|
Magdalena Błędowska: Od uchwalenia nowego kodeksu wyborczego usłyszeliśmy sporo opinii, że jednomandatowe okręgi to ważny eksperyment ustrojowy, który poprawi jakość naszej demokracji: do polityki wreszcie wejdą kandydaci niezależni, nagradzani za swoje kompetencje, a nie posłuszeństwo partyjnym liderom. I oto mamy wyniki wyborów do Senatu, które odbyły się według nowych zasad: 63 mandaty dla PO, 31 dla PiS. Zaledwie trzech senatorów niezależnych i tylko jeden przedstawiciel nowej inicjatywy politycznej – Obywateli do Senatu.
Rafał Chwedoruk*: Nawet nie trzech, bo trudno Marka Borowskiego czy Włodzimierza Cimoszewicza popieranych przez partie uznać za prawdziwie niezależnych.
Dlaczego JOW-y zawiodły pokładane w nich nadzieje?
Jeśli to miał być eksperyment ustrojowy, to jego liczni u nas entuzjaści powinni zamilknąć przynajmniej na pół wieku. Teza, że JOW-y powodują bipolaryzację systemu partyjnego, pochodzi jeszcze z lat 50. I wyniki naszych wyborów są jej kolejnym empirycznym potwierdzeniem.
JOW-y mają wielki manipulacyjny potencjał. Rządzący, korzystając ze swojej chwilowej przewagi, mogą tak pokroić okręgi, żeby na zawsze mieć większość. Gdyby zastosować je także w wyborach do Sejmu, wyborca PO z okolic Łomży nigdy by się nie doczekał swojego przedstawiciela w parlamencie – analogicznie wyborca PiS z warszawskiego Ursynowa. Próbowano wprawdzie kroić odpowiednio okręgi także w wyborach proporcjonalnych (była np. kwestia połączenia Słupska i Gdyni w jeden okręg i podziału Trójmiasta), ale one jednak gwarantują mniejszościom reprezentację, przy zachowaniu 5-procentowego progu.
Kolejnym zagrożeniem związanym z JOW-ami jest deformacja obrazu poparcia dla poszczególnych partii. Wyobraźmy sobie, że w wyborach do Sejmu przeprowadzonych w tym systemie jakieś ugrupowanie dostaje mniej niż 40 procent poparcia – i aż dwie trzecie mandatów. W kraju tak roznamiętnionym politycznie jak Polska mogłoby to wywołać poważny wstrząs.
Zwolennicy JOW-ów nadal ich bronią, twierdząc na przykład, że na kampanię do Senatu miała wpływ ta sejmowa, silnie upartyjniona. I że trzeba JOW-y wprowadzić wszędzie, dopiero wtedy będą dobrze działać. Co ciekawe, nawet prof. Markowski, przeciwnik tego rozwiązania, w rozmowie z TOK FM stwierdził, że o ile JOW-y w Senacie są pozbawione sensu, o tyle w Sejmie, która ma współpracować z rządem i szybko uchwalać ustawy, ordynację jednomandatową „można zrozumieć”.
A dlaczego Sejm ma pracować szybko? Ja bym wolał, żeby pracował dokładnie. Chciałbym, żeby polska demokracja była inkluzywna i żeby jak najwięcej obywateli znajdowało swoją reprezentację. Tak jak to jest w Holandii – de iure nie ma tam progu wyborczego, system jest naprawdę wielopartyjny, a nikt nie powie, że holenderska demokracja jest niestabilna. Nie jest tak, że państwa z JOW-ami, jak USA, Wielka Brytania czy Francja, rządzone są przez bezpartyjnych fachowców, nie znają korupcji i politycznych afer, a te dysponujące pięcioprzymiotnikowym prawem, np. skandynawskie, to przykłady samego zła.
W Wielkiej Brytanii, gdzie obowiązują JOW-y, Partia Liberalno-Demokratyczna z reguły miała poparcie na poziomie 15 – 20 procent, a mandatów dostawała tyle, jakby to było 5 – a jej korzenie sięgają niemal średniowiecza! I dlatego w ogóle przetrwała. W Polsce oznaczałoby to polityczny niebyt.
Jak by wyglądał polski Sejm, przy obecnym poparciu dla partii, gdyby wybory do niego odbywały się według ordynacji jednomandatowej?
Parę lat temu, kiedy już podziały socjopolityczne były podobne do obecnych, tylko z silniejszą rolą SLD, zrobiłem symulację ordynacji większościowej w Sejmie. Wyszło mi, że Sojusz – wtedy przykład trzeciej siły politycznej – mógłby zaledwie w kilku okręgach realnie powalczyć o to, żeby w ogóle mieć posła.
