Nowość w sklepie KP!

miosz_okladka_300px.jpg

Katalog Książek KP

Najnowszy numer KP

kp29www150px.jpg

Komentarze

polska_OST_NEW01m.jpg

CYTAT DNIA

Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Żuławski: Polska kultura ma robaczywy umysł Drukuj
Andrzej Żuławski w rozmowie z Cezarym Michalskim   
22.02.2010

Cezary Michalski: W Nocniku obsesyjnie znęca się pan nad polskim tłumaczeniem Ernsta Jüngera, chwaląc i cytując tłumaczenie francuskie („francuski wygładza, polski zamula”). Czyta pan Hannę Arendt, wychwala Céline’a, bluzgając na Pilcha, Stasiuka, Myśliwskiego… Zaczyna pan być zadowolony z księstwa warszawskiego, dołączając do ogromnego zgromadzenia ludzi zadowolonych z polskiego status quo. Tutaj prawica jest zadowolona z sarmacji i powstań, tzw. postkomunistyczna lewica jest zadowolona z dawnego PRL-u, modernizatorzy - ze swojej feudalnej, salonowej pozycji ekspertów i autorytetów…



Andrzej Żuławski: Miesza pan kilka rzeczy, których nie należy mieszać. Jeśli ja jestem z czegoś zadowolony to z tego, że po dwustu latach nareszcie nic się tutaj nie dzieje. Po raz pierwszy od dwustu lat jest rząd uważający za słuszne robienie jak najmniej, a nie jak najwięcej. Dzięki temu zdołaliśmy przeżyć kryzys ekonomiczny. Kaczory chciały - na wzór Anglii, Francji, Niemiec, Ameryki - walić wszystkie pieniądze, których nie ma, żeby coś ratować. Inteligencją rządu Tuska było nierobienie nic, żeby zobaczyć, co się stanie. I wygrali. Dlatego zagłosowałem i zagłosuję na PO. Ale gdyby mnie pan zapytał o poglądy polityczne, to nie leżą one po stronie PiS-u ani PO. Głupi rozsądek mną powodował, kiedy na Platformę zagłosowałem. Żeby po dwustu latach wreszcie skończyło się rozdzieranie szat, szamotanie się, gnojenie wzajemne… - szczególnie w polityce. Szczególnie jałowe. Jest ta chwila spokoju i to jest jedyny powód do zadowolenia, ale ja nie żyję wyłącznie tym spokojem. To jest dla mnie w dalszym ciągu ten sam nieznośny, czasami wstrętny, zdumiewający, dziwaczny kraj, który burzy we mnie krew, tak jak burzył od wielu lat. Zadowolenie jest słowem względnym… zachodzi pytanie, jakby znowu powiedział towarzysz Stalin, zadowolonym z czego? Nie ma we mnie cienia żadnej nostalgii za „ujutnością” PRL-u, mnie wścieka, jak ludzie płaczą ze szczęścia, z nostalgii, oglądając filmy Bareji. Mnie one mnie wciąż tak samo wściekają swoją amatorszczyzną, topornością, głupotą, tym, że śmierdzi od nich kapustą. Nikt mnie nie przekona, że ten człowiek umiał robić filmy. On miał oko do PRL-owskiej rzeczywistości, nic poza tym.



Masłowska ma genialne ucho do rzeczywistości społecznej współczesnej Polski, do języka współczesnego polskiego ludu - rozpiętego od mieszkańców blokowisk, aż po neofeudalną rodzinę Esterki z
Nocnika. I panu się to podoba.



Tak, mnie się jej powieść podoba. I podoba mi się film, który Xawery z niej zrobił. Ja mu w tym pomagałem, bo uważam, że Masłowska to najlepszy kawałek prozaiczki, lepszy od Pilcha, Stasiuka i innych. Ja się tylko boję, że ona jest pisarką jednej książki, oderwana od tego, co słyszała u siebie, w Warszawie może jako pisarka wyschnąć. Ale tego nawet bym nie chciał głośno mówić, bo ja jej prozę bardzo lubię, bardziej od wszystkich innych tutaj.



