NOWOŚĆ W SKLEPIE KP

Partycypacja_okladka_150px.jpg

>>Już jest: KP30!

kp30_okladka_300px.jpg

Komentarze

polska_OST_NEW01m.jpg

CYTAT DNIA

Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem

Katalog Książek KP

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Chwedoruk: Zwolennicy jednomandatowych okręgów powinni zamilknąć Drukuj
Z Rafałem Chwedorukiem rozmawia Magdalena Błędowska   
19.10.2011

Magdalena Błędowska: Od uchwalenia nowego kodeksu wyborczego usłyszeliśmy sporo opinii, że jednomandatowe okręgi to ważny eksperyment ustrojowy, który poprawi jakość naszej demokracji: do polityki wreszcie wejdą kandydaci niezależni, nagradzani za swoje kompetencje, a nie posłuszeństwo partyjnym liderom. I oto mamy wyniki wyborów do Senatu, które odbyły się według nowych zasad: 63 mandaty dla PO, 31 dla PiS. Zaledwie trzech senatorów niezależnych i tylko jeden przedstawiciel nowej inicjatywy politycznej – Obywateli do Senatu.

truskawkiscarygami.jpgRafał Chwedoruk*: Nawet nie trzech, bo trudno Marka Borowskiego czy Włodzimierza Cimoszewicza popieranych przez partie uznać za prawdziwie niezależnych.

Dlaczego JOW-y zawiodły pokładane w nich nadzieje?

Jeśli to miał być eksperyment ustrojowy, to jego liczni u nas entuzjaści powinni zamilknąć przynajmniej na pół wieku. Teza, że JOW-y powodują bipolaryzację systemu partyjnego, pochodzi jeszcze z lat 50. I wyniki naszych wyborów są jej kolejnym empirycznym potwierdzeniem.

JOW-y mają wielki manipulacyjny potencjał. Rządzący, korzystając ze swojej chwilowej przewagi, mogą tak pokroić okręgi, żeby na zawsze mieć większość. Gdyby zastosować je także w wyborach do Sejmu, wyborca PO z okolic Łomży nigdy by się nie doczekał swojego przedstawiciela w parlamencie – analogicznie wyborca PiS z warszawskiego Ursynowa. Próbowano wprawdzie kroić odpowiednio okręgi także w wyborach proporcjonalnych (była np. kwestia połączenia Słupska i Gdyni w jeden okręg i podziału Trójmiasta), ale one jednak gwarantują mniejszościom reprezentację, przy zachowaniu 5-procentowego progu.

Kolejnym zagrożeniem związanym z JOW-ami jest deformacja obrazu poparcia dla poszczególnych partii. Wyobraźmy sobie, że w wyborach do Sejmu przeprowadzonych w tym systemie jakieś ugrupowanie dostaje mniej niż 40 procent poparcia – i aż dwie trzecie mandatów. W kraju tak roznamiętnionym politycznie jak Polska mogłoby to wywołać poważny wstrząs.

Zwolennicy JOW-ów nadal ich bronią, twierdząc na przykład, że na kampanię do Senatu miała wpływ ta sejmowa, silnie upartyjniona. I że trzeba JOW-y wprowadzić wszędzie, dopiero wtedy będą dobrze działać. Co ciekawe, nawet prof. Markowski, przeciwnik tego rozwiązania, w rozmowie z TOK FM stwierdził, że o ile JOW-y w Senacie są pozbawione sensu, o tyle w Sejmie, która ma współpracować z rządem i szybko uchwalać ustawy, ordynację jednomandatową „można zrozumieć”.

A dlaczego Sejm ma pracować szybko? Ja bym wolał, żeby pracował dokładnie. Chciałbym, żeby polska demokracja była inkluzywna i żeby jak najwięcej obywateli znajdowało swoją reprezentację. Tak jak to jest w Holandii – de iure nie ma tam progu wyborczego, system jest naprawdę wielopartyjny, a nikt nie powie, że holenderska demokracja jest niestabilna. Nie jest tak, że państwa z JOW-ami, jak USA, Wielka Brytania czy Francja, rządzone są przez bezpartyjnych fachowców, nie znają korupcji i politycznych afer, a te dysponujące pięcioprzymiotnikowym prawem, np. skandynawskie, to przykłady samego zła.