W obecnych warunkach w Sejmie nie znalazłyby się ani SLD, ani PSL, ani Ruch Palikota. Ugrupowania te mogłyby co najwyżej istnieć jako satelity Platformy, faktycznie jej frakcje. Czekałaby nas być może całe dekady rządów jednej partii. A PiS zostałoby sprowadzony do roli swoistego folkloru ziem wschodnich i południowo-wschodnich. W niektórych okręgach wiecznie wygrywałby, ale bez szans na większość w skali kraju. Dlatego nie waham się powiedzieć, że wprowadzenie JOW-ów do Sejmu mogłoby być końcem realnej demokracji w Polsce
No dobrze – ale jeśli z kolei porównamy wyniki tych wyborów do Senatu z tymi z roku 2007, to widzimy, że JOW-y nie za wiele zmieniły. PO ma raptem więcej o trzy mandaty, PiS – mniej o osiem. Może nie ma jednak o co kruszyć kopii?
Absolutnie się z tym nie zgodzę. Wcześniejsza ordynacja do Senatu nie miała nic wspólnego z klasyczną pięcioprzymiotnikową. W dwu- czy trzymandatowych okręgach zwycięzcy brali wszystko. To były quasi-JOW-y, wstęp do ich wprowadzenia. Krytyka dawnego Senatu jest w istocie krytyką JOW-ów.
W tym kontekście ciekawy jest przypadek Ruchu Palikota. Po tych wszystkich wypowiedziach, że Polacy mają dość partyjnych gier i chcą głosować na konkretnych ludzi, którzy wezmą odpowiedzialność za polityczne decyzje, okazało się, że 10 procent z nas zagłosowało na Ruch Palikota, partię, z której list znaliśmy, poza liderem, raptem z pięć osób.
To kolejny argument przeciwko JOW-om. Obala bowiem mit o oczekiwanej jakoby przez wyborców więzi z posłem czy senatorem. Przy obecnym tempie życia, długości pracy, nadpodaży informacji o życiu politycznym we wszechobecnych mediach – kiedy i po co mielibyśmy spotykać się z politykiem, skoro nawet nie mamy czasu albo ochoty przeczytać uważnie jego programu? Zwykle, o ile nie znaleźliśmy się bezpośrednio w stanie jakiegoś zagrożenia, np. eksmisją czy bezrobociem, nie spotykamy się z radnym wybranym przez raptem paręset osób; po co i jak mielibyśmy się spotkać z posłem czy senatorem z JOW-u, na którego głosowało co najmniej parędziesiąt tysięcy?
Ordynacja proporcjonalna daje szansę głosowania na lidera popularnego w skali państwa, jak też na lokalnie zakorzenionego polityka. Z punktu widzenia problemów zwykłego, pojedynczego wyborcy czy małej grupy efektywniejszy może być kontakt z posłem z dalszego szeregu. Większy sens ma teraz kontakt warszawiaka np. z posłem Koseckim czy Wiplerem niż miałby z posłem Tuskiem czy Kaczyńskim wybranych w JOW-ach.
Warto też zauważyć, że średnia frekwencja wyborcza w krajach z JOW-ami jest w perspektywie historycznej po prostu niższa niż w państwach z pięcioprzymiotnikową ordynacją.
To co właściwie zadziałało w przypadku Palikota?
Niestandardowe usytuowanie tej partii. Ruch Palikota przedstawiał się – i tak był promowany przez część komentatorów i publicystów – jako ruch społeczny, niemal antysystemowy, atakujący establishment z zewnątrz. Jednocześnie Janusz Palikot był częścią tego politycznego mainstreamu, i to od dłuższego czasu. W tym sensie Samoobrona, przy wszystkich swych wadach, niedojrzałości do funkcjonowania w systemie parlamentarnym, przynajmniej w swoich początkach była autentyczna, sygnalizowała jakiś poważny społeczny problem. Trudno mi natomiast powiedzieć, jaki problem sygnalizuje Palikot.
A problem rozdziału Kościoła od państwa i jego nadmiernej obecności w życiu publicznym?
W dziejach III RP był jeden przypadek partii, która weszła do parlamentu, bazując na hasłach antyklerykalnych – Unia Pracy. W 1993 roku, z siedmioprocentowym wynikiem. To było po walkach przeciwko penalizacji aborcji, religii w szkołach etc. Proszę zauważyć, że ten wynik w liczbach bezwzględnych jest zbliżony do osiągnięcia Palikota. I nic więcej nie da się na antyklerykalizmie wygrać ani oprzeć na nim partii na dłuższą metę.
W Polsce dokonuje się bowiem powolna, oddolna rewolucja obyczajowa, którą nie sterują politycy. Tak samo w Irlandii: żadna partia antyklerykalna nie odgrywa tam większej roli, a sekularyzacja społeczeństwa się dokonała. I nie ma co się porównywać do Zapatero, bo w Hiszpanii rządził reżim, którego ostoją był Kościół. To zupełnie nieporównywalna sytuacja.
