Sebastian Liszka, KP: Czy miał pan okazję poznać Annę Walentynowicz?
Prof. Jerzy Eisler*: Zetknąłem się z nią tylko raz, w 2003 roku w Gdańsku na wielkiej konferencji poświęconej Wolnym Związkom Zawodowym. Po raz ostatni zasiedli wtedy przy jednym stole: Anna Walentynowicz, Andrzej Gwiazda, Bogdan Lis, Lech Wałęsa, Krzysztof Wyszkowski, Bogdan Borusewicz. W stosunku do siebie nawzajem nie byli przesadnie kurtuazyjni, ale Annie Walentynowicz nikt nie zarzucał nieprzyzwoitości.
Czy Anna Walentynowicz mogła odegrać w historii większą rolę, gdyby jakimś sposobem udało się jej pełnić kierownicze funkcje w „Solidarności”?
Wydaje mi się, że nie przejawiała ambicji przywódczych, nie miała takich cech, jak Gołda Meir czy Margaret Thatcher, jej przywództwo i rola miały zupełnie inne źródło, sporą rolę odegrały cechy, które nazwałbym kobiecymi.
Lech Wałęsa miał powiedzieć kiedyś, że nie może być dwóch słońc w „Solidarności”…
To naturalne w wielkim związku, i to jeszcze tak wielkim, jak ówczesna „Solidarność”, że wszystkie cechy ludzkie wychodziły na wierzch. Ludzie pełnili w „Solidarności” różne funkcje, nie tylko przywódcze, walka toczyła się także na przykład o bycie szarą eminencją. Było też wielu takich, którzy jak Wałęsa, każde zdanie zaczynali od „ja”. Podobnych rozgrywek na przestrzeni lat było wiele. Po 1989 roku potrzebowano punktów odniesienia z przeszłości. To, czy przed 1980 rokiem ktoś był lub nie w opozycji i jak duży był zakres jego działania, miał czasem duże znaczenie. Ślady tych sporów i ich oddziaływanie widać do dziś, choć poza Bogdanem Borusewiczem, Marszałkiem Senatu, żadna z obecnie kierujących państwem osób nie była w opozycji pierwszoplanowym aktorem. Z tymi sprawami jest niestety tak, jak z dyskusją o Powstaniu Warszawskim. Rzetelna i pozbawiona emocji dyskusja będzie możliwa dopiero za kilkadziesiąt lat, kiedy te sprawy nie będą przedmiotem bieżącej walki politycznej.
Zbyt wiele osób pisze swoje życiorysy wstecz?
Powszechne jest przecież przekonanie, że wszyscy opozycjoniści wychowali się na paryskiej „Kulturze” albo że wszyscy czytali „Robotnika”, wydawanego przez Borusewicza. Anna Walentynowicz jako jedna z nielicznych nigdy tak nie mówiła. Wręcz przeciwnie, sama kiedyś bardzo pięknie opowiadała o tym, jak jako młoda dziewczyna została przodownicą pracy, nie mówiła, że czytała Folwark Zwierzęcy czy Archipelag Gułag, chociaż była działaczką Wolnych Związków Zawodowych i jej świadomość była nieporównanie bardziej rozwinięta niż wielu osób z jej pokolenia, albo uczestników strajku.
Na czym więc polegał jej fenomen?
W oczy rzucało się zawsze jej bardzo chrześcijańskie widzenie bliźniego i charakterystyczny dla prostych ludzi naturalny instynkt przyzwoitości. Są ludzie dobrzy po prostu.
To samo napisał o niej Jacek Kuroń. Porozmawiajmy jeszcze o roli kobiet w „Solidarności”. Artur Żmijewski w ostatnim, ilustrowanym numerze „Krytyki Politycznej” zamieścił zdjęcia Sanji Iveković, przedstawiające twarze zaangażowanych działaczek „Solidarności” – między innymi Anny Bikont, Krystyny Starczewskiej, Ewy Kulik-Bielińskiej, Krystyny Bratkowskiej. Ich portrety są ledwie widoczne, zdjęcia są mlecznoszare. Ma to symbolizować zatartą pamięć o kobietach, dzięki którym „Solidarność” przetrwała, a które po przełomie nie zaczęły pełnić eksponowanych funkcji w polityce czy rządzie…
Wielkich kobiet w „Solidarności” o zasługach trudnych do przecenienia było więcej, poza wymienionymi choćby Alina Pieńkowska, Henryka Krzywonos, Joanna Szczęsna. Szminka na sztandarze, taki tytuł nosi książka o kobietach w „Solidarności” – to dobra metafora. Z braku farby któraś z bohaterek wyjęła czerwoną szminkę i namalowała nią na fladze napis „Solidarność”. Miejsce Anny Walentynowicz z pewnością jest wśród nich.
*Jerzy Eisler – polski historyk, zajmujący się głównie historią najnowszą Polski. Profesor Instytutu Historii PAN. Dyrektor oddziału Instytutu Pamięci Narodowej w Warszawie. Opublikował m.in. książki Zarys dziejów politycznych Polski 1944 – 1989, Grudzień 1970. Geneza - przebieg – konsekwencje, Czerwiec 1976. Geneza - przebieg – konsekwencje, Polski rok 1968.
Na podobny temat
|
..się tak w szpitalach traktuje. Choć...
Ależ, co się będą lekarze pacjentami ...