|
Sławomir Sierakowski: Jesteś kuratorem Berlin Biennale. Co to w ogóle jest?
Artur Żmijewski: To jedna z największych wystaw w Niemczech, druga po wystawie Documenta, która odbywa się co pięć lat w prowincjonalnym Kassel. Pierwsze Berlin Biennale odbyło się w 1998 roku i był to manifest obecności artystów w Berlinie. Pokazano wielu tych, którzy w Berlinie żyli i pracowali. Gdzieś w tamtym czasie Berlin zaczął się zmieniać w centrum europejskiej kultury. W zasadzie od razu Biennale nabrało znaczenia. Zawsze też było, przynajmniej potencjalnie, niezależne od rynku, ponieważ finansowano je z budżetu państwa.
Pierwsze Biennale opowiadało o transformacji miasta. Czy na stałe związało się z tym tematem, czy też stało się zwykłą, branżową imprezą świata sztuki?
Niekoniecznie stało się zwykłą branżową imprezą, ale ulega tym samym ograniczeniom, doskwiera mu taki sam artystycznej i kuratorskiej wyobraźni, jak innym imprezom świata sztuki. Jest też podobnie jak one dość hermetyczne, bo skierowane do widza z klasy średniej, posiadającego wystarczającą kompetencję, żeby wiedzieć, że warto kupić na nie bilet. Berlin Biennale było też przez poprzednich kuratorów konsekwentnie trzymane z dala od polityki, a jeśli były z nią związki, to polegały one raczej na jej estetyzacji. Tak jak w przypadku całej sztuki, artyści są politycznie bezsilni. Jeśli się upolityczniają, to dlatego, że dzieje im się krzywda i wtedy jednoczą siły do starcia z przeciwnikiem, którym mogą być np. politycy zbijający na sztuce wyborcze punkty. To się wydarzyło w przypadku ostatniej dużej wystawy berlińskiej Based in Berlin. Ta wystawa próbowała pokazać pracujących w Berlinie artystów, ale jej głównym celem było rozkręcenie kampanii wyborczej Klausa Wowereita, burmistrza Berlina. Oczywiście był to cel samego burmistrza, który był pomysłodawcą wystawy. W Berlinie mieszka dwadzieścia tysięcy artystów. I oni mogą być albo świadomą siebie klasą kreatywną, z polityczną reprezentacją, albo „nawozem” dla cynicznych polityków. Based in Berlin, która powtarzała formułę pierwszego Berlin Biennale, niechcący pokazała sieć zależności i władzy w Berlinie, pokazała kierunki polityki kulturalnej miasta. Teraz czas na artystów, żeby zażądali dostępu do tej polityki, udziału w decyzjach o własnym losie.
Jaki jest zamysł twojego Biennale?
Idea streszcza się w pytaniu: „Jak sztuka działa naprawdę?”. Jak zmienia rzeczywistość, jak wpływa na ciało społeczne, jak pracuje z wyraźnie zdefiniowanymi, lokalnymi problemami? Czy pracuje efektywnie z problemami w większej skali? Czy jest w stanie dać nam coś więcej niż spektakl? Czy jest aktorem polityki, czy tylko smarem kampanii wyborczych? Czy sztukę da się upolitycznić? I czy artyści wrócą do prawdziwej substancjalnej polityki, czy wystarczy im format galanteryjny à la „political minimal”?
Obserwuję trochę, jak jeździsz po świecie, zapraszasz artystów, szukasz pewnych rzeczy. Czy mógłbyś opisać te zamiary czy projekty Biennale, których jesteś już pewny? Jak przedstawiłbyś swoje plany widzowi, który przychodzi z potocznej rzeczywistości, a nie ze świata sztuki?
Przede wszystkim widz musi być przygotowany na to, że stanie przed brakiem formy. Wynika to z tego, że zadaję artystom pytanie „jak sztuka działa?” – czy wykonuje jakąś realną, substancjalną pracę w realnym świecie? Tymczasem sztuka nie jest wytrenowana, by faktycznie załatwiać sprawy społeczne i polityczne, dlatego nie ma właściwej formy, w którą mogłaby ubrać propozycje rozwiązań. To, co jest siłą sztuki, czyli umiejętność zamiany idei w spektakl, teraz okazuje się jej słabością, bo ów spektakl staje się granicą sztuki i granicą możliwości artysty. Więc jak już ci artyści chcą mieć faktyczną odpowiedź na jakiś problem istniejący w rzeczywistym świecie, to nie umieją znaleźć na to formy – choć umieją znaleźć rozwiązanie. Próbujemy więc mieć dwie rzeczy naraz – faktyczny efekt i spektakl dla publiczności, a to niekoniecznie się składa.
