|
Cezary Michalski: Kapitalizm przeżywa kryzys, porównywany przez niektórych do Wielkiego Kryzysu z roku 1929, a przez innych uważany za jeszcze poważniejszy. Jest to w dodatku kryzys jak z Marksa, niespowodowany przez jakiś terrorystów czy niszczycieli maszyn, ale przez sprzeczności samego kapitalizmu, który podstawił sobie nogę. Tymczasem lewica nigdy nie była tak słaba jak dzisiaj, politycznie, programowo. Także w Polsce, która w czasach kryzysu już obrywa społecznie, a może oberwać mocniej, jak to zwykle w takich sytuacjach obrywają peryferia kapitalizmu. A jednak lewica tutaj dogorywa. Niegdyś silne związki zawodowe, zamiast strajkować w obronie stoczni, wyprowadzają stamtąd ludzi, lewica polityczna weszła w swoją epokę Konwentu św. Katarzyny, brak też jakichś wizji programowych.
Sławomir Sierakowski: Przypominając, że Polska to peryferia kapitalizmu, w połowie odpowiedziałeś już na swoje pytanie. Łatwo tutaj zmarginalizować lewicę właśnie dlatego, że kapitalizm jest tu stosunkowo świeży, pojawił się po upadku bloku komunistycznego, przez co obowiązywał nas bezwarunkowy entuzjazm. Nie pojawił się żaden język krytyczny, mechanizmy obronne, silne instytucje równoważące wolny rynek. Transformacja polegała na nadgorliwości w stosunku do kapitalizmu. Tu nie było czasu na dyskusje, jeśli mieliśmy doganiać Zachód. Tu, w imię wychodzenia z komunizmu, zgadzano się nawet na półniewolnictwo, byle pod sztandarem kapitalizmu. Tu zachodnioeuropejskie standardy w dziedzinie prawa pracy czy redystrybucji nazywano eurosklerozą, a nasze postkomunistyczne zdziczenie przedstawiano jako dumny dowód na naszą żywotność, świeżość i młodość. I dziś zamiast z Polski Europę, robimy z Europy Polskę, zaniżając płace i standardy pracy, godząc się harować za grosze i poza związkami zawodowymi.
Peryferyjność to kiepska wymówka dla słabości lewicy. Peryferia zawsze płacą za kryzysy więcej niż centra i dlatego antykapitalistyczne rewolucje nie wybuchały w Nowym Jorku, Londynie czy Paryżu, ale w Petersburgu, Pekinie i Hawanie.
Do Polski dotarł późny kapitalizm. Cyniczny w sensie Sloterdijkowskim, to znaczy ubrany we własne obietnice modernizacji, emancypacji, równości, rozwoju… Dla takiego kapitalizmu kryzys jest usprawiedliwieniem do kolejnych cięć zatrudnienia, do kolejnych obniżek płac. Ten kapitalizm potrafi się posługiwać paternalistycznym językiem współodpowiedzialności. Łatwiej zdławić związki czy zdemontować kolejne zabezpieczenia socjalne w imię „wspólnych wyrzeczeń” związanych z kryzysem. Łatwiej jest wyprowadzić ludzi ze stoczni, kiedy jest kryzys i oni nie mają żadnej nadziei.
Jednak to właśnie w czasie kryzysu niewidzialna ręka rynku, która do tej pory karmiła, pierze po pysku - odbiera miejsca pracy, obniża dochody. Po drugie, ludzie widzą, jak pierwszą rzeczą, którą wielcy bankierzy czy najwięksi gracze giełdowi robią z pomocą państwową, jest wypłacanie z niej sobie gigantycznych premii. Żeby samemu kryzys przeżyć i to luksusowo. O. Zięba czy Jan Paweł II jako specjaliści od kapitalizmu okazali się mniej wiarygodni niż Madoff, prezesi AIG czy ludzie z Golman Sachs i od Sorosa, spekulacyjnie dobijający osłabione waluty czy firmy. Oni wszyscy, właśnie w czasach kryzysu, uczą nas, że istotą kapitalizmu nie jest jakieś tam wzajemne zaufanie, przestrzeganie umów, szacunek dla ludzkiej wolności i tym podobne pierdoły, ale maksymalizacja zysku. Za wszelką cenę, w każdych okolicznościach, choćby najbardziej krótkoterminowa. Kryzys pokazuje, że kapitalizm lepiej został opisany przez Brechta niż w papieskich encyklikach. Zatem, kiedy lewica może się w Polsce przebudzić, jeśli nie teraz?
