|
Cezary Michalski: Proszę o
przypomnienie, czym było „księstwo warszawskie”.
Andrzej Żuławski: Po latach mam o
wiele większą świadomość, jak bardzo to księstwo warszawskie
było ważne dla życia artystyczno-intelektualnego z PRL-u. To była
maleńka enklawa. Ja się kiedyś zastanawiałem, kogo można by do
księstwa warszawskiego zaliczyć i… doliczyłem się trzydziestu
osób, które poiły się w tym samym miejscu, jadły w tym samym
miejscu, spacerowały po tych samych ulicach. Rozmawiały dużo i
chętnie - bo księstwo warszawskie to głównie czas i obszar
rozmów. Myśmy z tych rozmów wszyscy wiedzieli, co w danym momencie
pisze Tadzio Konwicki, co powiedział Słonimski, a co Wilhelm Mach.
I ta grupka gadających intelektualistów, zwijających się w
różnych meandrach komunistycznej rzeczywistości, rozpychających
łokciami granice tego, co możliwe - dlaczego na to pozwolono, to
inna rozmowa - okazała się miejscem niezmiernie ważnym. Księstwo
warszawskie okazało się jednym z powodów, dla których polskość
intelektualna się nie zgubiła. Powstała literatura, poezja,
powstały Nagrody Nobla…, istniały kontakty pomiędzy księciem
Giedroyciem, czyli Maisons-Laffitte, a księstwem warszawskim. A ja z
tą enklawą byłem związany, choć wiadomo… ktoś mnie tam nie
lubił, ktoś się na mnie śmiertelnie obraził.
A samą nazwę wymyślił Zbyszek
Cybulski, z wielkiej pogardy, bo on snobował się na niesnobowanie,
biegał z plecaczkiem jeszcze z czasów okupacji i mówił, że to
wszystko straszne salonowe bicie piany, farfurki…. W jakimś
stopniu miał rację, a w jakimś nie miał. Dzisiaj, po latach,
rozumiem, jak szalenie płodne było to małe środowisko, jak dobrze
sobie radziło na różnych etapach rozmaitych politycznych opałów,
przepłacając to często „hańbą domową” - jak to nazwał Trznadel.
Choć on „hańbę domową”
ulokował wcześniej, w twardym stalinizmie. Księstwo warszawskie
już się z „hańby domowej” spowiadało ezopowym językiem, już
się za nią wstydziło, już się oczyszczało…
Świadomie to poszerzam, łączę okres
upadku z późniejszymi próbami wygrzebania się spod błędów tego
pierwszego okresu, spod zarzutów kolaboracji. To było jednak
dialektycznie interesujące, i na tak, i na nie. A dlaczego pan o to pyta?
Chciałbym wiedzieć, dlaczego pan
się przeciwko księstwu warszawskiemu tak gwałtownie kiedyś
zbuntował: estetycznie, egzystencjalnie, politycznie… bardziej
radykalnie, a zarazem płodniej niż ktokolwiek inny. Bo nawet
dzisiejsi antykomuniści czy katoliccy tradycjonaliści są tutaj
wychowani na kinie szkoły polskiej albo na kinie moralnego
niepokoju, podczas gdy Diabeł doprowadziłby
ich do zawału, tak jak cenzorów z epoki księstwa warszawskiego. A
Lity Bór czy Nocnik
uznaliby za nihilistyczną pornografię, gdyby je przeczytali. I
przyznam, że zaskoczył mnie pan tym tonem nostalgii, melancholii
niespodziewanej. Jakby się pan na stare lata chciał pojednać z
księstwem warszawskim. Oczywiście ma pan prawo do pojednania, bo
się pan wcześniej zbuntował i cenę za to zapłacił. Ale przecież
w pańskiej klasycznej interpretacji księstwo warszawskie to
udawanie, to armie napoleońskie i carskie przechodzące nad głowami
ludzi tęskniących, żeby się zaciągnąć, choćby na sierżanta,
bo to Historia im ponad głowami przechodzi… to ludzie połamani,
udający, że żyją gdzieś indziej, udający, że wymiar polityczny
mogą w swoim salonie „zawiesić” i spokojnie tańczyć poloneza.
