|
Rz: Pokaż mi swoich wrogów, a powiem ci, kim jesteś. Kto jest pańskim nieprzyjacielem?
Slavoj Žižek: Rozumiem,
że nie chodzi panu o moich osobistych nieprzyjaciół. Zresztą dla mnie
wrogiem nie jest konkretny człowiek czy grupa ludzi, lecz system
kapitalistyczny.
Którego należy nienawidzić? W książce „Kruchy
absolut” pisze pan m.in.: „Droga do zwalczenia nienawiści etnicznej nie
prowadzi w rzeczywistości przez jej bezpośrednią odwrotność, etniczną
tolerancję. Wręcz przeciwnie – tego, czego nam trzeba, jest nawet
jeszcze więcej nienawiści czysto politycznej, nienawiści skierowanej na
wspólnego politycznego wroga”.
W tym miejscu odwołuję się
akurat do Biblii i słów Chrystusa: „Przyszedłem rzucić ogień na ziemię
(…). Czy myślicie, że przyszedłem dać wam pokój? Nie, powiadam wam,
lecz rozłam”. Ale to nie jest tak, że nie dostrzegam żadnych zalet
kapitalizmu. Był to w końcu pierwszy system, który przyniósł ludziom
wolność, dziś jednak wytwarza takie antagonizmy, że nie będzie mógł ich
przezwyciężyć w ramach obecnych struktur. Liberalna wizja świata to
iluzja. Chociaż, zdaje się, jesteśmy po przeciwnych stronach
politycznej barykady, zgodzimy się zapewne, że w Chinach powstał
system, który wymknął się znanym regułom. Mamy tam kapitalizm, który
nie potrzebuje demokracji, żeby się reprodukować. Słyszy się czasem:
Dajmy im jeszcze dziesięć lat, a demokracja sama do nich przyjdzie.
Nie, nie przyjdzie. Na naszych największych wspólnych wrogów wyrastają – za sprawą liberałów – fundamentalizmy religijne, islamskie i inne.
Ale zapomina się, że to sam kapitalizm, jeśli ich nie ustanowił, to
przynajmniej umocnił je tak, że stały się jego częścią. Afganistan był
w miarę świeckim państwem, dopiero interwencje zewnętrzne, dwubiegunowy
konflikt będący elementem globalizacji zmieniły go w kraj
fundamentalistyczny. Fundamentalizm jest ceną, jaką płacimy za zanik
świeckiej lewicy, jej marginalizację, bo gdy ona ograniczyła, wyciszyła
swoje roszczenia, w jakimś sensie przejęli je fundamentaliści właśnie.
Nieprzypadkowo w krajach arabskich były wcześniej silne lewicowe partie
świeckie.
Odżegnuje się pan od wszelkich nacjonalizmów, ale
zwróciłem uwagę, że z wyraźnym oburzeniem przywoływał pan wyrażoną
kiedyś przez Emila Kusturicę opinię o Słoweńcach jako o „narodzie
austriackich parobków”. Zabolało?
Nie odebrałem tych słów
osobiście, bo jestem raczej krytyczny wobec własnego narodu. Jeśli
chodzi o Kusturicę, to trzeba pamiętać, jak pokazuje on w filmach
Bałkany i do kogo kieruje tę swoją mityczną wizję. W swoim czasie modna
była teza o socjalizmie z ludzką twarzą. Powiedziałbym, że Kusturica
postanowił pokazać Zachodowi czystki etniczne z ludzką twarzą, co się
tam bardzo spodobało.
Przyznać trzeba, że wizja ta jest sugestywna.
Ona
nie wzięła się znikąd. Komuniści bardzo lubili folkloryzować Bałkany.
Była taka strategia władzy, by podkreślać bałkańskie szaleństwo. A ja
jestem zbyt starym wygą, by nie pamiętać, jak Kusturica zachowywał się
przed 1989 rokiem. Był pupilem reżimu, a kiedy po filmie „Ojciec w
podróży służbowej” w słoweńskiej prasie ukazała się negatywna recenzja,
to bośniacki Komitet Centralny żądał, żeby ukarać odważnego krytyka.
Nie mam złudzeń, twórca „Undergroundu” zawsze wiedział, po której
stronie się ustawić i gdzie są konfitury.
Tony Meyers powiada
z kolei, że w końcu lat 70. był pan w Komitecie Centralnym Ligi
Słoweńskich Komunistów, a potem wielokrotnie doradzał pan słoweńskiemu
rządowi. Nie kłóci się to z deklarowaną przez pana rewolucyjną
niezależnością?