W Polsce kapitalizm jest trudny do zakwestionowania jako dominująca ideologia - nawet nie praktyka, którą można krytykować, naprawiać, ale właśnie niewywrotna ideologia – bo tutaj neoliberalna rewolucja miała najbardziej czysty, podręcznikowy charakter. Tutaj dzieją się rzeczy dokładnie jak z analiz Laclaua, Mouffe czy Thomasa Franka. Z ich analiz prawicowego populizmu jako fałszywej odpowiedzi na realne problemy i społeczne koszta rewolucji neoliberalnej. Tutaj jako dopełnienie, jako pozorna odpowiedź na rewolucję neoliberalną, na wolny rynek traktowany jako ideologia, zastępujący wszystkie inne mechanizmy, powiązania czy instytucje społeczne, pojawiła się populistyczna rewolta Prawa i Sprawiedliwości. To nie był żaden faszyzm, jak to sobie opowiadali tutejsi liberałowie, mainstreamowcy. To były puste projekty i puste obietnice - sprawiedliwości społecznej, odbudowy silnej wspólnoty – które ukrywały kontynuację zasadniczego modelu neoliberalnej rewolucji. Kaczyńscy przedstawiali się jako solidaryści, a zlikwidowali najwyższy próg podatkowy, obniżyli składkę rentową i podatek spadkowy. Wszystkie napięcia społeczne zostały tutaj przełożone na język prawicowego populizmu, gdzie zamiast o łamaniu prawa pracy, łamaniu praw związkowych czy narastaniu nierówności, mówi się o zagrożeniu, jakim dla wspólnoty narodowej i dla tradycyjnej rodziny są agenci, feministki czy geje. Proponuje się mapę fałszywych antagonizmów, które wychwytują realne napięcia społeczne czy ekonomiczne i nie pozwalają się im artykułować w żaden inny sposób. Do tego podłącza się SLD, oficjalna lewica, która sama budowała neoliberalizm w Polsce, jak więc ma dziś go wiarygodnie krytykować? W takiej martwej strukturze politycznej, kiedy rośnie bezrobocie, likwidowane są całe gałęzie przemysłu i narastają nierówności, jaki spór staje się najbardziej intensywny? Spór o lustrację, spór o przeszłość Wałęsy, spór o Cenckiewicza, Zyzaka… Wszyscy w to grają: PiS, PO, SLD… Ogromna energia bijąca z tych konfliktów o przeszłość to przecież nic innego jak efekt niemożliwości wyartykułowania antagonizmu społecznego na osi ekonomicznej. Ludzie piętnując agentów, Wałęsę itp. rozładowują swoje życiowe frustracje, którym nie sposób zadośćuczynić, bo nie ma takiego kanału w sferze publicznej – czyli wiarygodnej, prawdziwej socjaldemokracji. Media doskonale wzmacniają tę prawicową hegemonię. Z ich pozornym pluralizmem i pozornie ostrymi kłótniami pomiędzy poszczególnymi tytułami: o Wałęsę, o lustrację, o przeszłość, a w rzeczywistości o udziały w rynku medialnym. To dotyczy zarówno największych gazet i