Dlaczego pana, po filozoficznych i filmowych studiach we Francji,
wściekała ahistoryczność księstwa warszawskiego, jego
aintelektualność, peryferyjność, w dodatku nieświadoma? Dlaczego
był pan wobec tego taki wrednie złośliwy?
Ja do dzisiaj zachowuję tę samą dozę
ciętości na tych ludzi, pan to może za ostro nazywa „złośliwością”.
Wrednością, złośliwością,
agresją… nas, jako wściekłe „brulionowe” dzieci, właśnie
to kręciło, że pan załatwia młotkiem „księstwa warszawskiego”
całą tę senną obłudę, trupy, które nawet nie wiedzą, że nie
żyją… Po Diable człowiek już nigdy nie
mógł obejrzeć żadnego Kieślowskiego.
Może poza Przypadkiem.
Zgoda, poza Przypadkiem,
który powinna raczej zrobić Agnieszka Holland, bo to jest za dobre,
jak na Kieślowskiego.
Ja miałem przykład swojego ojca -
który w ścisłym sensie do księstwa warszawskiego nie należał,
ale był przecież intelektualnym dyplomatą w czasach PRL - z którym
przez wiele lat o tym wszystkim nie rozmawiałem w ogóle. Musiałem
stać się dojrzały, żeby zacząć się chociaż uczciwie kłócić.
Do dziś używałbym tego młotka, gdyby nie to, że już nim
rąbnąłem. Już rodową porcelanę i kryształy potłukłem. To, co
miałem do zrobienia tym młotkiem, zrobiłem. Nawet przez sekundę
bym tego nie skreślił, każda scena wypatroszająca tę senność
księstwa warszawskiego w moich filmach, każde zdanie z Litego
Boru, każdy kadr z Diabła… Z drugiej strony możliwe
stało się dla mnie zauważenie po latach, że ja się w tym
wychowałem, i coś mi to dało.
Co takiego?
Bunt jest spodnią warstwą kipieli,
jest podeszwą buta. Ale poza tą podeszwą, jest jeszcze cały but,
na który się składa choćby prosty fakt, że ja jestem z tego
kraju, to jest moja cywilizacja, jaka by nie była, to jest moja
kultura, jaka by nie była… i gdyby nie księstwo warszawskie,
poziom tego wszystkiego byłby o wiele niższy, pod każdym względem.
Nawet poziom polszczyzny, słowa pisanego. To jest polska dziwna
specyfika. I bardziej mnie dzisiaj interesuje dziwność polska,
inność polska, niż łomotanie jeszcze raz po głowach tym, którzy…
„poszli na lep”… „zdradzili”…
Ale ja nie przychodzę tutaj z
pozycji IPN-owskich ani z pozycji Trznadla czy Rymkiewicza, którzy
byli nieodrodną częścią księstwa warszawskiego - a dopiero
dzisiaj by wszystkich „wieszali”, choć pewnie sami by się
musieli powiesić do kompletu. Ja pana pytam z pozycji estetycznych
bliskich Diabła, Litego Boru
czy nawet Nocnika - skąd ten ton pojednania z
księstwem warszawskim w pana definicji rozpoczynającej naszą
rozmowę? I jak oddać tamtym czasom sprawiedliwość, a jednocześnie
nie popaść w nostalgię za „szynką jak za Gierka”, za feudalną
„ujutnością” (tego słowa użyła w jednym z wywiadów Jolanta
Kwaśniewska, oczywiście afirmatywnie), za „swojskością”
tamtych czasów, która do dzisiaj decyduje o społecznej
zachowawczości tego kraju. Tak bardzo pana zresztą drażniącej, o
czym pan pisze w Nocniku.