W przypadku Palikota zadecydował inny jeszcze czynnik: media. Palikot nawet jak miał 1 procent poparcia, to i tak był nieustannie w telewizji.
PJN też i nic im to nie pomogło.
Tak, ale to była inicjatywa absurdalna dla każdego, kto pamięta wszystkie próby zainstalowania w Polsce partii konserwatywno-liberalnej na wzór torysów… W katolickim kraju takiej samodzielnej partii się nie stworzy.
Jako siła antypartyjna, obywatelska, przedstawiali się też Obywatele do Senatu. I ostatecznie zdobyli tylko jeden mandat. Senator Jarosław Obremski pochodzi zresztą z Wrocławia, miasta Rafała Dutkiewicza, inicjatora całego przedsięwzięcia. Gdzie pan widzi źródła tej porażki?
W ustach prezydentów wielkich miast hasła antypartyjnej obywatelskości brzmiały śmiesznie. Oni są o wiele bardziej politykami niż przeciętny poseł, większość z nich ma za sobą jakąś partyjną przynależność. Jeśli mają dobre relacje z radą miasta, to praktycznie jednoosobowo podejmują decyzje dotyczące setek milionów złotych. Zwykły poseł musi pukać do kolejnych bram: sekretarza klubu, szefa, a potem jeszcze przeprowadzić coś przez sejmową komisję.
W zaawansowanych zachodnich demokracjach ktoś, kto chce zrobić polityczną karierę, zaczyna od małych lokalnych środowisk i tak pnie się, krok po kroku, do coraz poważniejszych funkcji. Umiejętność działania w większej grupie, takiej jak partia, to też element kapitału społecznego. Prezydenci miast chyba chcieli pójść na skróty.
Jaka jest dzisiaj właściwie rola Senatu?
Socjaliści w międzywojniu ukuli słynne hasło: „Dwie izby parlamentu, to mnóstwo gadulstwa i zamętu”. Po wojnie przejęli je ówcześni przeciwnicy Senatu. Abstrahując od tych historycznych uwarunkowań: to chyba najmądrzejsze, co można dzisiaj o nim powiedzieć.
Po ’89 Senat powstawał w specyficznych okolicznościach politycznych. Jak w Chile – tam też utworzono dwumandatowe okręgi, żeby przedstawiciele dawnej dyktatury zawsze byli obecni w parlamencie, a przedstawiciele dawnej opozycji nie mogli ich rozliczyć. Teraz taki sposób myślenia już kompletnie nie ma racji bytu.
Czyli zlikwidować?
Tak. Nie wiadomo, po co teraz ta izba. To kopia Sejmu, tylko opozycja nic w niej nie znaczy – nie ma tu żadnej możliwości prowadzenia gry politycznej, szukania porozumienia, kompromisu. Mamy prezydenta wybieranego w wyborach bezpośrednich, on może ustrojowo równoważyć i wetować.
Można też pomyśleć o jakiejś zasadniczej zmianie struktury Senatu. Jest bardzo wiele koncepcji, na przykład „Solidarność” u swego zarania mocno dyskutowała pomysły izby społeczno-zawodowej i terytorialnej.
Obywatele do Senatu proponowali przekształcenie Senatu w izbę samorządową.
Przestrzegałbym przed takim rozwiązaniem. Nie ma ku temu żadnych historycznych powodów, Polska nie jest krajem federalnym, nie ma też dużych mniejszości, jak w Hiszpanii. Groziłoby to dalszym zwiększaniem partykularyzmu poszczególnych regionów, ze szkodą dla całości, mogłoby blokować modernizację kraju i przeciwdziałanie kryzysowi. Moglibyśmy w ten sposób doprowadzić do powstania polskiego substytutu włoskiej Ligi Północnej, tj. reprezentacji któregoś z zamożniejszych regionów, która odrzucałaby redystrybucję równoważącą dysproporcje w rozwoju państwa.
Jeśli już, to należałoby raczej rozważyć bardziej skomplikowaną reprezentację – samorządu, ludzi kultury i nauki, związków zawodowych, organizacji pracodawców. Ale zawsze może to rodzić wątpliwości dotyczące konstytucyjnej równości obywateli wobec prawa. Jeśliby więc taka izba miała powstać, to trzeba by to dyskutować przez co najmniej dwie kadencje parlamentu.
* dr Rafał Chwedoruk - politolog, pracownik naukowy Uniwersytetu Warszawskiego, specjalizuje się w historii ruchu socjalistycznego, autor książki Socjaliści z Solidarności w latach 1989-1993 (Warszawa 2004).
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...