|
Magdalena Błędowska, Krytyka Polityczna: O mediach publicznych w Polsce można przeczytać, że to socjalistyczny skansen, instytucja totalitarna i hierarchiczna. Oczywiście najczęściej powtarza się zarzut upartyjnienia i zawłaszczenia przez polityków. A co pan jako współtwórca obywatelskiego projektu reformującego media uznałby za ich największą bolączkę?
Jacek Żakowski: To jest dość proste: nie mamy mediów publicznych w Polsce. Mamy media państwowe, która są rozszarpywane politycznie. Część dziennikarzy i producentów radzi sobie dobrze przy jednej koalicji, część przy innej. Klasyczna korupcyjna sytuacja. Media działają gorzej niż państwowa kopalnia czy huta, bo nie ma tu jasnych kryteriów oceny. W przypadku przedsiębiorstw mamy przynajmniej kryterium zysku – a co to znaczy, że program jest dobry albo niedobry? Jednemu się podoba, innemu nie. Za tym idzie służalstwo, typowa biurokratyczna patologia. Ona wprawdzie występuje zarówno w sektorze publicznym, jak i prywatnym, ale tu ma szczególny charakter służalstwa politycznego, sprzecznego z celami mediów publicznych. Do tego media publiczne w Polsce to państwowe przedsiębiorstwo komercyjne, które siłą rzeczy gorzej radzi sobie na rynku niż prywatne firmy. Z tego powodu staje się cesarstwem tandety, sprzyja najniższym gustom. Celem jest po prostu łatwe zarobienie pieniędzy kosztem wszelkich wartości.
Dlaczego właściwie media publiczne w ogóle są problemem? W jaki sposób ich kondycja przekłada się na debatę publiczną, społeczeństwo czy jakość naszego życia?
Można opowiedzieć o tym, używając różnych narracji. Jedną z nich, dość ważną, jest narracja późnej modernizacji. Otóż media w różnych okresach rozwoju demokracji odgrywały różną rolę. Najpierw były innowacją niemożliwą do sfinansowania ze środków prywatnych. Przed wojną w bardzo niewielu krajach istniał kapitał zdolny podjąć ryzyko budowy sieci radiowej. Musiały to robić państwa. Nie funkcjonował jeszcze system generowania przychodów, bo nie było tylu reklam. Po wojnie media elektroniczne stanowiły bardzo rzadkie dobro. Było mało częstotliwości. Dopiero gdy zaczęto wykorzystywać UKF-y, nastąpiła dywersyfikacja nadawców. Zaczęły powstawać prywatne stacje radiowe i telewizyjne, gdyż stało się to możliwe technologicznie i finansowo. W społeczeństwie przemysłowym media służyły edukowaniu mas i reformowaniu obywateli. Media komercyjne spełniały wtedy te same funkcje co publiczne, tylko były trochę w ich cieniu – miały większe opory przed eksperymentowaniem, nie ryzykowały same z wprowadzaniem zmian takich jak kolor czy dźwięk stereo. Teraz sytuacja jest zupełnie inna. Przy cyfryzacji i satelitach można mieć tysiące prywatnych stacji. Paradoksalnie jednak postęp technologiczny i zmiana kulturowa powodują, że media komercyjne słabną. Rozpraszają się i biednieją, bo rośnie ich liczba. Do tego pojawiają się nowe nośniki reklamy – w internecie, na billboardach – coraz większa część pieniędzy nie idzie już więc do mediów komercyjnych. Poszczególni nadawcy są przejmowani przez wielkie koncerny medialne, które nie są zainteresowane treścią, ale jak wszystkie korporacje – zyskiem. Popatrzmy chociażby na „New York Times”: przecież to już jest właściwie popołudniówka. Oczywiście ciągle z jakimiś ambitnymi fragmentami, ale jest zupełnie inny niż przed dwudziestu laty. Tymczasem żyjemy w społeczeństwie demokratycznym, któremu sama rozrywka nie wystarczy, musi mieć dostęp do informacji. Z mediów komercyjnych nie dowiemy się wiele o świecie, nie zdobędziemy podstawowych informacji umożliwiających podejmowanie decyzji politycznych i życiowych. Jedynym sposobem, żeby zatrzymać ten proces – wypłukiwania wszystkiego, co wartościowe w komunikacji zbiorowej przez rozrywkę – jest stworzenie instytucji, która z obowiązku będzie się zajmowała przekazywaniem informacji i dostarczaniem mniej destrukcyjnych wzorców kulturowych.