telewizji, jak też mediów „walczących o kształt polskiego katolicyzmu”. Jak sobie popatrzysz na „Ucho igielne” - ekonomiczny dodatek do „Tygodnika Powszechnego” i „Kupca warszawskiego” dodawanego do „Naszego Dziennika”, to wbrew pozorom nie różnią się od siebie ani trochę w swoim bezwarunkowym poparciu dla neoliberalizmu. A przecież oba te środowiska toczą ze sobą tak dramatyczne i widowiskowe symboliczne boje. Tak jak istniał neoliberalizm w wydaniu tzw. liberałów gdańskich, tak samo istniał neoliberalizm ZCHN-owski. Nie przypadkiem jako pierwszy premier solidarystycznego ponoć PiS-u pojawił się pochodzący z tego właśnie nurtu Marcinkiewicz. Innym domknięciem hegemonii był pomysł na politykę, jako walkę z autorytaryzmem Kaczyńskich. Pamiętam konferencję Olechowskiego, Wałęsy i Kwaśniewskiego, gdzie wielu wybitnych inteligentów mówiło o prawach człowieka, standardach europejskich, żeby wyegzorcyzmować prawicowy populizm. Dla ludzi w Sochaczewie czy Ożarowie to jest żadna odpowiedź, oni sobie praw człowieka do garnka nie włożą. W 2004 roku, czyli w roku poprzedzającym narodziny IV RP, 59 procent Polaków żyło poniżej minimum socjalnego. Kaczyńscy poprzez retorykę układu dali tym ludziom jakieś wyjaśnienie ich problemów. Tylko że w rzeczywistości bracia są jedynie pożytecznymi idiotami polskiego neoliberalizmu. Cała ta ofensywa elit III RP, które robiły z Kaczyńskich faszystów, pchała ludzi z powrotem pod skrzydła neoliberałów.
Brawurowa analiza. Tyle że Marks czy jego kontynuatorzy przedstawiali podobne diagnozy jako wstęp do scenariusza rewolucji lub choćby odważnej lewicowej reformy. Ty dajesz kolejne alibi dla bezradności polskiej lewicy. Skoro neoliberalna hegemonia jest tutaj nie do ruszenia, to czemu nie zostałeś eurodeputowanym - w Europie lewica jest nieco silniejsza niż tutaj, siły bardziej wyrównane. Jak na pytanie Czernyszewskiego „co robić?” odpowie lewicowiec w Polsce?
Oba lewicowe ugrupowania proponowały ludziom ze środowiska „Krytyki Politycznej” jedynki na swoich listach, wejście do telewizji publicznej, rozmaite rzeczy. Myślisz, że gdybyśmy przyjęli te propozycje i po prostu się dokooptowali, to powstałaby z tego lewica?
W takim razie pozostał buddyzm albo powrót na uczelnię, skoro neoliberalna hegemonia tak skutecznie zarządza społecznymi napięciami za pomocą swojego PO-wiackiego i PiS-owskiego skrzydła. A może wobec braku lewicowej alternatywy pójdziesz do PiS-u jak Ryszard Bugaj? I jak cię o to podejrzewał św. pamięci profesor Bronisław Geremek w wywiadzie dla „Przeglądu”? Skoro to jest jedyna funkcjonalna opozycja dla neoliberałów z PO?
