl, ludowa muzyka skrzypcowa zawiera wiele motywów środkowoeuropejskich, a „klasyczne” stroje ludowe zostały w początku XX wieku mocno ulepszone przez plastyków. Gdy Norwegia stała się państwem niepodległym, król został zaimportowany z duńskiej dynastii, ale przybrał imię Haakona VII, aby podkreślić – całkowicie fikcyjną – łączność z dynastią, rządzącą Norwegią przed rokiem 1350.

Najciekawszym konstruktem było jednak stworzenie nowego języka landsmål (od roku 1929 nazywa się go nynorsk), opartego na różnych dialektach lokalnych. Ta ostatnia operacja nie była w pełni udana. Norwegia jest wprawdzie oficjalnie dwujęzyczna, ale nynorsk mówi tylko 15,5 proc. populacji (głównie w Vestlandet); pozostali używają bokmål, który jest bardzo mocno zeszwedczoną formą duńskiego. Bokmål jest tak zbliżony do szwedzkiego, że Szwedzi w ogóle nie muszą się go uczyć – trzeba tylko opanować około 200 identycznych czy prawie identycznych słów, które jednak w obu językach mają różne znaczenie (np. samlag to po szwedzku stosunek płciowy, a w bokmål – stowarzyszenie, związek).

Czy istnieją Europejczycy?

Göran Greider, naczelny wydawanego w Falun socjaldemokratycznego dziennika „Dala-Demokraten”, pisał wielokrotnie, że nie istnieje ani jeden Szwed, który uważałby się za Europejczyka. Może towarzysz Greider trochę przesadził, ale tylko trochę – sama takiego Szweda też nie spotkałam. Trzeba jednak pamiętać, że Szwedzi mają bardzo silną tożsamość regionalną, dodatkowo wzmacnianą pieczołowitym kultywowaniem regionalnych dialektów. Nie mogę sobie też wyobrazić, aby w dwóch innych, dobrze znanych mi krajach – w Danii i w Niemczech – ktoś także się chciał przedstawiać jako Europejczyk.

Profesor antropologii kulturowej na uniwesytecie w Oslo, Thomas Hylland Eriksen zauważył w swej pracy Ethnicity and Nationalism. Anthropological Perspectives, że entuzjazm dla tożsamości europejskiej jest największy u obywateli najbiedniejszych krajów Europy. To zresztą oczywiste – gdy Polak, Rumun czy Łotysz podkreśla z naciskiem, że jest Europejczykiem, to z reguły podejrzewa, iż jego interlokutor chciałby mu odmówić członkostwa w tym ekskluzywnym klubie. W rzeczywistości zachodnioeuropejski interlokutor z reguły nie rozumie, dlaczego europejskość miałaby być jakąś szczególną wartością. Kiedyś, jeszcze na studenckim seminarium, opowiedziałam w formie ilustracji klasowych przesądów, że wielu „lepszych” – we własnym mniemaniu – warszawiaków uważa, iż Azja zaczyna się na Pradze. Choć  wytłumaczyłam, czym jest dzielnica Praga w Warszawie, nikt tego żartu nie zrozumiał, gdyż moi szwedzcy koledzy bynajmniej nie uważali, że Azja jest czymś gorszym od Europy.

Ponieważ tożsamość zawsze jest segmentowana, ewentualne powstanie wspólnej tożsamości europejskiej nie musi unieważniać tożsamości narodowej czy regionalnej. Jestem aktywną działaczką organizacji obrony praw zwierząt Djurens rätt – i ta identyfikacja jest dla mnie najważniejsza – ale bynajmniej nie koliduje ona z faktem, że jestem socjaldemokratką i obywatelką szwedzką, a czasami pisuję do odległej, bo polskiej „Krytyki Politycznej”.

Jednak do stopniowego tworzenia tożsamości europejskiej konieczne jest spełnienie dwóch warunków. Sam wspólny rynek ani nawet wspólna waluta nie wystarczą, potrzebny jest jakiś „podkład ideowy”, a przede wszystkim wspólna historia. Dlatego tak ważne jest opracowanie i używanie w szkolnictwie jednego podręcznika historii Europy[5]. Nie jest to proste, gdyż historia – jak żadna chyba inna dyscyplina – jest zależna od politycznych potrzeb i nacisków teraźniejszości.