Nie jestem pewien, czy istnieje pojęcie
aż tak dialektyczne, jak „oddawanie sprawiedliwości” tamtym
ludziom i czasom. Bo cóż to jest sprawiedliwość. Dla młodego
człowieka było ważne, że się przebywało w towarzystwie ludzi
jednak bardzo interesujących, że mógł słuchać, rozmawiać,
oglądać… bo mówiąc o księstwie warszawskim, mówię też o
malarzach, o Kobzdeju, Pągowskiej, a w muzyce o Pendereckim, Lutosławskim…
Komeda z księstwa warszawskiego
uciekł, uciekł Polański, uciekł Mrożek, pan uciekał i wracał,
i znów pan uciekał…
Było ważne, żeby być w tym osoczu i
brać to, co jest własnym sokom potrzebne. A dlaczego mówię o
dialektyce? Otóż tam jest tyle samo albo o wiele więcej na nie,
niż na tak. Na tak jest - podejście estetyczne, a na nie -
podejście polityczne.
Ale właśnie na poziomie
estetycznym robi pan wszystko inaczej, niż robiono w księstwie. W
literaturze księstwa warszawskiego nie opisywano życia seksualnego
idei, życia fizjologicznego idei, a pan to robi bez przerwy. W
Nocniku z jeszcze większą intensywnością i bardziej
prowokacyjnie niż dawniej.
Jeżeli mogę jednak coś powiedzieć,
jeśli mi pan pozwoli, to myślę, że popełnia pan pewien błąd,
uważając, że jeśli żyje się w takim osoczu, to musi się być
częścią tego osocza. Prawdopodobnie, gdyby w moim przypadku to
osocze było głęboko liberalno-kapitalistyczne, to może bym się
stał wściekłym komuchem.
Ale reakcjonistą też się pan
jakoś nie stał. Kobieta publiczna wypatrasza
lewaków przy użyciu Biesów i pana własnej
wiedzy o dialektyce rewolucyjnej przemocy, a jednocześnie pan
liberalno-kapitalistyczny też nie jest. Pana ulubiony
aktor-piosenkarz Jacques Dutronc jest wściekle antymieszczański, a
pan od razu do niego przylgnął jako reżyser, a on przylgnął do pana.
On się strasznie szamotał, bywał
nawet blisko skrajnej prawicy, wręcz faszyzmu, miał lepenowską
rodzinę, pociągały go wszelkie możliwe odmiany
antymieszczańskiego radykalizmu, w końcu uratował go jego
anarchizm, czy raczej pewna anarchiczność, która uniemożliwiała
mu „przylgnięcie” gdziekolwiek. Ale wracając do pańskiego
pytania o księstwo warszawskie, wszystko zaczyna się od zrozumienia
- a ja to zrozumiałem bardzo szybko, jako człowiek bardzo jeszcze
młody - że w naszym kraju, w dziedzinie, do której ja się
urodziłem, do której należę, przez rodzinę, przez geny, przez
wrażliwość - czyli w kinie, w literaturze, w kulturze… - poza
księstwem warszawskim nie ma po prostu niczego innego. To jest
odkrycie straszne, ale po nim, po zrozumieniu, że Polska, poza
księstwem warszawskim, nic ci nie ma do zaoferowania, masz trzy
możliwości. Pierwsza, gdy dojrzejesz na tyle, żeby mieć siłę i
zatrzasnąć się w wieży z kości słoniowej, tam swój ogródek uprawiać…
Jak pan zaczął kopać, pluć i
gryźć, nie był pan jeszcze tak wystarczająco ukształtowany, taki
dojrzały… Zamiast u Wajdy jeszcze ze dwie dekady terminować, a
potem go wielbić, pan wybucha i ma potencjalnych mecenasów z głowy.
Powoli, do mecenasów jeszcze wrócimy…
Jest też druga możliwość, czyli wyjechać, jak Mrożek, bo masz
wszystkiego potąd. On wyjechał kilka razy. Niektórzy z was też
to robili,
Masowo…
Masowo i ostentacyjnie, i dla siebie
przede wszystkim.
Oczywiście, że dla siebie.