To nieprawda. Krąży o mnie mnóstwo plotek,
włącznie z taką, że pisałem przemówienia komunistycznym aparatczykom.
Nigdy nie opowiadałem o sobie, że byłem wielkim dysydentem, ale jednak
straciłem pracę na kilka lat. Natomiast znam dobrze kilku polityków ze
sfer rządowych głównie dlatego, że Słowenia to mały, dwumilionowy kraj,
a moja generacja jest u władzy. Nawet w bardziej odległych czasach nie
było u nas takiego dystansu między rządzącymi a rządzonymi jak gdzie
indziej. Szefa słoweńskiej partii komunistycznej nie widziało się raz w
życiu, gdy jechał limuzyną, ale spotykało się go na ulicy. Sprawiało
to, że tamten system stawał się choć trochę przejrzysty.
I nie mniej, a może i bardziej – cyniczny.
Bo
inteligentny, i to bardzo. Reżim, niesłychanie opresyjny przecież,
twardy, podkreślał swoją rzekomą tolerancyjność wobec na przykład
artystów. W latach 60. łatwo było zrobić karierę, uprawiając
abstrakcyjne malarstwo czy pisząc nowoczesne antypowieści. A w
późniejszych latach nie tylko nie zabraniano wydawać Sołżenicyna, ale
dyskutowano nad jego twórczością, chwalono ją i krytykowano. Wolny
świat… To jugosłowiański paradoks.
Pańskiemu programowi
brakuje niekiedy – moim zdaniem – spójności. Z niemałym zdziwieniem
dowiedziałem się na przykład, że w kwestiach dotykających nacjonalizmu
czy rasizmu zaleca pan wspieranie państwa, a nie społeczeństwa
obywatelskiego. Dlaczego? Oczywiście, w organizacjach pozarządowych nie
brakuje kretynów, ale w rządach to niby ich nie ma?
Gdyby w
USA takiemu społeczeństwu obywatelskiemu pozwolono na nieograniczoną
władzę, zapanowałaby rasistowska przemoc. Formułując swoją opinię,
myślałem właśnie o Stanach Zjednoczonych. Tam popieranie administracji
jest sposobem na uniknięcie ostrych konfliktów rasowych, uniknięcie
ofiar. Odwoływanie się do zdania większości miewa fatalne skutki. Tak
stało się w Serbii za Miloszevicia, którego genialnym posunięciem było
nie co innego jak zawarcie sojuszu ze społeczeństwem obywatelskim.
Społeczeństwem, które było nacjonalistyczne, tak jak nacjonaliści byli
w przeróżnych związkach i stowarzyszeniach: filmowców, plastyków,
literatów. Jak przypomnimy sobie Radovana Karadżicia, zrozumiemy racje
Platona, który w swej idealnej republice nie chciał widzieć poetów. Nie
należy idealizować ludzi: potrafią robić iście haniebne rzeczy.
Zadaje
pan pytanie: „Kiedy się skończy kapitalizm?” i odpowiada: „Szybciej niż
nam się wydaje”, na koniec pozostawiając groźbę: „I może być krwawo…”.
Czy naprawdę pan sądzi, że w mojej czy pańskiej ojczyźnie, gdzie dla
bardzo wielu ludzi kapitalizm był przez lata celem samym w sobie, masy
pójdą na barykady w proteście np. przeciw globalizacji?
Rzeczywiście,
było tak, że kiedy w 1989 roku upadł komunizm, ludzie oczekiwali od
kapitalizmu niemożliwego. Pojawiły się głosy, że w pięć lat staniemy
się drugą Szwajcarią. Tak się oczywiście nie stało, o co – dość często – zaczęto oskarżać komunistów, którzy rzekomo wciąż mieli kontrolować
państwo i nadal sprawować – wprawdzie już niejawnie – władzę. Jeśli
tylko sprawy nie szły dobrze, oni byli winni. A na to nakładało się
nostalgiczne nastawienie do Jugosławii czasów marszałka Tito, w której
ponoć wszystko było cudowne i wspaniałe. W istocie to właśnie
Jugosławia sprzed 1989 r. przygotowała grunt pod wojnę na Bałkanach, o
jakiej więc tu nostalgii opowiadać! Kiedy mówiłem o tym, że kapitalizm
skończy się krwawo, to nie myślałem, że będę organizował rewolucję, ale
że kapitalizm odtrąca od siebie, wyklucza całe rzesze ludzi. Świetnie
opisuje to Mike Davis w „Planecie slumsów”. Wszędzie na świecie są
takie miejsca, gdzie ludzie upominają się o uczestnictwo w normalnym
życiu społecznym, a tymczasem są odtrącani. Podskórne napięcie wyczuwa
się we wszystkich krajach kapitalistycznych: w Europie, Stanach
Zjednoczonych, Ameryce Południowej. Od czasu do czasu zdarza się
eksplozja – jak w Los Angeles, i potem znów następuje cisza przed
burzą, która w końcu nadejdzie.