Nie pójdę do PiSu, bo to jest de facto jedna z masek neoliberalizmu. Przez ostatnie lata partia Kaczyńskiego funkcjonuje już właściwie otwarcie jako naganiacz dla PO. Nie wiem, dlaczego tak podniecacie się w „Dzienniku”, że lewica nie odżywa w pół roku od rozpoczęcia kryzysu. To musi potrwać, a sygnałów nadchodzących zmian na świecie nie brakuje. Zbankrutowała ekonomia neoliberalna i dziś podstawowy spór toczony przez teoretyków i praktyków to: czy nacjonalizować czy pobudzać gospodarkę inwestycjami publicznymi. Specyfika bloku postsowieckiego, gdzie po prostu cała klasa polityczna i medialna uwikłana była w budowę neoliberalnego kapitalizmu, sprawia, że do Polski fala zmian dotrze później i pewnie po rozmaitych perturbacjach. A budować alternatywę trzeba od fundamentów. Ot i cała tajemnica słabości polskiej lewicy w obliczu kryzysu i wszystkich lewic, które uwierzyły, że w coraz bogatszym świecie nie stać nas już na państwo opiekuńcze. A jeśli pytasz mnie o radykalną zmianę społeczną, to w światowych debatach na lewicy jest na stole kilka propozycji. Tylko jedna wydaje mi się słuszna, ale przyglądać się warto wszystkim. Jedni ograniczają się do obrony resztek państwa opiekuńczego, to jest „trzecia droga” i socjaldemokracja. Inni mówią o „lukach w systemie”, które trzeba odnaleźć i zagospodarować. Są też ruchy jednej sprawy: ekologicznej, obyczajowej, lokalnej… Jest ucieczka w prywatność, w dobre praktyki dnia codziennego, fair trade, wegetarianizm itp. Jeszcze inni czekają na wybuch „boskiej przemocy” - to jest na przykład Agamben, który choć jest bardzo ciekawym filozofem, to produkując tak ogólne metafory jak ta, że współczesna demokracja liberalna jest obozem koncentracyjnym, faktycznie działa na rzecz akceptacji głównych ram globalnego kapitalizmu. Jest też strategia Hardta i Negriego, mówiących, że kapitalizm informacyjny dąży do pełnego zrealizowania swoich konsekwencji i zamieni się w komunizm. A digitariat czyli faktyczna klasa dominująca społeczeństwa informatycznego, jest potencjalnie lewicowa. Tyle że bardzo pouczające jest spojrzenie, jak ten płynny digitariat, który symbolizuje „królestwo wolności”, okazał się wygodny i komplementarny dla globalnego kapitalizmu. „Królestwo wolności” outsourcinguje pracę do „królestwa konieczności”, które znajduje się w fabrykach globalnych firm w Chinach, gdzie autorytarne państwo knutem pilnuje swoich pracujących niewolników. A jedyne co łączy te dwa królestwa to czysty kapitał. Obok tego wśród teoretyków myśli lewicowej jest strategia nam najbliższa, polegająca na rozmaitych formach walki o hegemonię ideologiczno-polityczną poprzez reartykulację interesów wykluczonych w dyskursie publicznym. Skuteczne wejście w tę sferę pozwala reinwestować zdobyty kapitał symboliczny w rozwój instytucjonalny i tworzenie warunków możliwości dla lewicowej polityki.
To są uniwersalne teorie, a ja pytam o plan politycznego działania dla lewicy w Polsce.
KP stara się od kilku lat taki plan realizować. I jakoś trudno mi zarazić się od Ciebie pesymizmem, bo z niczego zbudowaliśmy najliczniejsze i najsilniejsze instytucjonalnie środowisko polityczne w Polsce. Jakoś nie widać za to następców Tuska i Kaczyńskiego.
Fajnie wypadacie w mediach, wydajecie mnóstwo książek, ale politycznie was nie ma.
Spokojnie, jako środowisko istniejemy raptem od 4-5 lat. Nie wiem, co Polacy mają z politycznego istnienia kilkudziesięciu lewicowych posłów, od nas przynajmniej dostają już w dwudziestu miastach cały szereg imprez kulturalnych, festiwali, debat politycznych. Przyciągamy setki ludzi i angażujemy ich do działalności publicznej, wydajemy kilkadziesiąt książek rocznie, największy periodyk intelektualny w Polsce, zaraz ogłosimy pierwszy program stypendialny do Szwecji dla młodych ekonomistów, socjologów i publicystów, budujemy instytut badawczy. I robimy to bez kilkunastomilionowej dotacji od państwa. Co to znaczy dla ciebie istnieć politycznie? SLD naprawdę istnieje politycznie? Lewica Rosatiego?