„Papiery męczeńskie” były nam potrzebne wyłącznie do tego,
żeby dostać kartę pobytu konieczną do legalnej pracy. ZOMO w
niczym nas „duchowo nie ubogaciło”, tak jak
Jakuba-Teleszyńskiego nie ubogacił duchowo Diabeł-Pszoniak, który
w dodatku „kupował polskie dusze” nie dla Lucyfera, ale dla
jakichś dragonów w prusko-austriacko-rosyjskich mundurach, którzy
tam po kraju jeżdżą. Uciekaliśmy, żeby się z Bogiem albo z
antyBogiem móc się kontaktować bez pośrednictwa Rosjan, Niemców,
a nawet bez pośrednictwa antykomunistycznej Matki Boskiej Katyńskiej.
I co, udało się?
Nie za bardzo, no i oczywiście nie
wszystkim. Prawie nikomu się nie udało. Tutaj mnie pan złapał.
Właśnie, dlatego ja ciągle wracałem.
Ale jest też trzecia możliwość, trochę moja. Mieć macki w to
wsadzone, także w tę truciznę, i wysysać z tego pokarm, który
jest ci potrzebny do życia, nawet jeśli w tym akurat osoczu
wartości odżywczych jest wyjątkowo mało. Ale nawet w tej
truciźnie znajdować coś, co pozwoli ci myśleć i żyć, pisać,
robić filmy, nawet jeśli zupełnie inaczej niż oni. Nawet jeśli
przeciwko nim. I teraz proszę zwrócić uwagę, że tutaj, jakby to
powiedział towarzysz Stalin, wkrada się taki upraszczający
element. Otóż wszędzie na świecie kino robi się z bardzo
nieżyczliwie nastawionymi i często bardzo głupimi ludźmi, którzy
mają na to dać pieniądze, mają na to zezwolić… Tam na
Zachodzie to byli ludzie mający pieniądze albo ludzie wpływowi…
u nas to była PZPR, Wydział Kultury KC… itp.
I niektórzy wielcy reżyserzy… Na
prawach księstwa warszawskiego.
Tutejsi wielcy reżyserzy to sprawa
jeszcze wcześniejsza, oni się wzięli z taborów Pierwszej Armii
Ludowego Wojska Polskiego. Carem polskiego kina był Aleksander Ford.
Ale Wajda był już złamanym
katyńskim dzieckiem, które przechodzi na drugą stronę, żeby żyć
i tworzyć w księstwie warszawskim, tak jak na drugą stronę
przechodzą piszący AK-wcy w Nieborowie.
Wajda nie był złamanym katyńskim
dzieckiem. To co pan mówi, nie jest oczywiście faktograficzną
nieprawdą, ale nie jest też ścisłe… on był członkiem partii i
asystentem Forda przy jego najgorszych filmach, tak paskudnych jak
„Piątka z ulicy Barskiej”. I poprzez te asystentury u Forda
dorobił się bardzo szybko prawa do robienia własnego kina. Robiąc
zresztą jako pierwsze „Pokolenie”, według czołowej powieści
młodego komunizmu, według Czeszki. Więc akurat czołowi reżyserzy
- bo kino to sztuka wyjątkowo wpływowa, na której rządzącym
wyjątkowo zależy - są umaczani w coś o wiele gorszego i
brutalniejszego niż welurowe wygibasy księstwa warszawskiego.
Ale Wajda ostatecznie staje się
jedną z ważniejszych postaci księstwa warszawskiego.
I robi filmy, dzięki którym ja w
ogóle wybieram kino jako własne powołanie. We francuskiej szkole
filmowej piszę pracę dyplomową o „Kanale”, bo to jest
najlepsze kino, jakie wtedy widziałem. Lepsze od francuskiego czy
amerykańskiego. I asystentura przy jego filmach wiele mnie nauczyła.
Tutaj ma pan swoją dialektyczność.