Ponadto stworzenie nowej tożsamości może się udać tylko wtedy, gdy będzie ona przynosiła jakieś korzyści – i symboliczne, i materialne. Te ostatnie zaś nie są możliwe bez ściślejszej integracji politycznej, gdyż nie zawsze można liczyć na rządy narodowe. Przykładowo – Polska i Łotwa nie muszą mieć najwyższej wśród 27 państw Unii liczby dzieci żyjących w ubóstwie (aż 26 proc.[6]), żadne racjonalne przesłanki nie tłumaczą, dlaczego w Polsce musi być więcej biednych dzieci niż na Litwie, w Estonii, Rumunii czy w Bułgarii, jednak w dostępnej przewidywaniom perspektywie nie widać możliwości objęcia w Polsce władzy przez taką konfigurację polityczną, która chciałaby zlikwidować ten wstydliwy problem. Podobnie w Szwecji nie ma ani jednej partii, której działania mogłyby zlikwidować – bardzo przykre w folkhemmet – ubóstwo dzieci w rodzinach imigranckich.

Dyktatura ekspertów

Jeden z moich kotów cierpi na hyperthyreosis w postaci toksycznego wola guzkowego i muszę codziennie podawać mu tiamazol. Gdybym wypożyczyła podręczniki farmakologii i endokrynologii, znalazłabym tam np. informacje, w jaki sposób ten tyreostatyk działa jako inhibitor syntezy tyroksyny. Oczywiście w życiu codziennym nikt tak nie postępuje i ja również przyjęłam wyrok weterynarzy z całą pokorą. Jest to przykład sterowania nieperswazyjnego – stosujemy się do rad eksperta nie dlatego, że je rozumiemy, ale dlatego, że mu ufamy.

Problem sterowania społeczeństwem masowym przez wąskie elity (eksperckie i finansowe) nie jest bynajmniej nowy. Jedynie absolwenci rozmnożonych ponad rozsądek polskich pseudouczelni prywatnych mniemają, że wszystko, co ważne dla współczesności zostało opisane w ciągu ostatnich 10-15 lat. W rzeczywistości kilka nurtujących nas problemów systemowych znaleźć można już w pismach Stagiryty. Spór o możliwość zachowania zasad demokracji w coraz bardziej skomplikowanej rzeczywistości, a więc przy coraz większej roli ekspertów toczyli już w latach 20. John Dewey i Walter Lippmann[7]. W teorii politycy – wybrani przez obywateli – mają zajmować się wartościami, a eksperci „czystymi” faktami. Potem politycy mają podjąć decyzję, a w życie ma ją wprowadzić apolityczny aparat biurokracji. Dziś wiemy, że jeżeli nawet eksperci nie są „wynajęci” przez wpływowe sfery, to wiedza ich „czysta” być nie może – są oni tylko ludźmi, mającymi różne interesy, a ich wiedza zależna jest również od wielu czynników kognitywnej i normatywnej natury. Tylko naiwni laicy wierzyć mogą w eksperckie spojrzenie z perspektywy Boga.

Wiele mówi całkowita rozbieżność opinii ekspertów w kwestiach przyczyn i konsekwencji efektu cieplarnianego (pomijam tu tych, którzy negują sam efekt, gdyż nie są to po prostu osobnicy uczciwi). Politycy – zupełnie bezradni w tak skomplikowanej tematyce – domagali się od ekspertów określenia granicy ocieplenia, powyżej której konsekwencje już mogłyby być katastrofalne. Wielu badaczy – także z IPCC (Intergovernmental Panel on Climate Change), a więc stanowiących absolutną śmietankę tej dyscypliny – odmawiało określenia takiej granicy, co nawet można zrozumieć. W końcu SEI (Swedish Environment Institute) zaproponował granicę 2 stopni, tj. przeciętne globalne ocieplenie nie powinno przekraczać 2 stopni w stosunku do temperatury w erze przedindustrialnej, a szybkość ocieplania powinna być ograniczona do 0,1 stopnia na dekadę, aby ekosystemy zdążyły się do niego dostosować. Później granicę 2 stopni przyjęło wielu innych badaczy, ale nie wszyscy. Jednak w roku 2007, bardzo wybitny profesor holenderski, Richard Tol całkowicie zakwestionował tę wartość graniczną – jego zdaniem te 2 stopnie zostały wzięte mniej lub bardziej z powietrza. To jednak nie koniec problemów z ekspertami.