  

W Wielkiej Brytanii, gdzie obowiązują JOW-y, Partia Liberalno-Demokratyczna z reguły miała poparcie na poziomie 15 – 20 procent, a mandatów dostawała tyle, jakby to było 5 – a jej korzenie sięgają niemal średniowiecza! I dlatego w ogóle przetrwała. W Polsce oznaczałoby to polityczny niebyt.

Jak by wyglądał polski Sejm, przy obecnym poparciu dla partii, gdyby wybory do niego odbywały się według ordynacji jednomandatowej?

Parę lat temu, kiedy już podziały socjopolityczne były podobne do obecnych, tylko z silniejszą rolą SLD, zrobiłem symulację ordynacji większościowej w Sejmie. Wyszło mi, że Sojusz – wtedy przykład trzeciej siły politycznej – mógłby zaledwie w kilku okręgach realnie powalczyć o to, żeby w ogóle mieć posła.

W obecnych warunkach w Sejmie nie znalazłyby się ani SLD, ani PSL, ani Ruch Palikota. Ugrupowania te mogłyby co najwyżej istnieć jako satelity Platformy, faktycznie jej frakcje. Czekałaby nas być może całe dekady rządów jednej partii. A PiS zostałoby sprowadzony do roli swoistego folkloru ziem wschodnich i południowo-wschodnich. W niektórych okręgach wiecznie wygrywałby, ale bez szans na większość w skali kraju. Dlatego nie waham się powiedzieć, że wprowadzenie JOW-ów do Sejmu mogłoby być końcem realnej demokracji w Polsce

No dobrze – ale jeśli z kolei porównamy wyniki tych wyborów do Senatu z tymi z roku 2007, to widzimy, że JOW-y nie za wiele zmieniły. PO ma raptem więcej o trzy mandaty, PiS – mniej o osiem. Może nie ma jednak o co kruszyć kopii?

Absolutnie się z tym nie zgodzę. Wcześniejsza ordynacja do Senatu nie miała nic wspólnego z klasyczną pięcioprzymiotnikową. W dwu- czy trzymandatowych okręgach zwycięzcy brali wszystko. To były quasi-JOW-y, wstęp do ich wprowadzenia. Krytyka dawnego Senatu jest w istocie krytyką JOW-ów.

W tym kontekście ciekawy jest przypadek Ruchu Palikota. Po tych wszystkich wypowiedziach, że Polacy mają dość partyjnych gier i chcą głosować na konkretnych ludzi, którzy wezmą odpowiedzialność za polityczne decyzje, okazało się, że 10 procent z nas zagłosowało na Ruch Palikota, partię, z której list znaliśmy, poza liderem, raptem z pięć osób.

To kolejny argument przeciwko JOW-om. Obala bowiem mit o oczekiwanej jakoby przez wyborców więzi z posłem czy senatorem. Przy obecnym tempie życia, długości pracy, nadpodaży informacji o życiu politycznym we wszechobecnych mediach – kiedy i po co mielibyśmy spotykać się z politykiem, skoro nawet nie mamy czasu albo ochoty przeczytać uważnie jego programu? Zwykle, o ile nie znaleźliśmy się bezpośrednio w stanie jakiegoś zagrożenia, np. eksmisją czy bezrobociem, nie spotykamy się z radnym wybranym przez raptem paręset osób; po co i jak mielibyśmy się spotkać z posłem czy senatorem z JOW-u, na którego głosowało co najmniej parędziesiąt tysięcy?