I co będzie potem? Biedacy ograbią bogatych i tak dalej…
Nie
jestem fanem Hugo Chaveza, który ma swoje ograniczenia, a nawet – mówiąc wprost – jest świrem, niemniej zrobił jedną dobrą rzecz. Otóż
starał się on wciągnąć te pozostające na uboczu, na całkowitym
marginesie masy do uczestnictwa w życiu społecznym, a co za tym idzie
także do partycypacji – we wszystkim. Zupełnie inną strategię przyjmuje
np. rząd włoski, który – nie wiem, czy panu o tym wiadomo – w grudniu
2008 roku wprowadził panujący we Włoszech do dziś stan wyjątkowy. Nie
mówię, że jest to taki stan jak w Polsce w 1981 roku, a Berlusconi jest
nowym Jaruzelskim. Ale we Włoszech wszelkie służby, także wojsko,
postawione zostały w stan gotowości. Oficjalnie po to, żeby walczyć z
mafią i zapobiegać gwałtom w parkach, ale również żeby np. kontrolować
imigrantów. Mogąc wybierać, wybieram drogę chaveziańską, a nie
stosowanie siły w celu uporania się z poważnymi problemami społecznymi.
W
podtytule „Kruchego absolutu” stawia pan retoryczne, przynajmniej dla
mnie, pytanie: „Dlaczego warto walczyć o chrześcijańskie dziedzictwo?”.
Dziwi mnie jednak, że formułuje je właśnie pan, czerpiący inspiracje od
Marksa, Hegla, francuskiego psychoanalityka Lacana, Freuda…
Poproszę o inną kolejność: Hegel przed Marksem.
… i Lenina – propagatora wojującego ateizmu, nakazującego walczyć z religią.
Interesował
mnie Lenin z czasów bezpośrednio poprzedzających rewolucję
październikową, napisałem nawet posłowie do wyboru jego tekstów z tego
okresu. Zajmował się prawami społecznymi, mając nadzieję na bardziej
sprawiedliwy świat, by orzec, że „teoria Marksa jest wszechpotężna,
ponieważ jest prawdziwa”. Ze mnie jest żaden leninista; uważam, że
napisał on mnóstwo głupstw, z których łatwo byłoby ułożyć całą
encyklopedię. To autor najgorszych książek filozoficznych, jakie
zdarzyło mi się czytać, „Materializm a empiriokrytycyzm” jest pod tym
względem poza konkurencją. I nie mam zamiaru uprawiać beznadziejnej
trockistowskiej gry polegającej na tym, że wmawia się ludziom, jakoby
Lenin – gdyby jeszcze kilka lat był w dobrej formie – mógł zawrzeć
sojusz z Trockim przeciw Stalinowi, dzięki czemu komunizm nie wpadłby w
pułapkę totalitaryzmu. Kompletnie się z tym nie zgadzam. Odnośnie do
religii, Lenin miał do niej klasyczną oświeceniową niechęć, przy czym
zagadnienia wiary niesłychanie upraszczał. I to prostactwo blokuje
zmianę sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy.
A co panu odpowiada w chrześcijaństwie?
Jego
apokaliptyczny horyzont. Bo są różne chrześcijaństwa: instytucjonalne,
gnostyckie itd. Te mnie nie interesują, ale apokaliptyczny horyzont
jest dla nas – w tym stanie kapitalizmu, w jakim jesteśmy – bardzo
ważny, daje nam bowiem wgląd w obecną sytuację. A ta jest niepokojąca,
słusznie obawiamy się zagrożeń ekologicznych czy przekształceń
genetycznych pozwalających zrealizować totalitarne marzenie o kontroli
nad ludzkim myśleniem. Znowu Duch Święty to dla mnie rodzaj postępowej
partii, w tym sensie, że mówi: sytuacja zależy od was i to, jak potoczy
się świat, zależy od tego, jak będziecie wspólnie działać.
Wolałbym Ducha Świętego nie mieszać w działalność partyjną…
Ależ
dlaczego nie? Bardzo lubię św. Pawła z tej przyczyny, że był – jak
mówię – protoleninistą. Jego myśli zaprzątała idea, jak zorganizować
chrześcijan w partię.