Andrzej ma wielką cechę, którą
można nawet podziwiać, gdyby się chciało, zdolność bycia
pierwszym w każdym układzie. Jeśli choć trochę poluzują śruby,
to on będzie pierwszy siedział na tym gwincie, który się jako
pierwszy poruszył. Oczywiście jest pytanie, czy to nie jest również
tak, że ten gwint się troszeczkę poruszył, kiedy Wajda na nim
usiadł, czy też przeciwnie - oni to poluzowują, a on jedynie zaraz
na ten pierwszy poluzowany gwint się wskrobał. To jest debata dosyć
skomplikowana, to oczywiście są naczynia połączone, więc ja jego
wkładu we względną swobodę księstwa warszawskiego w żaden
sposób nie będę umniejszać. Jednak samo pytanie jest teoretycznie
ciekawe, czy on wypełnia szczelinę, czy jest po prostu wyjątkowo
czujny na to, co się staje możliwe. Na końcu „Człowieka z
marmuru” jest zrobiony z lotu ptaka felieton na temat wspaniałości
dzisiejszej, gierkowskiej, Nowej Huty, ten kawałek pozwolił
nakręcić cały film.
To jest ambiwalencja, złożoność,
dziwność księstwa warszawskiego, które i tak - tu znowu moment
dialektyczny - było oazą w porównaniu z dzikością, jaka to
wszystko otaczała. Te welury otaczała dzikość, przemoc. I to
wszystko było niebywale interesujące do obserwowania. Ale jak
pisałem „Lity Bór”, to o wiele bardziej niż te welury księstwa
warszawskiego, interesował mnie Bolesław Piasecki - to jest
niebywała postać, on był umazany w gównie, w błocie, złamany
pewnie agenturalnie przez Rosjan, starał się rozwalić Kościół
katolicki, a jednocześnie był zanurzony w tej realnej dzikości i
przemocy, która welury księstwa warszawskiego otacza, i ta przemoc
go w końcu dopada, jego syn zostaje porwany i zabity…
Bardzo trudno było mi to wszystko
ludziom wytłumaczyć, nawet we Francji, która łatwo kapuje różne
połamane rzeczy. Mnie interesuje osobliwość Polski, jej dziwność,
a nie pryncypialne rozrzynanie. Pryncypialne rozrzynanie sprowadza
nas może do abstrakcyjnych, uniwersalnych wzorców, gdzie jednak na
końcu mówimy: „bo jestem liberałem, jak ktoś w Anglii… albo
lewicowcem, jak ktoś w Niemczech… albo konserwatystą, jak ktoś w
Ameryce”. Mnie interesuje to, gdzie w Polsce, poprzez osobliwość,
pojawia się coś interesującego, czego nie ma nigdzie indziej na
świecie. Już to pierwsze, napoleońskie Księstwo Warszawskie było
taką osobliwością. Bo z jednej strony oni poszli za gangsterem,
który całą Europę rabował i topił we krwi, a z drugiej strony
dzięki nim udało się później stworzyć prawdziwą namiastkę
polskiego państwa - Królestwo Polskie. Ono by nie istniało, gdyby
nie Księstwo Warszawskie, Rosjanie nie musieli by nam na Kongresie
Wiedeńskim nawet tej namiastki oferować, gdyby nie fakt dokonany
Księstwa Warszawskiego. A oczywiście Królestwo Polskie mogłoby
zaistnieć dłużej i ciekawiej, gdyby nie rozwalili tego kolejni
młodzi kretyni-pseudonapoleonidzi, którzy wywołali niepotrzebne
powstanie listopadowe, bo ich jeden człowiek zdenerwował.
Ale to wszystko znowu jest osobliwe.
Inne niż wszystko na Zachodzie. Ja w tej chwili z coraz większym
trudem mieszkam dłużej niż parę tygodni na Zachodzie. Mnie to
nudzi. Polska mnie jeszcze nigdy nie znudziła. Od nienawiści,
poprzez rozpacz, plucie totalne, egzaltacje… to jest dla mnie kraj
właściwie piekielnie interesujący przez to, że nie można go
rozszyfrowywać kluczami podanymi przez myśl wschodnią czy
zachodnią. Przecież pan wie doskonale, że polskiej myśli
filozoficznej nigdy nie było, ona była zawsze zakupiona gdzie
indziej. Przetłumaczona itp.