Ordynacja proporcjonalna daje szansę głosowania na lidera popularnego w skali państwa, jak też na lokalnie zakorzenionego polityka. Z punktu widzenia problemów zwykłego, pojedynczego wyborcy czy małej grupy efektywniejszy może być kontakt z posłem z dalszego szeregu. Większy sens ma teraz kontakt warszawiaka np. z posłem Koseckim czy Wiplerem niż miałby z posłem Tuskiem czy Kaczyńskim wybranych w JOW-ach.

Warto też zauważyć, że średnia frekwencja wyborcza w krajach z JOW-ami jest w perspektywie historycznej po prostu niższa niż w państwach z pięcioprzymiotnikową ordynacją.

To co właściwie zadziałało w przypadku Palikota?

Niestandardowe usytuowanie tej partii. Ruch Palikota przedstawiał się – i tak był promowany przez część komentatorów i publicystów – jako ruch społeczny, niemal antysystemowy, atakujący establishment z zewnątrz. Jednocześnie Janusz Palikot był częścią tego politycznego mainstreamu, i to od dłuższego czasu. W tym sensie Samoobrona, przy wszystkich swych wadach, niedojrzałości do funkcjonowania w systemie parlamentarnym, przynajmniej w swoich początkach była autentyczna, sygnalizowała jakiś poważny społeczny problem. Trudno mi natomiast powiedzieć, jaki problem sygnalizuje Palikot.

A problem rozdziału Kościoła od państwa i jego nadmiernej obecności w życiu publicznym?

W dziejach III RP był jeden przypadek partii, która weszła do parlamentu, bazując na hasłach antyklerykalnych – Unia Pracy. W 1993 roku, z siedmioprocentowym wynikiem. To było po walkach przeciwko penalizacji aborcji, religii w szkołach etc. Proszę zauważyć, że ten wynik w liczbach bezwzględnych jest zbliżony do osiągnięcia Palikota. I nic więcej nie da się na antyklerykalizmie wygrać ani oprzeć na nim partii na dłuższą metę.

W Polsce dokonuje się bowiem powolna, oddolna rewolucja obyczajowa, którą nie sterują politycy. Tak samo w Irlandii: żadna partia antyklerykalna nie odgrywa tam większej roli, a sekularyzacja społeczeństwa się dokonała. I nie ma co się porównywać do Zapatero, bo w Hiszpanii rządził reżim, którego ostoją był Kościół. To zupełnie nieporównywalna sytuacja.

W przypadku Palikota zadecydował inny jeszcze czynnik: media. Palikot nawet jak miał 1 procent poparcia, to i tak był nieustannie w telewizji.

PJN też i nic im to nie pomogło.

Tak, ale to była inicjatywa absurdalna dla każdego, kto pamięta wszystkie próby zainstalowania w Polsce partii konserwatywno-liberalnej na wzór torysów… W katolickim kraju takiej samodzielnej partii się nie stworzy.

Jako siła antypartyjna, obywatelska, przedstawiali się też Obywatele do Senatu. I ostatecznie zdobyli tylko jeden mandat. Senator Jarosław Obremski pochodzi zresztą z Wrocławia, miasta Rafała Dutkiewicza, inicjatora całego przedsięwzięcia. Gdzie pan widzi źródła tej porażki?

W ustach prezydentów wielkich miast hasła antypartyjnej obywatelskości brzmiały śmiesznie. Oni są o wiele bardziej politykami niż przeciętny poseł, większość z nich ma za sobą jakąś partyjną przynależność. Jeśli mają dobre relacje z radą miasta, to praktycznie jednoosobowo podejmują decyzje dotyczące setek milionów złotych. Zwykły poseł musi pukać do kolejnych bram: sekretarza klubu, szefa, a potem jeszcze przeprowadzić coś przez sejmową komisję.

W zaawansowanych zachodnich demokracjach ktoś, kto chce zrobić polityczną karierę, zaczyna od małych lokalnych środowisk i tak pnie się, krok po kroku, do coraz poważniejszych funkcji. Umiejętność działania w większej grupie, takiej jak partia, to też element kapitału społecznego. Prezydenci miast chyba chcieli pójść na skróty.