A czy nie jest tak, że formy z konieczności są ulotne, że dobiera się je w zależności od tego, co chce się zrobić? Jeśli zakładamy, że sztuka ma zmieniać rzeczywistość społeczną, to zakładamy chyba, że forma będzie wtórna wobec tego, co artysta ma zrobić? Podobnie jest z działaniem Krytyki Politycznej, nie wydajemy książek czy pisma, po to tylko, żeby wydawać książki czy pismo, ale jesteśmy środowiskiem, które dla realizacji swoich idei sięga raz po książki, raz po publicystykę internetową.
Gdyby świat sztuki przyjął twój punkt widzenia, to kultura wyglądałaby dziś inaczej. Gdyby forma była tylko środkiem do celu, to nie rozbijalibyśmy się o konieczność spektaklu, bo można by wybierać dowolne formy i dowolne formuły działania. W istocie rzeczy możliwości sztuki są zablokowane przez konieczność spektaklu, czyli przez pytanie: „No, ale co pokażemy widzom?”. Cały ten zinstytucjonalizowany świat galerii, niezależnych miejsc sztuki, jest nastawiony na produkcję spektaklu – inne cele umknęły. Artyści zupełnie nie są przekonani, że sztuka ma cokolwiek zmieniać. Spójrz, jak działa cała ta maszyna – ona już na poziomie pierwszej decyzji o „byciu artystą” selekcjonuje ludzi, których interesują puste gesty. Ci, którzy chcą jakiejś społecznej sprawczości, efektywności, idą do innych zawodów. Efekt jest taki, że „polityka nie potrzebuje sztuki”.
Kiedyś, gdy zarzucano naszemu środowisku, że instrumentalizujemy sztukę, poprosiłeś grupę artystów, by instrumentalnie posłużyli się sztuką na rzecz KP. I okazało się, że to nie takie proste, że dużo łatwiej jest robić sztukę „czystą” i niezinstrumentalizowaną. Tu stoisz przed podobnym wyzwaniem. Starasz się wpisać artystów, których zapraszasz, w rolę publicystów, działaczy społecznych, polityków. Udaje się?
Mistrzami instrumentalizowania sztuki, czy kultury w ogóle, są politycy. Kampania neofaszysty Geerda Wildersa pod hasłem: „Sztuka to lewicowa rozrywka, obetnijmy fundusze na nią”, służy przesuwaniu publicznych pieniędzy z sektora kultury na inne, bardziej dla tych ludzi strategiczne cele. Zupełnie bezwstydnie ten postulat realizują też centro-prawicowe rządy w całej Europie.
Chodzi jednak o to, żeby artyści umieli użyć sztuki w bardziej substancjalny sposób. Żeby starali się przy jej pomocy ugrać konkretnie sformułowane stawki. To jest z mojej strony chęć wzięcia udziału w upolitycznieniu kultury, poprzez wprowadzanie do niej politycznych zadań. Co się oczywiście rozpada się na szereg jednostkowych projektów. W Biennale wezmą udział artyści-dziennikarze, którzy będą informować o rozmaitych wydarzeniach, mówiąc z dobrze zdefiniowanego ideowo stanowiska. Takie działanie formatuje rzeczywistość. Będą też artyści, którzy wspierają ruchy dysydenckie w krajach, gdzie są dyktatury, i którzy sami są dysydentami. Będą też i tacy, którzy działają na poziomie symbolicznym, pracują z pamięcią. Biorą udział w kreowaniu tego, co nazywa się „polityką pamięci”.
Czy nie jest dzisiaj tak, że to właśnie artyści są szczególnie bezradni wobec współczesnej, demokratyczno-liberalnej rzeczywistości? Gdy nie ma dyktatury, jasno określonego zła, artyści nie bardzo wiedzą jak mieliby się przeciwstawić władzy i rzeczywistości.