Jej talent jest wielki, ale jednowymiarowy. Ona nie „zapuje” w górę i w dół tak jak pan: między „polatywaniem” i „babraniem się”, między życiem seksualnym i fizjologicznym idei a ich życiem intelektualnym. Pan w
Nocniku” sprawdza Jüngera wysokiego i patetycznego, Jüngerem łajdackim, dopełnia pan de Gaulle’a piszącego o Rzymianach i Grekach, de Gaullem, który się w 1920 roku zaraził syfilisem w Warszawie, bo jest po tej Warszawie noszony na rękach jako francuski sojusznik i nawet - jak mu pan to sprawdza w Nocniku - zarabia parę razy więcej, niż by zarabiał jako oficer w garnizonie we Francji. Ale pan ma zarówno rejestr wysoki, jak i niski. Tymczasem tutaj można być albo ludową awangardą i mieć tylko rejestr niski - jak Masłowska, która i tak jest lepsza o niebo od ludowych awangardystów z PRL-u, od „chłopców Berezy”. Albo można być polskim inteligentem i mieć wyłącznie rejestr wysoki - jak Zagajewski w epoce „Zeszytów Literackich”. Ta pana zdolność do „zapowania w pionie” to dar od księstwa warszawskiego czy od Francji?



Bardziej od Francji. Mieszanie kultury popularnej z wysoką, mieszanie ulicy z filozofią… tam nie jest dla nikogo skandalem, tam to jest codzienność. Skakanie intelektualne, sprawdzanie, jak seksualnie i fizjologicznie żyją idee i ich twórcy… Francja jest kluczem, a także to, że bardzo szybko zacząłem czytać po angielsku, potem mówić. Obracać się w paru językach. A mimo to wracałem do Polski, mimo że tam, po szkole filmowej, miałem możliwość podjęcia pracy w filmie, ale czułem psi obowiązek, żeby wrócić.



Jestem bardziej zdziczały od pana, podejrzewam, że stamtąd może wracać tylko ktoś, komu się tam nie udało.



Co się może tam nie udać 19 letniemu chłopcu, który ma świetny dyplom i kontakty? Tymczasem jak Romek Polański przedstawił mnie w Paryżu Wajdzie, mówiąc: „To jest twój następny asystent…”, to miałem wrażenie absolutnego tryumfu, którego praca z żadnym francuskim reżyserem by mi wtedy nie dała. Bo Kanał był wtedy dla mnie najlepszym filmem, jaki widziałem. A Wajda był dla mnie najlepszym reżyserem w Europie. Ja nie miałem pojęcia, do czego wracam, że to będzie księstwo warszawskie, że to będzie mizerny etacik, a przede wszystkim, że moje asystowanie przy filmach nie będzie miało wpływu na ich ostateczny kształt. Że bardzo szybko zacznę się dusić. Później, kiedy już robiłem filmy i za nie pokutowałem, wiele razy doznawałem poczucia panicznego strachu, że nie pozwolą mi stąd już nigdy wyjechać. Pamiętam, jak mieszkałem przy Placu Konstytucji i wychodziłem nocą na spacery po opustoszałych ulicach, bo nie mogłem zasnąć. Miałem wrażenie, że się na mnie zacisnęły żelazne szczęki, że mi już nigdy nie dadzą paszportu.



Emigracyjne sny…



…tylko że przeżywane na miejscu. Ja wtedy chciałem jeszcze z tego pierdla wyjechać, jeszcze się nachapać jakiegoś światła…



Jakiego światła?



Tego światła, które jest w książkach. To, że udało mi się dwa razy wymknąć, mogłem mieszkać w Stanach Zjednoczonych, robić filmy w Europie… to mi dało drugą połowę tego, co pan nazywa „pionowym zappingiem”. Ale kiedy w Hollywoodzie mogłem się bić o to, żeby kręcić tam filmy, to ja, zamiast czytać te zasrane scenariusze - instynkt samozachowawczy całkiem wtedy u mnie zanikł - przeczytałem tam siedemnaście tomów Junga za jednym zamachem. Potworne wrażenie, że już robiłem filmy, a jeszcze niczego nie wiem, cały świat jest zamknięty przede mną, a w tych książkach są drzwi. Może dlatego mi się nie udało zaczepić w Hollywoodzie, to jest moja wina, bo oni wykazywali się maksymalnie dobrą wolą, podrzucając mi różne propozycje…