Jeśli nie liczyć potwornego
zrzędzenia Brzozowskiego, który zresztą zrzędził także na
siebie, że on też żadnej „narodowej”, żadnej „polskiej
filozofii” nie stworzył.
Pan wie doskonale, że ja jestem
zafascynowany Brzozowskim jako biografią, ale estetycznie on mi za
bardzo nie leży. Jest trochę za ciężki, wręcz za mulisty, jak
dla mnie. Ale z kolei, jak polska myśl sobie hasała bardziej
indywidualnie, bardziej swobodnie, to popadała w Swedenborgiańskie,
w żydowskie mistycyzmy… zresztą znowu ma pan w ten sposób
imitację, tyle że bardziej „własną”, mniej „narzuconą”.
Ale żadnej polskiej niby szkoły filozoficznej, dobrego choćby
czytania filozofii racjonalistycznej niemieckiej, francuskiej,
brytyjskiej… tutaj nie ma i nigdy nie było.
Nadal nie widzę w tym pozytywnego
argumentu za polskością. Chyba że taki Rymkiewiczowski argument z
żubra, który zwykle drzemie, ale czasem się budzi i pędzi
oszalały przez zarośla. Np. jak go Jarosław Kaczyński „dźgnie”.
Mnie ta mistyczna fascynacja rzekomą
charyzmą Jarosława Kaczyńskiego jest kompletnie obca. Tutaj
istnieli ludzie z charyzmą - od Mickiewicza czy Słowackiego
począwszy - ale Kaczyński do nich nie należy.
Pan we wcześniejszym
wywiadzie-rzece dla „Krytyki Politycznej” powiedział, że zna
pan pięć romantyzmów: polski, francuski, angielski, niemiecki i
włoski - i najlepszy jest romantyzm Polski. Dlaczego? Jak może być
romantyzmem najlepszym romantyzm kompletnie antyfilozoficzny,
bezmyślny.
Wielka improwizacja jest jednym
z najlepszych językowo fragmentów literackich całego światowego
romantyzmu. I ona nie jest bezmyślna, tam jest cały frankizm
Mickiewicza, a poprzez to także sabbataizm, także cała gnoza. To
jest myśl, i to myśl dość skomplikowana. Bardziej skomplikowana
niż cały polski katolicyzm.
Gdzie w Wielkiej
Improwizacji frankizm?
Wszędzie, choćby w Jakubowym
mierzeniu się z Bogiem, w nazwaniu go „carem”. W sugestii, że
poza tym Bogiem-carem jest jeszcze jakiś inny, prawdziwy Bóg.
To nie Konrad Boga „carem”
nazywa, ale diabły. On w tym czasie gustownie mdleje, traci
przytomność. Zresztą mdleje dzięki modlitwom Księdza i Matki, bo
jakby sam nazwał Boga „carem” to by zaryzykował wieczne
potępienie. To ma być frankistowska i sabbataistyczna walka Jakuba
z Bogiem? Matka i ksiądz ratują Konrada nawet przed buntem na
poziomie Byrona czy Schillera, nie mówiąc już o transgresjach Cwi
Sabbataja. A do objaśnienia tego, co w Wielkiej
Improwizacji najgęstsze z filozoficznego punktu widzenia
też wystarczą Schiller i Byron. Mickiewicz w żadnych listach czy
pismach z tego okresu nie wspomina, jakoby w ogóle znał Jakuba
Franka, nie mówiąc już o Cwi Sabbataju.