Faktem jest, że sztuką łatwiej przeciwstawić się dyktaturze niż represyjnej tolerancji. Chiński artysta Ai Wei Wei może być szczęśliwy, że tak wielkie państwo, tak gigantyczny aparat represji, jak w Chinach, jest na tyle wrażliwy na jego krytykę, żeby go więzić, szykanować, straszyć. W istocie rzeczy chiński reżim stworzył Ai Wei Weia dysydenta, wymazując represjami jego lata kolaboracji z chińskim reżimem. W demokracji represje są niewidzialne, aksamitne – są nimi milczenie i brak reakcji. Ale są o wiele bardziej skuteczne, bo nie przenoszą krytycznego przesłania artysty. Chiński aparat represji jest dość głupi, bo poprzez represje tysiąckrotnie wzmacnia sygnał, jaki wysyła Ai Wei Wei. Zachodnia demokracja jest o wiele bardziej inteligentna, ona zaprasza krytyczne głosy i rozpuszcza je w braku reakcji, w milczeniu, w skrajnej pasywności.
Czy jednak problem z krytyczną wiedzą nie polega dziś na tym, że została ona sprywatyzowana? Jak pokazuje Sloterdijk, wiedza nie wyzwala, nie służy – jak sądziły oświeceniowe utopie pedagogiczne – powszechnej emancypacji. Rozum zindywidualizowany jest ostatecznie cyniczny. W jaki sposób kultura, sztuka, które ty traktujesz jako część wiedzy, podpadają pod rządy tak rozumianego cynicznego rozumu? Czy nastawiając się wyłącznie na skutek w sztuce, nie ryzykujemy, że zaczynamy się godzić na akceptowanie wyłącznie lokalnych skutków, jakie są możliwe w obecnej, cynicznej rzeczywistości?
Ty masz tę niesamowitą wiarę w teorię, w filozoficzne rozpoznanie. Ja rozczarowałem się podpowiedziami teoretyków. Ostatecznie teoria jest dla mnie kolejnym zbyt trudnym zadaniem – koniecznością przetłumaczenia teorii na praktykę działania. Tym razem chcę ten etap pominąć. Dlatego od razu wskoczyłem w praktykowanie praktyki. I ja, i Joanna Warsza, z którą współpracuję przy realizacji Biennale, rozmawiamy z ludźmi, którzy tworzą teorię przez działanie. Aktywne i myślące ciało społeczne jest miejscem pytań i odpowiedzi. Weźmy polityka z Kolumbii, Antanasa Mokusa, który był burmistrzem Bogoty. Niebezpiecznego miasta, z falą przestępczości, z mieszkańcami, którzy np. nie przestrzegali przepisów ruchu drogowego. Mokus zaczął swoją karierę od politycznie niekonwencjonalnego gestu – podczas spotkania na uniwersytecie, studenci zaczęli go wyśmiewać. I on im wtedy pokazał gołą dupę. Okazało się, że ten gest, za który zresztą musiał przepraszać, wywindował go do poziomu, z którego mógł rozpocząć walkę o władzę. Jako niezależny kandydat wziął udział w wyborach na mera Bogoty i wygrał. Problemy miasta rozwiązywał przy pomocy działań performerskich, na poły artystycznych, działał wbrew logice mainstreamowych polityków. To, co robił Mokus, było błyskawicznym reagowaniem na wezwanie rzeczywistości, przy pomocy bardzo efektywnych środków. To była nie cyniczna polityka, to nie było biurokratyczne administrowanie zasobami miasta, lecz nieustannie podejmowane ryzyko zmiany, ryzyko pracy z rzeczywistymi problemami przy pomocy artystycznej i politycznej wyobraźni. Dla mnie punktem odniesienia jest nie Sloterdijk, lecz Mokus. Nie teoretyk, lecz praktyk. Mokus podążył za moralnym i artystycznym wezwaniem do zmiany rzeczywistości, która była nie do zniesienia. Za moralnym i artystycznym wezwaniem do zmiany polityki, która była nie do zniesienia. To, co dziś określa się mianem polityki, jest jej imitacją. To ekskluzywna gra o władzę, której stawki, z punktu widzenia zwykłych ludzi i ich faktycznych problemów, są fałszywie zdefiniowane. Jedną z fałszywych stawek polityków staje się ich własny wizerunek, który nieustannie polerują. Mokus na samym początku swojej kolejnej kadencji jako burmistrza, chciał rozdać dziennikarzom i politycznym przeciwnikom „czarną teczkę”, gdzie byłyby wszystkie kwity na niego, począwszy od korupcji, na „wrażliwych danych” skończywszy. Chciał zacząć od autokompromitacji, a w istocie rzeczy chciał zacząć uprawiać politykę prawdy. Takie transgresywne myślenie pochodzi ze sztuki, bo Mokus to artysta.