Jaka jest dzisiaj właściwie rola Senatu?

Socjaliści w międzywojniu ukuli słynne hasło: „Dwie izby parlamentu, to mnóstwo gadulstwa i zamętu”. Po wojnie przejęli je ówcześni przeciwnicy Senatu. Abstrahując od tych historycznych uwarunkowań: to chyba najmądrzejsze, co można dzisiaj o nim powiedzieć.

Po ’89 Senat powstawał w specyficznych okolicznościach politycznych. Jak w Chile – tam też utworzono dwumandatowe okręgi, żeby przedstawiciele dawnej dyktatury zawsze byli obecni w parlamencie, a przedstawiciele dawnej opozycji nie mogli ich rozliczyć. Teraz taki sposób myślenia już kompletnie nie ma racji bytu.

Czyli zlikwidować?

Tak. Nie wiadomo, po co teraz ta izba. To kopia Sejmu, tylko opozycja nic w niej nie znaczy – nie ma tu żadnej możliwości prowadzenia gry politycznej, szukania porozumienia, kompromisu. Mamy prezydenta wybieranego w wyborach bezpośrednich, on może ustrojowo równoważyć i wetować.

Można też pomyśleć o jakiejś zasadniczej zmianie struktury Senatu. Jest bardzo wiele koncepcji, na przykład „Solidarność” u swego zarania mocno dyskutowała pomysły  izby społeczno-zawodowej i terytorialnej.

Obywatele do Senatu proponowali przekształcenie Senatu w izbę samorządową.

Przestrzegałbym przed takim rozwiązaniem. Nie ma ku temu żadnych historycznych powodów, Polska nie jest krajem federalnym, nie ma też dużych mniejszości, jak w Hiszpanii. Groziłoby to dalszym zwiększaniem partykularyzmu poszczególnych regionów, ze szkodą dla całości, mogłoby blokować modernizację kraju i przeciwdziałanie kryzysowi. Moglibyśmy w ten sposób doprowadzić do powstania polskiego substytutu włoskiej Ligi Północnej, tj. reprezentacji któregoś z zamożniejszych regionów, która odrzucałaby redystrybucję równoważącą dysproporcje w rozwoju państwa.

Jeśli już, to należałoby raczej rozważyć bardziej skomplikowaną reprezentację – samorządu, ludzi kultury i nauki, związków zawodowych, organizacji pracodawców. Ale zawsze może to rodzić wątpliwości dotyczące konstytucyjnej równości obywateli wobec prawa. Jeśliby więc taka izba miała powstać, to trzeba by to dyskutować przez co najmniej dwie kadencje parlamentu.

* dr Rafał Chwedoruk - politolog, pracownik naukowy Uniwersytetu Warszawskiego, specjalizuje się w historii ruchu socjalistycznego, autor książki Socjaliści z Solidarności w latach 1989-1993 (Warszawa 2004).

  

Komentarze
Dodaj nowy
Skuba  - Rzecz jest oczywista   |20.10.2011 00:36:45
W zasięgu naszego wzroku najbardziej znanym przykładem kraju, gdzie obowiązują
okręgi jednomandatowe, jest Wielka Brytania. Doświadczenia z ostatnich wyborów
dowiodły, że nawet ogromne poparcie społeczne jakim cieszyli się liberałowie nie
dało im szans na realne zaistnienie na scenie politycznej. Zawsze wygrywają
najwięksi. Sapientii sat!
austriak   |20.10.2011 01:44:38
"Rządzący, korzystając ze swojej chwilowej przewagi, mogą tak pokroić
okręgi, żeby na zawsze mieć większość." - Zupełnie tak samo jak w ordynacji
proporcjonalnej.