Pan ma pewne pokusy resentymentu, więc wybiera pan nietzscheańską figurę bronienia się przed tym, arystokratycznej pańskości - żeby to pana nie dotknęło. Zatem to nie Hollywood pana odrzuciło, ale pan odrzucił Hollywood. Bo tutaj najgorszym resentymentem jest resentyment peryferiów przeciw sile, dominacji, a czasami nawet atrakcyjności centrum. Peryferyjność jest fatum. Zadaniem człowieka chcącego uchronić się przed resentymentem, jest przerobienie fatum w wybór, w wolność. Pan to zgrabnie robi.



Ja protestuję przeciwko samemu określeniu, którego pan użył. Nie uważam, że istnieje centrum i peryferie. Jeśli dla kogoś istnieją centra i peryferia, a on sam przypisuje się do peryferii, to sam się przez to określa, poniża.



Taaak? Skoro nie jesteśmy na peryferiach i nie marzymy o centrum, w takim razie dlaczego w
Nocniku mamy opowieść, jak centrum bohaterowi kobiety zabiera, a on siedzi na tych peryferiach i wyje? Jak „Z” została mu odebrana przez „Hollywoodzkiego knura”, a on przez siedem lat żyje „osłaniając się pisaniem i piciem”, tyle że książki, które wtedy powstają „dość nisko polatują nad kwietnikiem”, bo „co czujące, było oślepione, wykuto mi oczy”. A z kolei Esterka jeździ do Ameryki, żeby bohatera zdradzać, żeby „smakować hollywoodzkie huje”, którym on z Warszawy wygraża nieomalże celinowskim językiem. To jest peryferyjny resentyment w najczystszej postaci, to jest wręcz peryferyjny faszyzm, jednym z głównych tropów weimarskiego faszyzmu było zawołanie: „amerykańskie knury z dolarami zabierają nam nasze niemieckie kobiety”.



Jakieś straszne pomieszanie, bigos, groch z kapustą. Nie centrum zabiera kobiety, ale rynsztok je zabiera.



A czemu hollywoodzki rynsztok jest silniejszy od warszawskiego reżysera, którego ukształtowało wspaniałe księstwo warszawskie, który w Hollywood czytał po pańsku 17 tomów Junga zamiast komercyjnych scenariuszy?



Rynsztok nie jest silniejszy ode mnie, rynsztok jest silniejszy od bardzo wielu ludzi, także od tych żyjących w Londynie, Paryżu czy Ameryce. W końcu rynsztok okazał się silniejszy od tych młodych kobiet, o których ja piszę. Atrakcja rynsztoku jest nieporównywalnie większa od atrakcji czegokolwiek innego. Dlaczego pismem najchętniej w Polsce czytanym, najwyżej nakładowym jest „Fakt”.



Bo rynsztok idący z centrum poradzi sobie bez trudu z księstwem warszawskim, bo księstwo warszawskie jest słabe, kłamliwe, hipokratyczne, mdłe… Bo nawet pańskiego buntu nie mogło wytrzymać.



Jeżeli pan uważa, że Holyłód (wypowiedziane z pogardą) to jest centrum… określa to pana. To nie jest żadne centrum, rozrywka nie określa centrum. Centrum dzisiaj określa elektronika.



A Bill Gates jest polskim frankistą.


Nie… mówimy o zupełnie różnych rzeczach. Centrum to jest kompleks militarno-technologiczny Stanów Zjednoczonych, plus pewne aspekty Europy, Azji… Dzisiaj to jest sieć. I ta sieć potrzebuje poczucia sensu, nie tylko rozrywki. Hollywood poczucia sensu nie dostarczy, to nie jest część kulturotwórczego centrum. To jest w najlepszym razie globalne centrum rozrywki, a w najgorszym - rynsztok. Centrum to jest miejsce mocy, także duchowej. W Hollywood duchowej mocy nie ma. Dla mnie najgorszymi duchowymi peryferiami jest polski katolicyzm i Hollywood.



Utrzymać przy sobie w mieszkaniu na Ursynowie dziewczynę Bonda - to był eksperyment w skali kosmicznej, to się nie mogło udać.