Bo to są rzeczy, o których w
katolickiej Polsce mówić nie wolno. Więc zarówno ta wiedza, jak i
ten bunt zostają przez Mickiewicza zakamuflowane. To taka walka
Jakuba z Bogiem, na jaką Mickiewicz może sobie tutaj w Polsce
pozwolić. Proszę pamiętać, że on mówi do Polaków, pisze dla
Polaków, od Polaków finansowo zależy. A Polacy na emigracji są
jeszcze bardziej przerażeni, zagubieni, a przez to jeszcze bardziej
agresywni, niż Polacy teraz. A Mickiewicz od nich zresztą zależy
nie tylko finansowo, ale także politycznie. On przecież został
przez nich otruty, kiedy zaczął otwarcie tworzyć Legion Żydowski.
Słowacki był finansowo niezależny i więcej w nim jawnego buntu,
może sobie pozwolić na pisanie bardziej otwarte i swobodne. Norwid
jest biedny i wolny, ale to przecież był samobójca.
Pan wymaga od polskiego romantyzmu
czegoś, co nie było możliwe. Takiej struktury społecznej jak w
Polsce - do roku 1863, do uwłaszczenia chłopów - nie było
nigdzie indziej w świecie. Ta struktura społeczna powoduje, że nie
ma w tym kraju tarć, które wytarza kapitalizm rosnący gdzie
indziej od drugiej połowy XVIII wieku, tarć, których pan oczekuje
po Improwizacji. Polacy nie mogą i nie mają prawa społecznie
tego mieć. Osobliwość społeczna tego kraju jest taka, że nawet
jeśli jest się tutaj Mickiewiczem, to się w tym wyrasta. Ma się
tylko połowę, drugą połowę trzeba skądś brać. On bierze
trochę z zachodniego romantyzmu, ale przede wszystkim z gnozy, z
myśli żydowskiej, która jest jednocześnie myślą filozoficzną i
religijną, bo kiedy Żydzi zaczynają uprawiać filozofię
całkowicie świecką, to przestaje być filozofia żydowska i
zaczyna być od razu świecka filozofia angielska, niemiecka… tyle
że robiona przez Żydów. Mickiewicz pisze po polsku, pisze w
języku, w jakim żyje ten kraj - sam będąc Żydem-frankistą.
Ja nie wierzę w krew.
Tu nie chodzi o krew, ale o gnostyckie
myślenie wpojone mu w domu. Jestem przekonany, że on przez cały
czas był rozdwojony - co jest najbardziej charakterystyczną cechą
dla frankizmu. Z jednej strony sarmacki, nawet ludowy, a z drugiej
strony w Wykładach paryskich usiłuje przemycić myśl
gnostycką, która stała się ciałem w Towiańskim (jego szalone
podobieństwo z Frankiem czy Swedenborgiem), za co go francuski
minister policji wyrzuci z posady.
Dlaczego w takim razie Wykłady
są aż taką narodowo-słowianofilską popeliną? Bo się
Mickiewicz ukrywa ze swoją uniwersalistyczną gnozą, czy jednak
lokalność go za nogi ciągnie, słowiańska matka i katolicki
ksiądz znowu mu czegoś zabraniają do końca wykrzyczeć? Czy on
się ukrywa, czy znowu polskiemu romantyzmowi myśli zabrakło?
W Wykładach jedna rzecz wyszła
na jaw: to wszystko, co jest esencją frankizmu, gnozy,
towiańszczyzny… jest jednak totalnie irracjonalnie. Mickiewicza
sam tylko irracjonalizm przeraża, on chce się zaczepić także w
jakiejś racjonalności, a jedyny dla niego punkt zaczepienia
racjonalny to jest gleba polska, dlatego Wykłady są
ostatecznie tak słabe. Ciekawe jest tylko to rozdwojenie: gnoza i
polskość… nie do przeżycia w jednym człowieku.
O Barei, Masłowskiej, hollywoodzkim
rynsztoku i „robaczywym umyśle” Herlinga-Grudzińskiego w
drugiej części rozmowy Cezarego Michalskiego z Andrzejem Żuławskim
- wkrótce na www.krytykapolityczna.pl.
Nocnik Andrzeja Żuławskiego już do kupienia w księgarni internetowej KP i w Nowym Wspaniałym Świecie.
Czytaj: fragmenty .
Na podobny temat
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...