Porównujesz się do lewicowego Konwentu św. Katarzyny, do półtrupów, zombies. Mogę w takim razie powiedzieć, że środowisko „Krytyki Politycznej” jest od nich inteligentniejsze, lepiej wykształcone, może nawet bardziej ideowe, ale politycznie słabsze - nawet od nich. A ja nie pytam o twoją zdolność przetrwania, ale o scenariusz przejęcia przez lewicę, jakąkolwiek lewicę, władzy w Polsce. Czy to jest możliwe, skoro prawicową hegemonię wzmacnia tutaj nawet kryzys kapitalizmu, co sam przed chwilą wykazałeś?
Nie wzmacnia, tylko na krótką metę nie zagraża jej, bo nie ma dla niej konkurencji, ale rośnie zaczyn. Akurat analogia do konwentu św. Katarzyny jest dość optymistyczna, bo okres destrukcji na prawicy okazał się twórczy. Tych analogii jest więcej, a wśród nich także to, o co mnie pytasz, czyli realistyczny scenariusz budowy silnej lewicy. Polska prawica po zwycięstwie SLD i Kwaśniewskiego, próbowała odbudowywać się na dwa sposoby. Najpierw przez reprodukcję z pozostałych na scenie politycznej niedobitków. Tak powstała AWS i to się zakończyło fiaskiem. Druga próba okazała się udana, bo polegała na reaktywacji prawicy, ale na zewnątrz istniejącej sceny politycznej, według nowej logiki, nowych struktur, do których dobiera się także starych polityków, którzy jednak funkcjonują już inaczej. I to udało się podwójnie – tak powstała PO i PiS. Ostatnio obserwowaliśmy próbę stworzenia lewicowej wersji AWS-u, zakończoną kłótnią Napieralskiego z Cimoszewiczem. A teraz wyobraź sobie na przykład, że w najbliższych wyborach prezydenckich SLD, które nie będzie miało żadnego porządnego kandydata, traci pierwszeństwo na lewicy na rzecz innego polityka i jego sztabu. A dziś łatwiej znajdziesz dobrego kandydata na wybory prezydenckie poza Sojuszem. Nie chodzi oczywiście o zwycięstwo, ale o przyzwoity drugi albo trzeci wynik. Dodajmy do tego, że taki kandydat może liczyć na poparcie Aleksandra Kwaśniewskiego i Włodzimierza Cimoszewicza, którzy dziś wyrażają publicznie poparcie raczej dla nas niż dla SLD. Timing jest wymarzony, bo niedługo później są wybory parlamentarne i ten atrybut bycia lewicą w Polsce może przeskoczyć z dogorywającego SLD na nową formację. To oczywiście gdybanie, ale jak się pytasz, czy istnieje jakiś realny scenariusz, to proszę bardzo.
Dobijecie trupa SLD i co dalej. Pozostały jeszcze PiS i PO.
Polska polityka, jak każda inna, rządzi się antagonizmami. Przez 15 lat był to antagonizm solidarność-komuniści. Jedna strona była naturalnym beneficjentem porażek drugiej. W 2005 roku narodził się nowy antagonizm, pomiędzy PO i PiS-em. Tak jak SLD było tworem epoki pierwszej transformacji, tak PiS jest tworem późnej transformacji, obydwa są zakładnikami swoich epok. Postępująca wraz z integracją z Zachodem modernizacja Polski to miedzy innymi modernizacja antagonizmu politycznego. W długim okresie PiS, tak jak SLD, jest skazany na oddanie elektoratu socjalnego, bo po prostu nie dba o jego interesy. A komu, to zależy, jak ukształtuje się sfera metapolityki, jakie będą symboliczne sposoby reprezentowania wykluczonych.
Prawicowiec 10 lat temu nie dysponował dyskursem o antagonizmie. Natomiast miał społeczeństwo większościowo konserwatywne, które tylko czekało, aż prawica nauczy się choć trochę polityki. I zamiast kilkunastu partyjek wystawi choćby dwie duże formacje, które zgarną wszystko. Ty, nawet po zastąpieniu SLD, musisz odpowiedzieć na pytanie, jak lewica chce zdobyć władzę nad konserwatywnym społeczeństwem wychodząc z poziomu 7 proc. Nawet w czasie kryzysu kapitalizmu.