Cała prasa pisała, że ja jej zakazywałem grać w Bondzie, a ja byłem jedynym człowiekiem w jej otoczeniu (poza jej agentami, którzy mają procent od gaży), który kazał jej w tym grać. Właśnie w tej logice skakania po rejestrach, o której pan mówił, po prostu musisz być w dole i musisz być w górze. A Bond to nie jest śmierdzące błoto, to jest zabawne. I jej tyle to dało, że zobaczyła dziwną, zabawową maszynerię w pełni rozpędzoną, której nigdzie indziej nie ma, której nikt inny tak nie potrafi rozpędzić, choćby się starał.



Powiem panu jedną rzecz, skoro już uściśliliśmy terminy, że po części jednak się z panem zgadzam. Kiedy dostałem swój Nocnik do ręki, już jako książkę wydaną nakładem Krytyki Politycznej, zobaczyłem w nim jedną rzecz przerażającą:rozmowa intelektualna prowadzona jest tam w 99 procentach z ludźmi nie stąd. To jest Hannah Arendt, Walter Benjamin, nawet Céline, Jünger… a gdy jest rozmowa z interesującymi postaciami stąd, z Iwaszkiewiczem np., to ona się szybko kończy. Miłosz… z nim daje się rozmawiać dłużej, on był stąd, ale też wyrodek, rozmawiający i myślący gdzie indziej… To mnie przeraziło. To jest istotnie zatrważające, bo choć mój dialog wewnętrzny jest o Polsce, w Polsce, to jest jednak w o wiele mniejszym stopniu prowadzony z tą naszą formacją niby intelektualną.



Może także dlatego, że jeszcze jednej tradycji u nas nie ma, jeszcze jednej ważnej tradycji tutaj brakuje - przebiegającej przez całą najlepszą światową literaturę, a zatem także przez kino, tradycji bohatera negatywnego, „Ja” negatywnego. Bohatera, przez którego można przeprowadzić, czasami w sposób najciekawszy, najistotniejszy, antynomiczny jakąś przypowieść moralną, etyczną… Starałem się zrobić z „Ja” występującego w Nocniku bohatera negatywnego, to nie mogło być pisane tak, jak się pisze w Polsce, że „Ja” jest wyszlachetnione, wypięknione, dobre, może być co najwyżej ofiarą przemocy, ale nigdy jej źródłem. Ono nie tylko nie może być nikim złym, podłym czy nikczemnym, ale ono niczym takim nawet nie może zostać dotknięte. Musi pozostać czyste. Tymczasem ja wolę Zapiski z podziemia Dostojewskiego, które nie są ani nihilistyczne, ani relatywistyczne, to jest najwyższych lotów dzieło moralne, a jednak jako medium zostało w tym dziele użyte „Ja” złe, „Ja” upadłe, „Ja” pokręcone… To jest tradycja ciężka, męcząca, ale jedyna wartościowa. Zapiski z podziemia, Obcy, Céline z Zamku do Zamku, Północy, Rigodon, nawet Charles Bukowski… cokolwiek, co było w literaturze ciekawego. Tradycja, że bohater jest obcym, zbrodniarzem, wyrządza krzywdę, a mimo to mówi o sobie „Ja”, przedstawia swoje „racje”, impulsy, które go do tego popchnęły… jakby autor był po jego stronie, co oczywiście też nie jest do końca prawdą, ja nie do końca jestem po stronie „Ja” piszącego Nocnik. Takiej tradycji w ogóle w Polsce nie ma. W sensie moralno-etycznym może jestem lepszym człowiekiem niż narrator z Nocnika. Julian Kutyła z Krytyki Politycznej, który Nocnik redagował, zresztą świetnie, cały czas strasznie nalegał, żeby dać podtytuł „powieść”, że to wyklaruje sprawę. Ja uważam, że to nie jest konieczne. Jak ktoś nie jest w stanie tego zrozumieć, podtytuł mu nie pomoże.



À
propos tego pańskiego „złego Ja”, kiedy po raz kolejny przekonywałem do pańskiej genialności pewnego sympatycznego zresztą inteligenta, który także nie lubi „Faktu”, powiedział, że ma pan robaczywy umysł.