Co chcesz powiedzieć za pomocą Biennale o relacjach między sztuką a władzą? Czy jest coś, czym jesteś rozczarowany, co chciałbyś skrytykować lub zmienić?
Chcę się włączyć w to coraz większe, współczesne zadanie, którego stawką jest użycie kultury, nie tylko sztuk wizualnych, w polityce. Włączenie artystycznego myślenia do praktyki politycznej. To, że pojawiło się takie zadanie, jest reakcją na powszechne wymazywanie politycznego wymiaru kultury, na jej radykalne odpolitycznienie. W czasie, jakim dysponuję jako kurator Biennale, możliwe jest zaledwie fragmentaryczne upolitycznienie kultury. Ale może się ono rozgrywać na tak widocznej scenie, jak Berlin Biennale.
W jaki sposób politycy gromadzą punkty na sztuce?
Burmistrz Berlina może wyciągnąć z kieszeni 1,6 miliona Euro i zainicjować w Berlinie wielką wystawę berlińskich artystów w sytuacji obcinania funduszy, gdy instytucje kultury nie mają pieniędzy na kontynuowanie programu. To właśnie przypadek Based in Berlin, gdy konserwatywna formuła wystawy, która po prostu sprawozdaje, co robią mieszkający w Berlinie artyści, posłużyła aktualnemu burmistrzowi do pozyskania głosów w lokalnych wyborach. Oto miasto rozwija możliwości działania klasy kreatywnej. W Berlinie to znaczący procent mieszkańców. Warto o nich zagrać. Sztuka bywa dzisiaj safari dla polityków i lokalnej administracji. Jak się da pieniądze artystom, to zobaczą to wszyscy. A jak się da rodzinom żyjącym poniżej progu ubóstwa, to nie będzie spektakularnego efektu. Więc co się bardziej opłaca z punktu widzenia utrzymania władzy?
Jak politycy wliczają protest i opór środowisk kultury w takie akcje? Jako koszt czy jako zysk?
Sądzę, że jako zysk. Media piszą, a jeśli piszą krytycznie, to funkcjonuje się jako postać, która inicjuje ważną i trudną debatę. W przypadku wystawy „Based in Berlin” artyści i szefowie instytucji, którzy podpisali listy protestacyjne przeciw sposobowi organizacji i celowi wystawy, ostatecznie wzięli w niej udział. Opór został złamany i podpisano lojalnościowy kontrakt między artystami, szefami instytucji kultury i władzami miasta.
Na koniec ogłoszenia duszpasterskie. Kiedy zaczyna się wystawa?
27 kwietnia 2012 roku, a kończy się 1 lipca.
Jakie działania poza wystawą towarzyszą Biennale?
Będą publikacje. Właśnie ukazał się pierwszy numer „Berlin Biennale Zeitung”, ze zbiorem czterdziestu dziewięciu tekstów różnych autorów, na temat konfliktu w polu sztuki, w polu kultury w Berlinie. Teksty dotyczą fałszywego odpolitycznienia pola sztuki, bo wtedy gdy artyści uciekają od polityki, to politycy sięgają po sztukę, by użyć jej np. do zbierania punktów w kampaniach wyborczych. Przygotowujemy książkę, w która jest zbiorem rozmów z artystami, którzy praktykują politykę. Nie estetyzują jej, ale ją robią.
To jeszcze powiedz, ile będzie Krytyki Politycznej w Biennale?
Jednym z projektów Biennale będzie inicjacja działania Klubu KP w Berlinie, wydamy też pierwszy niemiecki numer pisma Krytyki Politycznej. Będzie to dowód na możliwość użycia artystycznej maszynerii dla promowania politycznego środowiska.
Warszawa, 27 sierpnia 2011
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...