Jak wygrywało SLD, to społeczeństwo było podobno zdominowane przez model homo sovieticusa. Teraz jak wygrywa prawica, to społeczeństwo ma być genetycznie konserwatywne. A społeczeństwo amerykańskie albo francuskie jakie jest? Lewicowe czy konserwatywne? Posługujesz się wtórnymi racjonalizacjami. Ludzie mają takie poglądy, jakie mogą znaleźć w sferze publicznej. Gdy dominuje prawica, wszystkim nagle wydaje się, że ludzie są z natury rzeczy prawicowi. Akurat Polska ma maksymalnie nomadyczny elektorat. A jak sobie zajrzysz do deklaracji Polaków zbieranych przez CBOS, to wyjdzie ci, że dominują postawy liberalne światopoglądowo i egalitarne ekonomicznie. Dlaczego ten potencjał nie przekłada się na silną lewicę na scenie politycznej? Bo nie ma na niej wiarygodnej i utrwalonej reprezentacji tych poglądów. Myślisz, że ktoś o liberalnych światopoglądowo poglądach zagłosuje dziś na SLD, po tym, jak SLD sto razy wystawiło go do wiatru? To już woli prawicę, bo aborcję sobie kupi, a prawica mu chociaż podatki obniży.
W Polsce bieda jest bardzo konserwatywna.
Bo w sferze publicznej pozostawiono ludziom tylko jedną drogą wyrażania gniewu społecznego – przez walkę z układem i modlitwę o deszcz. Zbuduj inną, to bieda przestanie być konserwatywna. Polacy nigdy nie weryfikowali polityków z leksykonem lewicowości czy prawicowości w ręku. To jest kwestia modernizacji porządku symbolicznego. Jeśli prawica wygrała walkę o język w sprawach aborcji i zamiast „płód” mówimy „nienarodzone dziecko”, to nie dlatego, że znalazła naturalny genom Polaka, tylko dlatego, że stworzyła i przeforsowała jego językowe opakowanie. A to jest przygodne, a nie zdeterminowane. Prawica ma sojusznika w Kościele, ale lewica w Europie, a nawet w serialach amerykańskich.
Jakby to wyglądało? Przerobienie „nienarodzonego dziecka” ponownie w co? I jak to utoruje lewicy drogę do władzy?
Dzisiaj mamy do czynienia ze spadającym poparciem dla rządu PO, które nie przekłada się na spadek notowań samej PO, ani wzrost PiS-u. Mamy do czynienia ze stopniową podskórną delegitymizacją prawicy, ale istniejący układ jeszcze długo będzie wydawał się silnie zakorzeniony, bo dzięki finansowaniu z budżetu państwa, może się łatwo odtwarzać na scenie politycznej i medialnej. W tej chwili mamy do czynienia z 70-proc. poparciem dla wychowania seksualnego w szkołach. W apogeum polskiej prawicowości więcej jest zwolenników eutanazji niż katolickiej doktryny „naturalnego” życia i śmierci. A 40 proc. ludzi jest za związkami partnerskimi i wstydzi się, że w Polsce jest to temat tabu, czy nawet coś w rodzaju „skandalu”. Postulaty obyczajowe, to nie są kwestie, z którymi można iść osobno, ale powiązane w jeden pakiet z postulatami redystrybucji, obrony gwarancji socjalnych czy obrony praw pracowniczych - pozwala nie tylko zastąpić SLD, ale walczyć z prawicą o władzę. Bo daje ludziom realny wybór. Odbudowuje w Polsce antagonizm pomiędzy lewicą i prawicą, a nie pomiędzy Wałęsą i historykami z IPN-u, czy pomiędzy Niesiołowskim i Kurskim. Znasz przecież powody, dla których SLD chciał być głównie demokratyczny, nie lewicowy. Ci ludzie po PRL-u chcieli się zalegitymizować jako demokraci, swojscy dla tego narodu, a nie „narzuceni” i „obcy”. Potrzebowali tej legitymizacji od Kościoła. Nowa lewica nie potrzebuje udowadniać że nie została tutaj osadzona przez Rosjan czy jakiś „obcych”, nie potrzebuje legitymizacji od Kościoła. Jej legitymizacją będzie jej lewicowy program. A ludzie, kiedy w ogóle dostaną jakiś wybór, zdecydują, co jest dla nich korzystne, a co nie. Przyjrzyjmy się także fenomenowi PiS-u, który od początku był partią „nie wszystkich Polaków”. PiS budował swoje poparcie nie poprzez łagodzenie dyskursu, mitygowanie się, aby zdobyć sympatię coraz większej liczby ludzi, lecz poprzez bardzo jasne opowiedzenie się za interesami jednej grupy, nawet jeśli za pomocą języka prawicowego populizmu. Ta wyrazistość dała im wiarygodność, ludzie uwierzyli, że oni posiadają jakiś pomysł polityczny. Ci niezorientowani organizowali się wokół tych, tak silnie zorientowanych. Dlatego PiS, grając na część, mogło uwieść całość.
Scenariusz jest, ale postępów praktyki nie widać. Jeszcze jakieś dwa lata temu prawicowcy rzeczywiście lubili sobie poprzeżywać bojaźń i drżenie widząc wydawanego przez was Żiżka i jego pochwałę Lenina. Rozmawiałem wtedy z pewnym dziennikarzem centro-prawicowym, który powiedział: „ja już wolę Olejniczaka, bo jest plastyczny, cywilizowany, a ludzie od Sierakowskiego są bardziej radykalni, mogą dojść do władzy i zbudować tutaj jakiś komunizm”. Minęło parę lat, wydajecie więcej książek, ale nadal pozostajecie w niszy, poniżej progu uczestnictwa w polityce. I nawet prawica przestała już odczuwać na wasz widok jakiekolwiek drżenie. Dzisiaj w mediach dominuje moje pokolenie dziennikarzy i trochę młodsze. Zwykle centroprawicowe lub co najwyżej centrowe. I to oni zaczęli was wszędzie zapraszać, całkiem jawnie mówiąc: nie chcę promować komucha, bo on jest realny i może mi zaszkodzić. Nie chcę promować „salonu” bo ci ludzie mną pogardzają i także są dla mnie realną konkurencją i zagrożeniem. Więc szukając przeciwnika dla prawicowego polityka czy intelektualisty, zamiast kogoś z SLD czy z „Wyborczej” albo „Polityki”, zapraszają ludzi z „Krytyki Politycznej”. Będąc kwartalnikiem zaczęliście być w mediach elektronicznych pismem lepiej reprezentowanym niż niejeden tygodnik a nawet dziennik. Bo dziennikarska prawica już się was nie boi.
Bez żartów. W mediach jesteśmy obecni od pierwszego numeru „KP”. Sam napisałeś jedną z pierwszych recenzji i nie była o tym, że się nas boisz. Jest wiele środowisk, których twoi prawicowi koledzy z pewnością nie powinni się obawiać, a jakoś nie widać ich w mediach. Po pierwsze, myśmy od początku chcieli pisać w wielu gazetach, żeby stworzyć odrębny – podpisany szyldem pisma – głos. Po drugie, prawicowe media od początku chciały nas drukować, bo byliśmy pierwszym pokoleniem lewicy, które nie odwołuje się do PRL i bardzo dobrze. Po trzecie, kulturowy kapitalizm ma to do siebie, że jest otwarty, bo każdego chce wciągnąć do swojej oferty rynkowej – umie domykać się swoimi własnymi przeciwnikami. To może być zagrożeniem, ale może też być szansą, tym bardziej, że nie ma innego wyjścia – pozostając na zewnątrz faktycznie legitymizujesz mainstream, który i tak przyjdzie i cie kiedyś opisze, bo musi co dzień zapełniać kolejne kolumny. Myśmy od początku byli dość dobrze przygotowani na to, żeby umieć wykorzystywać tę otwartość systemu. Nam jest dzisiaj łatwiej przyciągać ludzi, zdobywać pieniądze, możemy coraz szybciej się rozwijać. A czy to wszystko przyniesie ostateczny sukces jest niezależne od tego, co myślą prawicowi dziennikarze.