Szacuje się, że poziom koncentracji dwutlenku węgla, najważniejszego z gazów cieplarnianych, wzrósł w atmosferze od czasów przedindustrialnych do roku 2005 z 280 ppm[8] do 379 ppm (jeżeli uwzględnić inne gazy cieplarniane, metan, tlenek azotu, ozon etc. otrzymamy wzrost z 450 do 600 ppm). Politycy zadali więc ekspertom logiczne pytanie, jakie jest maksymalne dopuszczalne stężenie dwutlenku węgla dla założonej granicy ocieplenia o 2 stopnie. I wtedy wśród klimatologów, niczym w domu Obłońskich, zapanował kompletny zamęt. Padały przeróżne odpowiedzi od 400 ppm do 550 ppm (szalony rozrzut!), a James Hansen stwierdził (2008) nawet, że tylko 350 ppm, a więc mniej niż wynosi stężenie obecne.

Pół biedy jeszcze, gdy eksperci nie chcą się wypowiadać, bo nie wiedzą[9] lub gdy nie mogą uzgodnić stanowisk. Gorzej, gdy odpowiadają z lekceważącą nonszalancją. Gdy przed rozpoczęciem polskiej, niepotrzebnie tak brutalnej transformacji pytano neoliberalnych ekonomistów o możliwy poziom bezrobocia, odpowiadali ze znudzeniem, że może milion, może dwa, a może wcale go nie będzie. To był dla nich pseudoproblem. Także później nikt z tych „ekspertów” nie przejmował się najwyższym w tak długim okresie bezrobociem w Europie, które w końcu rozładowała najwyższa w Europie w stosunku do liczby ludności emigracja.

Nie jesteśmy bezbronni

Jednak wbrew pozorom zwykli obywatele nie są bezbronni wobec prawdziwych ekspertów i biurokratycznych technokratów. W Szwecji pierwsi przekonali się o tym lekarze. W internecie istnieją bardzo profesjonalne strony, opracowane przez szwedzki Socialstyrelsen (National Board of Health and Welfare) przy udziale specjalistów z Karolinska (a jest to uczelnia mająca decydujący wpływ na przyznawanie nagród Nobla w dziedzinie fizjologii i medycyny). Szwedzcy lekarze, zgrzytając zębami, coraz częściej przyjmują pacjentów, którzy sami żądają określonych badań, a po postawieniu diagnozy, przepisania określonych leków.

Tworzy się także tzw. extended peer communities, w których politycy, obywatele i przedstawiciele ruchów ekologicznych oceniają zasadność stosowania różnych ekspertyz, zwłaszcza w rozwiązywaniu problemów lokalnych.

O sile ruchów świadomych konsumentów przekonał się także wielki business (w tym szwedzka IKEA, która już bardzo długo nie skorzysta z usług podwykonawcy wykorzystującego pracę dzieci). Brytyjski ekspert od  zarządzania ryzykiem, Michael Power twierdzi, że tzw. społeczna odpowiedzialność biznesu jest dla firm niezwykle ważne, gdyż jakieś wykroczenie może zrujnować prestiż marki, a więc to, co dla każdej firmy jest najważniejsze.

Warto przypomnieć, że po katastrofie reaktora w Harrisburgu (1979) to obywatelski ruch „Nie dla energii jądrowej” wymusił przeprowadzenie w Szwecji referendum – wygrali je przeciwnicy tej formy energii i rząd musiał opracować plan zamykania reaktorów. Niestety w obecnym kryzysie opinia publiczna zmieniła zdanie, a za nią mieszczański rząd.