To jest mechanizm obronny. Ktoś, kto tak myśli czy mówi, sam ma robaczywy umysł, tylko tej myśli nie może do siebie dopuścić. Właściwie cała polska kultura ma trochę robaczywy umysł, bo pewnych rzeczy na swój własny temat nie potrafi do własnej świadomości dopuścić. Nie chcę nadużywać tutaj słowa „gnoza”, ale jednak pewna antynomiczność jest konieczna, żeby człowiek czy cała kultura, wreszcie dojrzały. Dlatego właśnie tak bliskie jest mi pojęcie „rozdwojenie” czy „antynomiczność”… Złe „Ja” może bardziej przekonująco prowadzić moralną opowieść o świecie stworzonym. Pokazywanie życia seksualnego, życia fizjologicznego idei więcej nam o nich mówi, niż sam tylko „dyskurs wysoki”. Pisząc Nocnik, naprawdę chciałem napisać moje Zapiski z podziemia - jeśli się Mistrz nie obrazi.



Kogo pan woli, kiedy opowiada o złu, np. o złu obozów i zesłań, a także o własnym życiu pod panowaniem zła: Leo Lipskiego, Herlinga-Grudzińskiego, Dostojewskiego czy Borowskiego?



Z tej czwórki oczywiście akceptuję Borowskiego, Dostojewskiego i Lipskiego - wspaniałe, prawdziwe opowiadania łagrowe tego ostatniego. A odrzucam Herlinga. U niego „Ja” zawsze jest dobre, nieskażone, czyste.



Wie pan, że w
Innym Świecie jest fragment o tym, jak narrator proponuje nowej więźniarce, „młodziutkiej Polsce, córce oficera, ślicznej, smukłej i wiotkiej o dziewczęco świeżej twarzyczce i maleńkich piersiach…” fikcyjne małżeństwo, żeby ochronić ją przed „upadkiem”, seksualnym wykorzystaniem w łagrze. Ona mu odpowiada „jak pan śmie…”, a potem narrator z nieukrywaną satysfakcją (choć żaden z krytyków tej satysfakcji nie zauważył) pisze, że po jakimś czasie „goniła się po zonie do późnej nocy jak nieprzytomna kotka w okresie marcowego parzenia…”. Dosłownie.



A „Ja” nadal pozostaje „dobre” i pewnie nawet nie wie o tym, że ma „robaczywy umysł”. I ma pan rozstrzygnięcie, kto ma bardziej robaczywy umysł. Dostojewski, Borowski czy Lipski nigdy by czegoś takiego nie napisali. Oni by napisali, że także biegali jak kotki w rui, że także byli źli, nawet jeśliby tego nie robili. Borowski się w opowiadaniach obozowych samoponiżał. Tylko że potem na emigracji Herling-Grudziński wyszedł za panią z intelektualnego rodu Croce, a Borowski włożył głowę do piecyka. Jak mówiła moja babcia, polonistka i przez trzydzieści lat dyrektorka szkoły, koniec wieńczy dzieło.



Zatem wrócę do pytania, jak się panu żyje w dzisiejszej wersji księstwa warszawskiego?



Wie pan, Jan Błoński napisał zdanie, o które go nawet nie podejrzewałem, pewnie skądś zerżnął, że totalną wolność okupuje się totalną samotnością. To jest zdanie prawdziwe. Ja jestem totalnie samotny. Ale czy to znaczy, że rozerwę sobie szaty i będę jęczał? Nie, jestem totalnie samotny i w tym czuję się sobą. Nocnik jest aktem przemocy w stosunku do „ujutności”, do postfeudalnej zachowawczości, do obowiązku tworzenia w jednym tylko rejestrze, wysokim lub niskim, polskim lub uniwersalnym. To może wyglądać na sprzeczność, ale nią nie jest, że ja jestem zadowolony z polskiego politycznego spokoju, a jednocześnie Polska wścieka mnie społecznie, estetycznie, kulturowo.