Oni się was bali, bo sądzili, że będziecie dużymi graczami politycznymi, będziecie dystrybuować liczące się frukta: od sejmu po media. Tymczasem mimo upływu lat tak się nie stało, może nie stanie się nigdy.
Za wszystkim twoimi pytaniami kryje się całkowicie cyniczne rozumowanie - kto ma siłę, ten ma rację. Kto nie dorwał się do konfitur, zasługuje na wyszydzenie. W ten sposób sam tworzysz ład, który drugą ręką krytykujesz. W istocie chodzi tu o dwa problemy. Władzę globalnego kapitalizmu, która jest rozproszona, lecz dyktuje warunki wszystkim państwom na świecie. Oraz postpolitykę, władzę politycznego spektaklu i marketingu, która jest wobec tej pierwszej funkcjonalna. Pytasz mnie o to, jak Krytyka Polityczna zamierza obalić globalny kapitalizm, czy w jaki sposób zamierzamy się dorwać do koryta? A gdyby nam się to udało, będziesz pytał, czy nie zdradziliśmy ideałów? Nawet jeśli mamy plan, jak to zrobić, to nie wiem, czemu właśnie w „Dzienniku” miałbym go zdradzać. Przyzwoite media powinny zajmować się uczciwym przedstawianiem rozmaitych racji w kwestiach ideowych oraz konkretnych, a nie ekscytować się niezdrowo walką o podział tortu. Gdybym po prostu chciał się najeść tego tortu, tobym to zrobił. A tak odpowiadam ci na pytania, czemu nie robimy rzeczy niemożliwych do zrobienia. Czemu nie zdobyliśmy jeszcze władzy w Polsce, nie zawłaszczyliśmy wszystkich mediów? Między innymi dlatego, że nam naprawdę chodzi o zmianę, a nie o dorwanie się do stanowisk. Polityka to każde wpływanie na kształt rzeczywistości. Na społeczną świadomość, na współrzędne politycznego sporu, na zachowania ludzi, na to, jak będzie się zmieniał świat. Jeśli może w tym pomóc tradycyjnie uprawiana polityka, to też zamierzamy na nią wpływać: wchodząc do gry albo oddziałując na jej aktorów. Zapewne nie obalimy za twojego życia władzy globalnego kapitału, nie zmienimy medialnej demokracji w ideał z pism teoretyków. Ale zrobimy wszystko, co się da zrobić w istniejących warunkach, żeby świat był trochę lepszy. I użyjemy do tego rozmaitych dostępnych środków.
Czuję się silniejszy nie wtedy, kiedy jestem częścią istniejącej układanki, np. gdybym zdecydował się wejść do SLD. Jestem silniejszy, bo powstają coraz lepsze fundamenty dla lewicowej polityki, bo jest nas coraz więcej, bo na przykład istnieją dziś tacy ekonomiści jak Marcin Piątkowski czy Piotr Kuczyński, których głos trzy lata temu był niesłyszalny. Będę jeszcze silniejszy, kiedy znajdzie się rząd, który z ich wiedzy skorzysta, nawet jeśli to nie będzie mój rząd.
Wywiad ukazał się w „Europie” z 11 kwietnia 2009.
Na podobny temat
|
Chyba mnie nie zrozumiałeś, właśnie c...
Brakuje pieniędzy na edukację, brakuj...