Trochę przesuwa pan tu akcenty: wychodzi na to, że naszym podstawowym problemem jest słaba jakość stacji prywatnych.
Bo to jest fundamentalna kwestia. Radykalnie zmieniła się przyczyna, dla której potrzebne są media publiczne.
Niektórzy twierdzą, że z uwagi na słabość mediów publicznych to właśnie media komercyjne wyręczają je w dostarczaniu obiektywnej i zróżnicowanej informacji. Taka idea przyświeca oficjalnie polskim prywatnym kanałom informacyjnym.
Media komercyjne nie dostarczają informacji, tylko sensacji i rozrywki. To się nazywa infotainment. Ich celem jest zarabianie pieniędzy; jeśli będziemy próbowali dorobić do tego ideologię, to będzie to hipokryzja. Oczywiście mogą tam pracować ludzie, którzy mają jakiś etos, ale mechanizm jest taki, że są rozliczani tylko z wyników ekonomicznych. Nikogo nie przyjmie się do pracy tylko dlatego, że mądrze mówi. Musi przyciągać widzów. Na tym polega działalność sektora prywatnego i nie ma co tu moralizować. Ale jeżeli obok tego stworzymy sektor publiczny w mediach, który nie będzie dostarczał tylko rozrywki i który zajmie 20 – 30 proc. rynku, to wymusi on na wszystkich innych podmiotach medialnych zbliżanie się do tego wzorca. Chodzi o to, żeby stworzyć mechanizmy zarażania prywatnych nadawców celami publicznymi. To jest trochę tak jak z Harvardem: wszystkie uczelnie chcą mu dorównać, ale oczywiście żadnej się to nie uda. Jeżeli jednak Harvard obniża poziom, to wszyscy obniżają za nim. Wspierając Harvard, można więc proces degradacji zahamować czy nawet w pewnym stopniu odwrócić.
Tym podstawowym kryterium oceny mediów publicznych miałaby być obiektywność dostarczanych informacji?
Ważna jest też ich sensowność. To ciekawe, czy Janusz Palikot stworzy własną partię, ale jako informacja nie ma to zbyt wielkiego znaczenia dla ludzi. Z ich perspektywy prognoza pogody może być dużo ważniejsza. A w Polsce akurat prognoza pogody jest robiona po dziadowsku. Mam małe dziecko, więc oglądam i jest to dla mnie istotna informacja, czy muszę mu założyć czapkę do przedszkola, czy nie. Jeśli się rozchoruje, to będzie leżał w łóżku, a ja nie będę mógł chodzić do pracy. A u nas podaje się maksymalną temperaturę w ciągu dnia. Tam, gdzie media są bardziej rzetelne, podaje się zmiany temperatury w ciągu dnia, odczucie chłodu, prawdopodobieństwo opadów o różnych godzinach itp. Bo to jest dla widzów ważne. […] Z naszego punktu widzenia ważnych jest kilka rzeczy. Pierwsza to postępująca komercjalizacja mediów publicznych. W państwa projekcie ten problem jest zwerbalizowany bardzo wyraźnie – jasno stwierdza się, że media nie mogą być „propagandą konsumpcjonizmu”, ogranicza reklamę komercyjną, wprowadza reklamę społeczną i kulturalną. Można co najwyżej zapytać, dlaczego w projekcie nie zapisano wprost, że na przykład 80 proc. programów powinno być misyjnych. Wyznaczacie precyzyjnie, jaki powinien być procentowy udział w ofercie programowej audycji dla dzieci czy promujących polską kulturę, ale nie jest duży odsetek. Ale wszystkie programy mediów publicznych powinny być misyjne! Rozmawialiśmy wcześniej głównie o informacjach, ale przecież treści istotne dla interesu publicznego może zawierać każdy rodzaj audycji. Seriale czy filmy dokumentalne są tu dobrym przykładem – mogą nieść wartości demokratyczne, pluralistyczne, budować umiejętność krytycznego myślenia albo przeciwnie: wywoływać paranoję. Kiedyś Małgorzata Niezabitowska powiedziała, że rząd Mazowieckiego nie będzie prowadził polityki informacyjnej – ale to właśnie jest polityka informacyjna! Wszystko, co robimy w sferze publicznej, ma swoje konsekwencje. Dlatego tak istotny jest sposób oceniania