"W Wielkiej Brytanii, gdzie obowiązują JOW-y, Partia
Liberalno-Demokratyczna z reguły miała poparcie na poziomie 15
kot   |20.10.2011 12:24:27
Czułem,ze to śmierdzi, bo zawsze argumentacja -za była dęta.
Chwedoruk dał
uzasadnienie.
Mandark  - info o rozmówcy   |20.10.2011 12:53:25
Zapomnieliście podać informację, kim jest Wasz rozmówca. Drobna uwaga, ale to
ułatwia czytelnikom życie.
paba   |20.10.2011 15:31:31
Tak źle i tak nie dobrze, wybierzmy więc mniejsze zło w naszych warunkach:
dotychczasową ordynację do sejmu i likwidację kłopotliwego senatu. To może dać
konkretne oszczędności finansowe i uzdrwoić nieco sytuację.
musk  - błędne założenia   |20.10.2011 15:53:27
Nie chciało mi się czytać całości, bo wnioskowanie z błędnych założeń jest bez
znaczenia…
Istotną problemu nie jest liczba mandtów w okręgu (poprzedni
system n-mandatów, n-głosów był w gruncie rzeczy identyczny tylko bardziej
zagmatwany dla wyborców), ale uprawnienia do prowadzenia kampanii wyborczej.
Dopóki wyłączne uprawnienia do finansowania kampanii będą miały komitety
wyborcze partii politycznych, a komitety wyborcze wyborców będa mogły zbierać
środki dopiero po zarejestrowaniu (przy konieczności rozwiązania komitetu po
wyborach) to szanse kandydatów nie finansowanych przez KW partii są bliskie
zeru.
Wniosek jest taki: wybory od Senatu 2011 nie miały nic wspólnego z
wyborami w jednomandatowych okręgach wyborczych, bo były prowadzone w ramach
kampanii wyborczej finansowanej przez partie polityczne… System wyborczy musi
być projektowany całościowo.
(osobiście jestem zwolennikiem wyborów
większościowych w kikomandatowych okręgach - od 2,5 do 7 - kwestia dyskusji)
kot   |20.10.2011 19:51:29
Może konkretniej, jakie te błędne założenia?
musk  - błędne założenia   |21.10.2011 10:28:37
Przecież było konkretnie: z leadu wynika, że z wyborów do Senatu 2011 próbuje
się wnioskować o zasadności wyborów w JOW jako takich podczas gdy wybory te
odbyły się na marginesie wyborów do Sejmu, a kandydaci do Senatu nie prowadzili
(zgodnie z przepisami nie mogli prowadzić) samodzielnej kampanii wyborczej, co
jest podstawowym założeniem JOW.
Dodam jeszcze, że skuteczność wyborów poznamy
po działalności polityków, którzy mogą poczuć się bardziej związani z wyborcami
niż z prezesami partii. Wielu senatorów, choć startowało z KW partii nie jest
członkami partii i wcale nie musi przypodobywać się swoim prezesom. (abstrahując
od tego, że "izbie dumania" nic się nie robi, więc wnioski po
zakończeniu kadencji będą żadne)
musk  - polityk niezależny   |21.10.2011 10:42:36
Nie wiem dlaczego przy każdej próbie wysłania wiadomości wyskakuje mi błąd, więc
nie wiem czy poprzedni komentarz się pojawi…
Chciałbym dodać, że dr Rafał
Chwedoruk, moim skromnym zdaniem, nie posługuje się prawidłowo pojęciem
niezależnego polityka. Politykiem niezależnym w systemie wielopartyjnym nie jest
polityk, który nie ma poparcia żadnej partii. Jest nim polityk, którego chce
poprzeć więcej niż jedna partia polityczna, a on wyraża zgodę (lub nie) na
poparcie jednej z nich (w przeciwieństwie do wypełniacza listy, który jest
politykiem tylko dlatego, że prezes partii pozwolił mu kandydować na określonym
miejscu, na określonej liście).
(było to odniesienie się do stwierdzenie, że
Borowski i Cimoszewicz nie są kandydatami prawdziwie niezależnymi)
kot   |21.10.2011 18:58:08
-musk piszesz arbitralnie jak kot, ale on prowokuje czekając przygotowany na
trudne pytania (które nie padają).
-Było mało konkretnie jakoś humanistycznie
rozmyte nie pozwalające na ustosunkowanie się. Powtórny Twój wpis sprawy nie
polepszył.
-Czy chcesz aby ktoś za Ciebie wykonał tę robotę. Jeżeli chodzi Ci o
to, że niezależni wyborcy nie maja szans, bo nie są finansowani z pieniędzy
publicznych, to masz oczywiście rację
ale jak to można zmienić. Dlatego
konkretniej.Ci za, którymi stoją większe pieniądze będą mieli w warunkach
spokoju społecznego większe szanse.
Jednak autorowi nie o to
chodziło.
Kluczowa, weryfikowalna jest praktyka:
"Holandia
jankowski  - domagam się zniesienia progów wyborczych   |21.10.2011 21:38:01
w ten sposób partie systemowe zabezpieczają swój stan posiadania i blokują drogę
dla ciekawych inicjatyw i ciekawych ludzi. co z tego że sejm byłby mniej
stabilny. właśnie w sejmie jest miejsce na pyskówki a nie na ulicach. tam się
powinno dyskutować o wszystkim nawet o rzeczach niewygodnych rządzącym. myślę że
z m. innymi tego powodu większość ludzi nie głosuje i nie mają reprezentacji.
czy mniejszościowy sejm jest konstytucyjny ? i państwo z tego powodu jest
stabilniejsze ? tak, ale w okresie kiedy nie ma zdecydowanych protestów. w
sytuacji kryzysu ujawni się cała ułomność tego sejmu.
Zdzislaw M.Szulc  - Odwracanie kota ogonem: "schwerpunkt" wyborczy?   |22.10.2011 20:30:50
Nie jest to miarodajny i rzeczowy wywiad ze specjalista w danej dyscyplinie.