Zwraca pan uwagę na to, że
chrześcijaństwo stwarza – a przynajmniej może stworzyć – nową
przestrzeń dla czegoś lepszego. Do tej nowej przestrzeni przejść trzeba – pańskim zdaniem – przez czyn polityczny, czyli rewolucję. Czy
naprawdę jest ona niezbędna? Jak to mówił Mikołaj Gogol: „Aleksander
Macedoński był wielkim bohaterem, ale po co krzesła łamać?”. Pod ręką
jest przecież solidny, sprawdzony wzór, chrześcijański właśnie.
Ale
ja nie apeluję o to, żeby zniszczyć świat, który – nota-bene – sam się
niszczy. Kryzys, jaki mamy w tak wielu dziedzinach, z ekologicznym i
biogenetycznym, zbliża nas do destrukcji. Oczywiście, byłbym bardzo
zadowolony, gdyby cały świat mógł żyć tak jak Europa Zachodnia przez
ostatnie 40 lat, ale tak się nie stanie. I dlatego potrzeba nowego
fundamentu, innego niż kapitalizm. A na takie radykalne cięcie i
rozpoczęcie czegoś nowego nie stać ruchów w typu New Age ani
tradycyjnych religii, poza chrześcijaństwem.
Wygląda na to, że dla pana Chrystus jest wiecznym rewolucjonistą.
Jasne,
że tak. Dla mnie kluczowym terminem jest „agape” św. Pawła, przy czym
rozumiem ją wyłącznie jako miłość, czy coś pośredniego między wiarą a
miłością, Eros nie ma tu nic do rzeczy. Święty Paweł powiada, że to ta
miłość właśnie zachęca nas do odłączenia od wspólnoty, w której
urodziliśmy się i żyjemy. A zatem według świętego Pawła – co poświadcza
Pierwszy List do Koryntian – dla chrześcijanina nie ma ani Żyda, ani
Greka, ani kobiety, ani mężczyzny… Nic dziwnego, że w Imperium Rzymskim
pojawienie się Chrystusa było skandalem.
Chrystus wieczny
rewolucjonista kojarzy mi się z dziełem XIX-wiecznego romantyka
Zygmunta Krasińskiego, który napisał na ten temat jeden z
najwybitniejszych dramatów w literaturze polskiej – „Nie-Boską
komedię”. Przyznał zwycięstwo Galilejczykowi… Kto pańskim zdaniem
zostałby beneficjentem wybuchu społecznego, gdyby taki się zdarzył na
dużą skalę?
Nie jestem futurologiem, wiem natomiast, że
ludziom, narodom, społeczeństwom należy się coś na kształt nowego aktu
założycielskiego, nowy fundament – jak powiedziałem. Dlatego całkowicie
odrzucam słowa Benedykta XVI, zdaniem którego kryzys, z jakim mamy do
czynienia, jest efektem zbyt dużej chciwości ludzkiej. To jest
redukowanie kryzysu do wymiaru psychologicznego, tymczasem nie dlatego
mamy kryzys, że ludzie byli chciwi, ale dlatego, że istniejący system
zmusił ich do chciwości. To system generował chciwość i stawiał wymogi
strukturalne, a nie osobiste czy psychologiczne. Nasuwa się skojarzenie
ze stalinizmem, którego potworność polegała nie na tym, że źli ludzie
robili złe rzeczy – oni zawsze czynią zło. Prawdziwą tragedią było
dopiero to, że dobrzy ludzie robili złe rzeczy. I przez taki pryzmat
powinniśmy patrzeć na współczesny świat.
Zachęca pan do
stworzenia nowej, nie do końca określonej przestrzeni społecznej – miejmy nadzieję, że lepszej, a wspiera się pan przy tym na Marksie i
Freudzie. Widzę tu sprzeczność: dążeniu do nowego świata towarzyszy
inspiracja starym światem.
Podobają mi się ci teologowie,
którzy zwracali uwagę na to, że nie tylko Chrystus 2000 lat temu zaczął
coś naprawdę nowego, ale że w zasadzie każde powtórzenie aktu Chrystusa
jest czymś nowym. W powtarzaniu nie ma niczego złego, to tylko my
systemowo jesteśmy skazani na myślenie „dojutrkowe” i pragnienie
nowości dla samej nowości. Musimy mieć nowe produkty, nowe
doświadczenia, nowe wrażenia i pewnie dlatego przez cały czas dostajemy
wciąż to samo gówno.
Wywiad ukazał się w „Rzeczpospolitej” z 17 maja 2009.
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...