programów. Opracowując go, braliśmy pod uwagę nie tylko zasięg danej audycji, ale też jej zbieżność z celami, które są określane przez Radę Mediów Publicznych. Istotnym problemem jest reprezentacja w mediach publicznych mniejszościowych głosów i postaw. Chodziłoby o udostępnienie tego kanału dla zróżnicowanych pod względem kulturowym, etnicznym, seksualnym czy wiekowym grup społecznych. Może należałoby na przykład wpisać do projektu postulaty feministyczne? Jest w tej sprawie dyrektywa europejska, dość jasna: media publiczne powinny robić to, czego nie robią prywatne. Ich przekaz ma być skierowany przede wszystkim do grupy niekomercyjnej, czyli ludzi, którzy nie żyją w wielkich miastach, nie zarabiają dobrze, nie są w wieku około 16 – 40 lat (w poszczególnych krajach te widełki mogą być odmienne). To na nią powinni wydawać pieniądze podatników. Doszliśmy jednak do wniosku, że nie należy wpisywać do projektu poszczególnych grup społecznych. Ta ustawa medialna to rodzaj konstytucji. Wierzymy, że jeżeli uda się nam te zmiany wprowadzić, to będą one trwałe. Dziś walczymy o postulaty feministyczne, ale za dziesięć lat może będzie już po zawodach, sprawa będzie załatwiona. Martwimy się o określone upośledzone grupy, dzieci z PGR-ów czy emerytów, ale w przyszłości wykluczenie może dotyczyć zupełnie innych zbiorowości. Dlatego daliśmy Radzie Mediów Publicznych dość szerokie kompetencje, jeśli chodzi o określanie celów misyjnych. Inne ważne pytanie dotyczące mediów publicznych brzmi: na ile działają one uspójniająco, zasypując społeczne podziały, a na ile petryfikują zastaną strukturę społeczną? Maciej Strzembosz, współtwórca obywatelskiego projektu ustawy, mówił, że reintegracja społeczna to jeden z podstawowych celów istnienia publicznego radia i telewizji. Nie znalazłam jednak w projekcie jasno sformułowanego tego postulatu. Na pewno kilkakrotnie pojawia się pojęcie spójności społecznej, pilnowaliśmy tego. Status odbiorców mediów jest bardzo ważny. Obecnie media jako produkt masowy zwracają się do dominujących pod względem statusu społecznego grup. A w jaki konkretnie sposób media publiczne mogłyby zapewniać tę spójność społeczną? Media niczego nie mogą zapewnić. Mogą propagować postawy. Odwoływać się do wartości. Proszę sobie wyobrazić, że zamiast tańca na lodzie z udziałem celebrytów mamy taniec na lodzie, w którym rywalizują reprezentacje społeczności lokalnych, może nawet z udziałem wywodzących się z nich znanych osób. W reprezentacji Zielonej Góry mógłby być Tomek Lis, a w reprezentacji Sopotu Kasia Tusk. W przygotowaniach brałyby udział całe społeczności. Albo proszę sobie wyobrazić, że zamiast części z tysięcy audycji o katastrofie smoleńskiej mamy poważne debaty o reformie służby zdrowia, a w stacjach lokalnych o miejscowych szpitalach. To nie jest trudne. Trzeba tylko uznać, że to jest ważne. […] Wspomniał pan o nieświadomej czy ukrytej inżynierii społecznej. W polskich mediach ten podskórny przekaz, czyli zestaw poglądów i wzorców życiowych propagowanych jako oczywiste, naturalne, z grubsza można opisać jako dość liberalny gospodarczo i wciąż dość konserwatywny obyczajowo. To nie jest wcale takie oczywiste. Nie jest często tak, że seriale dowartościowują postawy życiowe nakierowane wyłącznie na życie prywatne, rodzinę i indywidualny materialny sukces? To zależy – w Kasi i Tomku oczywiście tak. W Blondynce, Ranczu – już nie. Plebania jest konserwatywna, ale nie indywidualistyczna. Rodzina zastępcza jest z kolei taką wizją społeczeństwa pluralistycznego – każde dziecko jest inne. To duża zmiana. Ja naprawdę jestem świadomy tej inżynierii społecznej, która – jawnie lub nie – jest zawsze obecna. To mieliśmy właśnie na myśli, zapisując w projekcie ustawy, że wszystkie programy będą oceniane przez Radę Mediów Publicznych pod kątem zgodności z wyznaczonymi celami. Oczywiście powstaje pytanie, na ile Rada będzie w stanie sensownie te cele określić. A za pomocą jakich narzędzi chcą państwo oceniać tę zgodność z celami, czyli społeczną użyteczność programów? Nie jest to łatwe. To musi być badanie eksperckie. Istnieją bardzo dobre procedury wypracowane przez BBC. Oni korzystają z grup ewaluacyjnych. To znaczy zamiast szefa, który chwali lub opieprza, mamy grupę ludzi, którzy oglądają dany materiał i dyskutują o nim z autorem. To dotyczy zarówno seriali, jak i rozrywki, dokumentów czy programów informacyjnych. Aby móc oceniać w ten sposób programy, trzeba używać precyzyjnych wskaźników. Ale co dokładnie miałyby one mierzyć? Weźmy taki problem jak wychowanie przedszkolne. Otwiera się teraz możliwość wynajmowania niani przez grupę rodziców. To jest rewolucja kulturowa, bo nie ma takiej tradycji. Powstaje pytanie, jak zebrać takich rodziców na przykład w jednym bloku. Rada Mediów Publicznych mogłaby wskazać kształtowanie takiego wzorca jako jeden z doraźnych celów, co oczywiście nie oznacza, że zbiorowa niania musiałaby się pojawić we wszystkich serialach. Każdy program powinien mieć swoich „mentorów” przyznających punkty za zgodność z określonym priorytetem czy kryterium. To powinno działać jeszcze przed startem danej audycji, gdy podejmuje się decyzje programowe. Oczywiście nie jest to idealnie precyzyjny system oceniania, ale trudno taki stworzyć. Mieliśmy na początku idealistyczny pomysł, żeby ten pomiar był bardzo zobiektywizowany i dokładny, ale po rozmowach i konsultacjach doszliśmy do wniosku, że to sparaliżowałoby tę instytucję. Jak projektować media publiczne w sytuacji, gdy obserwujemy coraz silniejsze profilowanie się poszczególnych stacji? Powstaje coraz więcej kanałów tematycznych. To bardzo wyraźny proces w mediach komercyjnych. Czy nie ma ryzyka, że od takiego ogólnego programu publicznego „dla wszystkich” odbiorcy po prostu uciekną? To jest też pytanie istotne w kontekście zbliżającej się cyfryzacji. Myśląc o projekcie zmian w mediach publicznych, musieliśmy sobie wyznaczyć pewien horyzont czasowy. Ustaliliśmy, dość ambitnie, że będzie to ćwierć wieku – to znaczy, że ustawa ma spełniać swoje zadania przez dwadzieścia pięć lat. Dlatego „telewizja” czy „radio” występują tu tylko jako opis stanu początkowego. Natomiast gdy jest mowa o rozwiązaniach systemowych, pojawia się określenie „media”. Bo nie wiemy, jak będzie. Moim zdaniem telewizja zniknie szybciej, niż nam się wydaje. Widzę to po swoim trybie życia – nie jestem już w stanie dostosować się do żadnej ramówki. Coraz powszechniej korzystamy z możliwości nagrywania programów, a wkrótce już wszystko będziemy oglądać on demand. Oczywiście jeszcze przez dziesięć, piętnaście lat pewna grupa odbiorców będzie korzystała z tradycyjnych mediów, ale ich znaczenie będzie malało i w końcu wchłonie je internet. Projektujemy coś, co ma przetrwać tę przemianę. Naszym zdaniem kluczowy stanie się portal mediów publicznych. W moim odczuciu obywatelski projekt mediów publicznych dotyczy tak naprawdę właśnie tego portalu. Z projektu wynika, że byłby to rodzaj archiwum gromadzącego wszystkie programy mediów publicznych oraz materiały stacji komercyjnych, które współfinansowano z publicznych środków. Dostęp do tych treści byłby darmowy, na zasadzie dozwolonego użytku osobistego. Oznacza to, że przekaz byłby nadal jednokierunkowy – od twórców do odbiorców. Nie myśleli państwo o wprowadzeniu zapisu o wolnych