Po prostu, nigdzie nie znalazlem zadnej rozprawy i pracy naukowej Autora n/t
systemow wyborczych na swiecie/EU, itp. Rozmowca przedstawia swoj, moim zdaniem
potoczny, punkt widzenia. A wiec nic nie stalo na przeszkodzie aby takie pytania
jak to : "Dlaczego JOW-y zawiodły pokładane w nich nadzieje?"zadac
sprzedawcy "Krytyki Politycznej" w sklepie za rogiem Redakcji? W tym
miejscu powinna sie pojawic profesjonalna analiza, +/-, danej ordynacji
wyborczej, jak to dziala i jest w calej rozciaglosci praw i zarzdzen stosowane w
kraju i za granicami Polski.

A wlasnie tam, przewazajaca ilosc spraw,
zwiazanych z organizacja i przeprowadzaniem wyborow, jest diametralnie inaczej
ustawiona i realizowana. JOWy w krajach anglosaskich funkcjonuja w innej otoczce
prawnej i organizacyjnej.

Sednem calej sprawy jest funkcjonowanie /bez zadnych
ograniczen/ czynnego i biernego prawa wyborczego w danym kraju. W Polsce, bierne
prawo wyborcze jest znacznie ograniczone (szczegolnie do Sejmu!?), co wypacza i
degeneruje scene polityczna, limituje reprezntatywnosc, doprowadza do
"skostnienia" skladu i bylejakosci zasiadajacych tam reprezentantow ( z
lapanki/z koniecznego wypelnienia list =masa"oslich lawek", tam gdzie na
nuka za pozno i niebezpiecznie).

Przeciez… po to, aby byc rozsadnie
wybranym, nalezy miec zaslugi i zdobyc uznanie u Wyborcow,a nie tylko u tego,
kto co uklada listy? Politycy i dzialacze to zdolne jednostki, ktore potrafia
sie "przystosowac" do zmieniajacych sie warunkow. Tu chodzi o naprawe
panstwa na duza skale.