Przykładem skutecznego zagrania na nosie establishmentowi jest sensacyjny w skali europejskiej sukces szwedzkiej Partii Piratów (Piratpartiet), która w obecnych eurowyborach otrzymała 7,4 proc. głosów. To partia jednego hasła – wszystko w internecie ma być za darmo! Przywódca, Rick Falkvinge, nie ma właściwie poglądów politycznych. Niewątpliwie Partii Piratów pomógł niedawny wyrok na założycieli portalu Pirate Bay (25 milionów użytkowników), pomagającego ściągać darmowo filmy, muzykę i gry komputerowe – pod naciskiem amerykańskich korporacji sąd w Sztokholmie skazał ich na rok więzienia i 30 milionów koron odszkodowania. Na Piratpartiet głosowało 20 proc. Szwedów poniżej 30. roku życia, a partia ma 48 tysięcy członów (a więc pod względem ilości członków jest trzecią partią Szwecji).

Oczywiście oddolne akcje społeczeństwa obywatelskiego wymagają ludzi świadomych i dość dobrze wykształconych, a nie osobników ukształtowanych przez tabloid „Fakt”, plotkarskie piśmidła i i mydlane opery w TV.

Wszystko to są jednak „akcje punktowe” i dotyczące jednego kraju. Jednak świadomość deficytu demokracji w Unii coraz bardziej narasta. To zwłaszcza prawica lansowała tezę, że dysponująca rzeczywistą władzą Komisja ma być „neutralnym, egzekutywnym organem biurokratów”. Jeżeli jednak Europejczycy mieliby przestać patrzeć podejrzliwie na Unię, musiałoby to ulec zmianie, przynajmniej przewodniczący Komisji powinien pochodzić z niezależnego wyboru parlamentarnego. Do różnych pomysłów udemokratycznienia Unii postaram się jeszcze powrócić.

 — 
Przypisy:
[1] Gdy przedstawiciele zrzeszenia pracodawców Svenskt Näringsliv sugerowali ministrowi Borg obniżenie najwyższej, aż 55-procentowej stawki podatku dochodowego, kazał on im udać się do psychiatry, gdyż w kryzysie tylko wariaci obniżają podatki bogatym. Tzw. värnskatt dotyczył w roku 2008 osób, których roczny dochód brutto przekraczał 507 100 koron (czyli około 201 tysięcy zł polskich). Należy zaznaczyć, że roczne dochody powyżej 507 100 kr osiąga także wielu pracobiorców, np. wszyscy lekarze-specjaliści.
[2] Slangowe, ale powszechnie używane określenie socjaldemokratów w języku szwedzkim.
[3] Henrik Brors – S och M tappar i slutspurten. Kvinnorna sviker toppnamnen Ulvskog och Hökmark.
[4] Na Szwedach wielkie wrażenie zrobiło, że przetarg na obsługę sztokholmskiego metra wygrała chińska spółka MTR i że coraz więcej chińskich firm inwestuje w Szwecji.
[5] Były już próby pisania takich książek, autorem jednej z nich jest np. zmarły już historyk francuski Jean-Baptiste Duroselle, którego Europe – A History of Its Peoples wydano równocześnie w kilku językach. Są to jednak prace pisane „pod tezę”, a ponadto trudno uwierzyć, aby nad tak ogromnym materiałem mógł zapanować jeden człowiek.
[6] Lektura raportu Child Poverty and Well Being in the EU – current status and way forward powinna być bardzo przykra dla każdego polskiego polityka.
[7] Lippmann, który był także wybitnym dziennikarzem, z kontaktami wśród politycznej elity, był pesymistą, przekonanym, że demokracja stanie się z czasem atrapą. Dewey – nie tylko wybitny przedstawiciel pragmatyzmu, ale także pedagog – wierzył, że obywateli będzie można nauczyć wartościowania rad ekspertów i formułowania problemów politycznych.
[8] PPM – parts per million.
[9] Ten typ ważnych pytań, na które eksperci nie mogą odpowiedzieć ograniczeni swoją wiedzą nazywa się często trans-science.
Komentarze
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą pisać komentarze!

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 07.06.2009 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »