|
Jan Smoleński, Krytyka Polityczna: Z komentarzy w Polsce można wyciągnąć wniosek, że za kryzys w Hiszpanii odpowiada Jose Zapatero. Czy to prawda?
Piotr Kuczyński: Nie do końca. Hiszpański kryzys związany jest z załamaniem się rynku budowlanego. Boom na tym rynku rozpoczął się w 1998 roku, czyli wtedy, gdy Hiszpania weszła do strefy euro. Zapatero wtedy nie rządził. Od tego momentu stało się możliwe bardzo łatwe uzyskiwanie tanich kredytów. To oczywiście rozkręciło boom na rynku nieruchomości, podobnie jak w USA, z tą różnicą, że w Hiszpanii wynik był i jest dużo gorszy. Zapatero za to nie odpowiada.
To za co odpowiada?
Za to, że nie narzucił odpowiednich regulacji na kasy pożyczkowe, tzw. cajas, które udzielały mnóstwa kredytów hipotecznych bez – jak się wydaje - pomyślunku. Sektor budowlany zwiększył bardzo procentowy udział w PKB. W szczytowym momencie w 2006 roku było to 20 proc. PKB. To ogromna część gospodarki. Ceny nieruchomości od 1998 roku do 2006 wzrosły trzykrotnie. Problem polegał na tym, że budowano – podobnie jak w Stanach – dużo, szybko i niepotrzebnie. To nie był zdrowy rynek. Hiszpański kryzys rozpoczął się w 2006 roku, gdy Zapatero rządził około dwóch lat.
Przyczyną kryzysu w Hiszpanii były tanie kredyty – czyli pośrednio wejście do strefy euro. Ale podobnie było w przypadku Grecji i Irlandii, gdzie niezwykle tanie kredyty nakręciły boom na różnych rynkach. Załamanie na rynku nieruchomości uderzyło w cajas i sektor bankowy. Rząd musiał te instytucje ratować, a to rzecz jasna kosztowało. Kiedy załamał się rynek nieruchomości, bezrobocie skoczyło z 8 do ponad 21 proc. Gdy skoczyło bezrobocie, to wzrosła kwota zasiłków wypłacanych bezrobotnym – prawie o 50 proc., z około 15 mld euro do 30.
Mówi się, że błędem Zapatero było usztywnienie rynku pracy, że to z tego powodu Hiszpania ma tak wysokie bezrobocie. To oczywiste bzdury. Błędem było to, że w 2007 roku obniżył podatki od osób fizycznych i osób prawnych. Ten dumping podatkowy rozpoczął się w Stanach, potem za przykładem poszła Europa, my również. Na marginesie dodam, że gdyby nie obniżka podatków i składki rentowej, to nie mielibyśmy problemów budżetowych, bo w publicznej kasie byłoby o 45 mld złotych więcej. Razem ze zmianą w OFE deficyt budżetowy wynosiłby mniej niż 3 proc. PKB, czyli spełnialibyśmy kryteria z Maastricht.
Deficyt hiszpański również byłby niższy niż obecne 9 proc. PKB, gdyby podatki były wyższe. Bo to właśnie deficyt budżetowy, nie zadłużenie, jest problemem Hiszpanii. Zadłużenie Hiszpanii jest poniżej 55 proc. PKB. USA mają 100 proc. Belgia prawie 100, Włochy 120. Na obecne warunki zadłużenie jest niewielkie. Deficyt jest duży.
Skoro nie ma dramatu, to dlaczego mówi się tak dużo o kryzysie w Hiszpanii?
Z powodu bezrobocia i tego, że gospodarka nie może wyjść z kryzysu.
Kryzysu w Hiszpanii by nie było, gdyby nie rynki finansowe. Każdy kraj można zniszczyć poprzez wpływ credit default swaps (CDS) na dług i robienie sprzężenia zwrotnego. Małe problemy kraju stają się wtedy bardzo poważne. Tak załatwiono Grecję, tak załatwiono Portugalię i Irlandię, więc tak też można załatwić Hiszpanię.
Na czym taki atak polega?
To banalnie proste: wystarczy mieć kilkanaście miliardów dolarów, a w przypadku wielkich graczy (szczególnie jeśli jest ich kilku) to nie jest dużo. Kupujemy CDS, czyli coś w rodzaju ubezpieczenia od bankructwa państwa. Popyt powoduje wzrost cen CDS, co z kolei jest sygnałem dla innych graczy, że ryzyko bankructwa rośnie – skoro „ubezpieczenie” dla niego jest droższe, to „musi” mieć problem. To z kolei powoduje, że gracze niechętnie kupują obligacje państwa lub nawet zaczynają je wyprzedawać. Wtedy obligacje stają się bardziej rentowne – ich oprocentowanie jest wyższe, co generuje sprzężenie zwrotne w postaci wzrostu wartości CDS. Kółko się zamyka i samo napędza, doprowadzając do tego, że płaci się 17 proc. za dziesięcioletnie obligacje, jak w przypadku Grecji. Podsumowując, sytuacja Hiszpanii jest pokłosiem boomu budowlanego, dumpingu podatkowego i braku nadzoru nad udzielaniem kredytów.
Ludzie na Puerta del Sol w Madrycie mają rację, mówiąc, że to oni płacą za kryzys wywołany przez instytucje finansowe?
Tak to wygląda z perspektywy zwykłego Kowalskiego, w tym wypadku, powiedzmy, Sancheza. W rzeczywiście jednak to wina całego systemu finansowego, który prowadzi do takich skutków. Mam wrażenie, że protestujący myślą, że zmienią coś lokalnie. Ja uważam, że trzeba by zmienić cały system. A to, jak pan wie, jest trudne.
Banki przejęły wiele nieruchomości niewypłacalnych kredytobiorców. Problem polega na tym, że na te nieruchomości nie ma popytu. Same banki też nie chcą udzielać kredytów. Jak w takim razie ruszyć hiszpańską gospodarkę?
To pytanie dla wizjonera, ja jestem na etacie analityka (śmiech).
A poważnie: banki przejęły nieruchomości w dość oczywistej sytuacji i mogą trzymać w nadziei na wzrost cen lub wyprzedawać za bezcen i w ten sposób podnosić kapitał. Nie ma cudów, ta ziemia nie zdrożeje szybko, a do cen z czasów końca boomu trzeba będzie czekać kilkadziesiąt lat. A jak ruszyć gospodarkę? Wydaje się, że jedynym rozsądnym kierunkiem jest to, co wszyscy wszystkim doradzają, czyli inwestycje w badania i rozwój, innowacje, nowe technologie (Research and Development, R+D). Niestety w Polsce tego nie robimy… Kiedy kraj ma poważne problemy, to ogranicza wszystkie wydatki, w tym na R+D i kółko się zamyka. Nie bardzo wiadomo, jak z tego wyjść i czasami jedynym wyjściem jest default, czyli bankructwo, jak w przypadku Grecji. Ale to nie jest jeszcze problem Hiszpanii, ich zadłużenie jest dużo niższe niż wielu krajów europejskich.
Grecji zaleca się dramatyczną prywatyzację.
To jedna z możliwości. Ale gdyby Polska wyprzedawała port w Gdańsku lub Szczecinie, to wyszedłbym na ulicę, tak jak Grecy wychodzą przeciwko prywatyzacji portów w Pireusie czy w Salonikach.
Czy kryzysy grecki i hiszpański są ze sobą powiązane?
Oczywiście. Kryzysy w Irlandii, Islandii, Grecji i Hiszpanii miały nieco inne przyczyny. Grecy byli liderami w oszukiwaniu samych siebie – szara strefa i oszustwa podatkowe były tam przeogromne, a podatków nie płacił prawie nikt – i Unii, przy wejściu do strefy euro. Wydawano pieniądze na trzynaste, czternaste pensje przy niewielkich dochodach budżetu. Po wejściu do strefy euro i tanich kredytach oszaleli kompletnie. To się musiało zawalić. W Irlandii i Islandii mieliśmy kryzys sektorów bankowych, które rozdawały kredyty na prawo i lewo. W Hiszpanii posypała się budowlanka. Jednak dwie rzeczy łączą te kryzysy: strefa euro, czyli tanie kredyty, oraz dumping podatkowy, który najlepiej było widać w Irlandii. Wszyscy się zachwycali, jak kraj przyciągał kapitał, ale gdy zaczęły się problemy na rynku finansowym, to stabilne dochody, czyli dochody z podatków, okazały się niewystarczające, by pokryć wydatki.
Żeby była pełna jasność: my też wykonaliśmy ten ruch, ale w nieco innej skali, co oczywiście nie znaczy, że nie mamy problemów. Musieliśmy, tak jak Hiszpania, podnieść VAT, co uderzyło w najbiedniejszych, a nie w najlepiej zarabiających, którzy najwięcej zyskali na obniżce podatków i składki rentowej. W dalszym ciągu na cięciach podatkowych zyskują najzamożniejsi. Z czasem ludzie zaczną wychodzić na ulicę. Różnica między Polską a Hiszpanią jest taka, że w Polsce nadzór finansowy działa prawidłowo, a banki nie angażują się w toksyczne operacje. Menedżerowie polskich baków są mądrzejsi. Albo po prostu mniej chciwi. No i nasz boom budowlany trwał 3-4 lata, a nie 8-9, nie zdążyliśmy się rozpędzić. Nasze zadłużenie wynika przede wszystkim z bezsensownej „reformy” emerytalnej za rządów Buzka. Może nie dało się uniknąć przejścia ze zdefiniowanego świadczenia do zdefiniowanej składki, ale OFE nie były do tego potrzebne. Tak samo jak obniżki podatków.
W zeszłym tygodniu euro, w wyniku m.in. złych wieści z Hiszpanii, straciło na wartości. Czytałem rozbieżne opinie: że to nie wpłynie na realną gospodarkę i że to początek nowego kryzysu, bo cykl koniunkturalny się skrócił i teraz czekają nas cięższe czasy.
Jeśli chodzi o ostatnie osłabienie euro, to nie wiązałbym tego z cyklami koniunkturalnymi. Problem polega na tym, że klika tygodni temu euro szybko zyskiwało na wartości, choć zagrożenia były poważne – w Grecji, Hiszpanii, Portugalii, we Włoszech. Dług Grecji trzeba będzie zrestrukturyzować, na czym banki francuskie i niemieckie stracą około 40-50 miliardów euro. Stracą dlatego, że Grecy będą spłacali faktycznie tylko część swojego zadłużenia. Trudno sobie wyobrazić, by po takim ruchu Irlandia czy Portugalia nie domagały się restrukturyzacji swojego długu. Dlaczego Grecy mają spłacać tylko część, a oni cały? Rynki zaczynają to widzieć, dlatego euro słabnie. Na razie nie ma to nic wspólnego z realną gospodarką, ale w przyszłości może mieć. Choć dla gospodarki Niemiec słabe euro to dar z niebios, bo podnosi konkurencyjność ich eksportu.
Jakiś czas temu agencje ratingowe obniżały rating Hiszpanii, ale chyba największe problemy miały budżety regionalne, nie rząd centralny. Czy daleko idąca decentralizacja po rządach generała Franco – około 45 proc. wydatków kontrolują władze regionalne – utrudnia ratowanie budżetu?
Mówi się, że zadłużenie regionów jest bardzo duże i że jest ukrywane. Dlatego powstał niepokój na rynkach po ostatnich wyborach lokalnych w Hiszpanii. Pewnie więc taki podział kompetencji jakiś wpływ ma, ale nie jestem tu ekspertem.
Czy pańskim zdaniem postulaty osób protestujących w Hiszpanii – większa kontrola nad bankami czy zmniejszenie liczby godzin w dniu pracy, tak by ludzie „dzielili” się dostępną pracą – mają szansę realizacji?
Nie wszystkie oczywiście, tych postulatów jest bardzo dużo. Jednym z nich jest ograniczenie wysokości najwyższych pensji. To raczej nierealne, choć kiedy się patrzy na najwyższe zarobki, to wydaje się, że ten nasz kapitalizm przesadza. Hiszpański ruch nie jest jednolity, nie ma wypracowanego programu, nie ma 21 punktów ze Stoczni Gdańskiej. Wydaje mi się, że protestujący pragną przede wszystkim dwóch rzeczy. Po pierwsze systemu wielopartyjnego, z większym wyborem, a nie dwupartyjnego. Notabene, w Polsce jest duży nacisk na wprowadzenie jednomandatowych okręgów wyborczych, co na pewno doprowadzi do systemu dwupartyjnego, co moim zdaniem jest złym pomysłem. Po drugie, ważniejsze, chcą zmienić cały system, ale sami nie wiedzą jak. Pomysły na zwiększenie regulacji w sektorze finansowym to pół- albo nawet ćwierćśrodki. W USA wprowadzono reformę systemu finansowego, ale wejdzie ona w życie dopiero za pięć lat, czyli w trakcie albo nawet już po kolejnym dużym kryzysie. Ten ruch może doprowadzić do – nie uniknę tego słowa – europejskiej rewolucji, ale nie widzę na razie zdefiniowanych, realnych celów tego ruchu.
*Piotr Kuczyński - analityk w firmie Xelion - Doradcy Finansowi
Czytaj relacje, komentarze i analizy sytuacji w Hiszpanii w serwisie Democracia Real Ya!
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...