licencjach, tak żeby możliwe było na przykład niekomercyjne i twórcze przetwarzanie zgromadzonych w portalu treści? Jeśli chodzi o stymulowanie amatorskiej twórczości, to w naszym projekcie, w części o Funduszu Mediów Publicznych, jest zapis o mikrograntach, które miałyby temu służyć. Natomiast druga, ważniejsza kwestia dotyczy praw autorskich. Pani wie, że to jest fundamentalny problem. Udało się nam uzyskać konsens ze środowiskami twórczymi w sprawie dozwolonego użytku, co wydaje mi się niebywałym osiągnięciem. Fakt, że po pewnym czasie zrezygnują z czerpania zysków z rozpowszechniania swoich utworów, tak? Tak. Dalej jest już problem, który wynika zarówno z międzynarodowych konwencji, jak i dużych obaw producentów komercyjnych. Mam poczucie, że jeśli w swoich propozycjach pójdziemy za daleko, to oni nas po prostu przelobbują. Część wielkich producentów była w stanie zaakceptować zapisy w tym projekcie, ale nie wszyscy. Byłbym więc skłonny na razie odpuścić tę kwestię, żeby nie mobilizować sprzeciwu. Ale sprawa jest oczywiście otwarta. I tak ten projekt jest nieco oderwany od rzeczywistości – trochę odlecieliśmy. Ale w takim kierunku, który jest nieuchronny. A co jeśli zostaniemy w miejscu i obecny model mediów publicznych jednak się utrzyma? Można mówić o jakichś wymiernych stratach w razie zaniechania jakichkolwiek reform? W czarnym scenariuszu ta fabryka zostaje w takim kształcie, w jakim jest, i pożera ją zmiana cywilizacyjna. Oczywiście można dalej straszyć ludzi tym, że na skutek nowelizacji autorstwa Platformy Obywatelskiej dwóch ministrów kontroluje prawie połowę rad nadzorczych w radiu i telewizji – i co będzie, jak przyjdzie Ziobro. Tylko że będziemy mieć problem z mediami publicznymi, nawet jak Ziobro nie przyjdzie. Skłonność Polaków do płacenia na komercyjne media państwowe maleje. To, co zrobił Tusk, atakując ideę abonamentu, było oczywiście ultraliberalne, ale ludzie naprawdę nie będą łożyć na państwową wersję TVN-u. Muszą mieć poczucie, że dostają coś istotnie innego, coś, czego potrzebują. W naszym projekcie taką „rybką” dla ludzi jest właśnie portal. Jeśli nie uda się wprowadzić zmian, to czeka nas proces postępującej komercjalizacji mediów. Jego skutkiem będzie jałowienie kultury oraz latynizacja polityki, coraz bardziej populistycznej. To nieuchronne przy słabej warstwie inteligenckiej w Polsce i niskim wykształceniu ludzi. Czeka nas także degradacja życia codziennego, które stanie się odwzorowaniem reklamy. Księża nawołujący z ambon, żeby nie poddawać się konsumeryzmowi, nie są przekonujący. Byłby to eksperyment kulturowy podobny do włoskiego, gdzie trwa on dziesięć lat. Jeszcze nie wiadomo, jakie będą jego skutki, także polityczne. Włosi mają wciąż w głowach to, co zdobyli trzydzieści lat temu. Ale co będzie za trzydzieści kolejnych? W tym sensie jest to bardzo niebezpieczny proces. Mówię to z trochę konserwatywnych pozycji – że trzeba bronić tkanki społecznej – ale rynek stał się tak silnym przeciwnikiem, o tak wielkim wpływie kulturowym, że nie ma innego wyjścia. Rozmawiała Magdalena Błędowska.  Fragment książki Ekonomia kultury. Przewodnik Krytyki Politycznej Ekonomia kultury przybliża najnowsze światowe trendy w myśleniu o roli kultury. Przewodnik zawiera wybór tekstów zachodnich, definicje pojęć, omówienia teorii „żywych klasyków” (Richarda Floridy, Chrisa Andersona), a także analizy polskich realiów i szkice projektów zmian. Wśród autorów są naukowcy, dziennikarze, teoretycy i twórcy: m.in. Beata Stasińska, Joanna Warsza, Bogna Świątkowska, Jacek Żakowski, Edwin Bendyk, Maciej Gdula, Maciej Nowak.
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...