Ale jeszcze raz spróbuję to panu wytłumaczyć: otóż was nikt nie usiłował ukatrupić. Może intelektualnie, może duchowo… może zacieśniać wam kaganiec, w latach osiemdziesiątych czy dzisiaj… ale nikt was nie chciał zabić. A mojego ojca, moją matkę i mnie chcieli zabić. Jeśli masz to wbite do głowy, wtedy wiesz, że spokój polityczny jest na tych ziemiach wartością. Jest bardzo ważną rzeczą dla człowieka, którego polityka chciała tutaj zabić, wokół którego polityka w XX wieku zabijała ludzi masowo. Natomiast cała reszta: zanik literatury, którą mógłbym czytać, zanik kina, mieszczańskość na dorobeczku, fatalne wzory obyczajowe, moralne, wystrojowe… to wszystko burzy we mnie krew w dalszym ciągu. Doprowadza mnie do szału obecność polskich wojsk w Afganistanie, bo dla mnie to jest niezgodne z tradycją, że bierzemy udział w niewoleniu narodu, bez względu na to, jak szlachetne byłyby hasła… Nawet kiedy pod Napoleonem polscy żołnierze udali się na pewną wyspę na Karaibach, to połowa uciekła… dzięki czemu do dzisiaj każdy Polak może dostać obywatelstwo Haiti od razu, tak to zapisano w tamtejszej konstytucji, mnie także to zaproponowano, kiedy tam pojechałem, ale nie wziąłem, bo to jest chyba najgorszy możliwy paszport na świecie. I są tam całe wsie białych murzynek z niebieskimi oczami w pasiakach łowickich.



A wracając do księstwa?



Mnie księstwo warszawskie dało sytuację. Mnie polskość dała sytuację. Obojętnie, jak pan to nazwie… sytuację egzystencjalną, wiedzę, los… Ja się tym nakarmiłem, bo tylko sytuacją można się nakarmić. Pożyczać można wszystko, każda pożyczka filozoficzna, estetyczna, warsztatowa… uchodzi. Jeśli się wie, co z nią potem zrobić, jak ją użyć do własnych celów. Ale pożyczka egzystencjalna nie jest możliwa. Księstwo warszawskie to element mojej egzystencji, którego ja żadną pożyczką zastąpić nie mogę. Ja musiałem się uczyć od księstwa warszawskiego i ja księstwo warszawskie musiałem w sobie przezwyciężyć. Stąd ta moja dialektyczność wobec niego i wobec Polski. To mnie ukształtowało. Sposób, w jaki ja się przeciwko temu zbuntowałem, jest mój własny, ale to, przeciwko czemu się zbuntowałem… tego sobie wybrać nie mogłem. A to, przeciwko czemu się buntujemy, jest przecież największą częścią substancji samego buntu. Stąd moja „dialektyczność” w stosunku do „kw”. Stąd moja dialektyczność w stosunku do dzisiejszej Polski. Po przygodzie Kaczyńskich ja ją kocham jako miejsce spokojne, pod rządami PO. Ale ona przecież nigdy spokojna nie jest. Nigdy spokojna nie będzie. Przemoc Dziwisza, przemoc Kościoła, codzienna nienazwana przemoc tutejszej zachowawczości… Nikt, kto ją odkrywa, nie może pozostać spokojny.



Dlatego pan w końcu zakotwiczył przy nabrzeżu Krytyki Politycznej?



Dobrze pan to nazwał, przy nabrzeżu. Ja jestem z nimi, ponieważ oni mi się wydają ciekawi, ożywczy, ale przecież wiem, że nie jestem i nigdy nie będę jednym z nich. Jestem na to za stary, za bardzo inny. Mam inną pamięć.

Czytaj: pierwszą część rozmowy.


nocnik_okladka_145px.jpgNocnik Andrzeja Żuławskiego już do kupienia w księgarni internetowej KP i w Nowym Wspaniałym Świecie.
Czytaj: fragmenty.

  

Komentarze
Dodaj nowy
Roger  - pochwała polityczna   |23.02.2010 01:23:57
Ze względu na domenę strony "krytyka polityczna" zajmę się tylko
fragmentem ciekawego wywiadu o PRL.

"Inteligencją rządu Tuska było
nierobienie nic". Tyle trzeba było zachodu, zatrudnienie prawicowego
publicysty, przyciągnięcie do nadbrzeża liberalnego artysty, aby osiągnąć cel.
Chwalenie i aktualnego rządu i samej zasady liberalizmu gospodarczego, państwa w
roli nocnego stróża.
.
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 22.02.2010 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 1.15195 Seconds