Jest na to prosty sposob: zmiana ordynacji wyborczej na
prawdziwy JOW + wprowadzenie pelnych praw wyborczych dla Wszystkich! Jakosc i
zaufanie sprawdzane sa od reki w momencie, gdy kandydat do parlamentu konkuruje
o glos kazdego Wyborcy! Bez tego jednego , nie wchodzi! Co wtedy
"przegrany" robi? Musi to sobie wszystko …przemyslec, ale juz poza
Sejmem/Senatem! I oto, mi tu… chodzi: Wybrani nie moga byc gorsi od Kazdego
Wyborcy!
Zdzislaw  - Kazdy wie swoje….   |23.10.2011 00:38:37
Schwerpunkt wyborczy? Brak!

Artykul powinien byc do rzeczy, a wogole nie jest.
Po pierwsze, Autor wypowiedzi nie jest specjalista w danej dyscyplinie.
Najprosciej mozna bylo zapytac o JOW sprzedawce gazet za rogiem ulicy. Po
drugie, JOWy funkcjonuja za granicami Polski przy inaczej ustawionym
prawodawstwie (przestrzegane i parktywkowane w pelni czynne oraz bierne prawa
wyborcze dla Obywateli) oraz sferze organizacyjnej sceny politycznej i kampanii
wyborczych.Po trzecie, wzsedzie kandydat ma zabiegac o uznanie u danego Wyborcy,
a w Polsce wylacznie u kolegi tworzacego dana partyjna liste. Gdy prawdziwy JOWy
jest w uzyciu, to brak jednego decydujacego glosu i mozna by bylo byc poza
Sejmem. Co to znaczy? To znaczy, ze wiekszosc Wyborcow wybrala jako swojego
reprezentanta kogos innego, bardziej odpowiedniego do tego zadania. Co wiecej,
wyborcy maja tu bezposredni i ostateczny udzial w wyborze kandydata nie gorszego
od nich samych. Sa takie miejsca na Ziemi gdzie nie powinno byc oslich lawek.
Podalem prosty sposob na ich elimacje z kazdej izby parlamentu.
B. Perucka-Wnuk  - Senat   |23.10.2011 16:01:09
Uważam, że Senat jest zbędny i tak większość sejmowa przeprowadzi co zechce.
B.
Perucka-Wnuk
Mariusz Wis  - JOW do Senatu anno 2011   |24.10.2011 19:34:19
JOW do Senatu anno 2011

Święto, święto i już po. Oczywiście, święto
demokracji, czyli wybory. W naszym kraju wybory utożsamiane są z ich ostatnia
fazą
JOW  - c.d. JOW do Senatu anno 2011   |26.10.2011 13:02:53
Święto, święto i już po. Oczywiście, święto demokracji, czyli wybory. W naszym
kraju wybory utożsamiane są z ich ostatnia fazą
kc  - Czy oni wiedzą, co mówią?   |19.12.2011 18:13:15
Wygląda na to, że ani Pan Chwedoruk, ani Pani Błędowska, nie wiedzą o czym
mówią…

Skąd teza, że wybory do Senatu zawiodły nadzieje? Bo zostali wybrani
ludzie popierani przez partie? A co w tym dziwnego? Ale zostali wybrani ONI
PERSONALNIE - i oni mają prawo teraz o czymś decydować. Wybrani oni, nie zaś
ludzie "nominowani" na listy przez liderów partyjnych. Ci wybrani do
Sejmu nieraz weszli mając parę tysięcy głosów… I teraz ONI będą o nas
decydować.. Kto im dał to prawo? Lider partyjny? Którego "wybrany" poseł
może zaraz "wystawić do wiatru" i przejść do innej partii… I tym samy
wystawia do wiatru wyborców, bo wszedł do Sejmu dzięki głosom na lidera listy…
Ordynacja "partyjna" to tragedia. Przez nią mamy to, co mamy i niech pan
politolog nie opowiada bzdur. Ale cóż, z takich bzdur on chyba żyje…
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 20.10.2011 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 1.14612 Seconds