NOWOŚĆ W SKLEPIE KP

Partycypacja_okladka_150px.jpg

>>Już jest: KP30!

kp30_okladka_300px.jpg

Komentarze

polska_OST_NEW01m.jpg

CYTAT DNIA

Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem

Katalog Książek KP

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Chaciński: Gdynia nie będzie już festiwalem starszych panów Drukuj
Z Michałem Chacińskim* rozmawia Jakub Majmurek   
02.03.2011

Jakub Majmurek, Krytyka Polityczna: Zostałeś dyrektorem największego i jednocześnie najszerzej krytykowanego festiwalu filmowego w Polsce. Krytycy zarzucają Gdyni, że jest imprezą wsobną, ściśle środowiskową, że jej werdykty nie odzwierciedlają tego, co naprawdę dzieje się w polskim kinie. Jest kilka innych miejsc, gdzie pokazuje się i nagradza polskie filmy: konkurs kina polskiego na Nowych Horyzontach we Wrocławiu, konkurs na Camerimage, Orły. Po co w ogóle dziś polskiemu kinu festiwal narodowy?


dokument.jpgMichał Chaciński*: Gdynia jest potrzebna. Pozostałe festiwale nie są w stanie pełnić podstawowych funkcji festiwalu narodowego: po pierwsze nie dają głębszego wglądu w to, co się wydarzyło w polskim kinie w ciągu danego roku, po drugie nie stwarzają możliwości dla takiej integracji branży, po trzecie nie są w stanie przełożyć się w takiej skali na promocję polskiego kina. Festiwal narodowy powinien spełniać wszystkie te trzy funkcje, najlepiej, jak tylko się da. 


Impuls do zmian Gdyni pochodzi w dużej mierze od festiwali, które wymieniłeś. Sam fakt, że gdzie indziej można pokazać polskie filmy, że może je zobaczyć publiczność i goście z zagranicy, skłania do przemyślenia formuły Gdyni. To, że w ciągu ostatniej dekady pojawiły się przeglądy i konkursy polskiego na innych festiwalach, może prowadzić do tego, że Gdynia nie będzie potrzebna filmowcom. Dla niektórych twórców pokaz filmu w konkursie polskim na Nowych Horyzontach może być ważniejszy niż Gdynia. Tak nie powinno być. To z festiwalu narodowego powinna iść w świat wiadomość, jaki film w danym roku branża filmowa – nie tylko polska – uznała za najlepszy. 


Pozostałe festiwale są ograniczone umowami z dystrybutorami, na żaden z nich nie trafi wszystko to, co chcieliby pokazać organizatorzy. Tylko festiwal narodowy nie musi się liczyć z takimi ograniczeniami, dlatego powinien być miejscem, gdzie każdy filmowiec ma ambicję być ze swoim filmem. A konkurs główny powinien być créme de la créme tego, co dzieje się w polskim kinie w danym roku, wyborem najlepszych 10-12 tytułów. 


W wypowiedziach dla innych mediów mówiłeś już, że planujesz zrezygnować z dotychczasowej otwartej formuły konkursu. Filmy do konkursu głównego mają być wybierane. Kto będzie dokonywał selekcji?


Za selekcję biorę odpowiedzialność w stu procentach. Gdyby w konkursie znalazł się film, pod którego obecnością nie mógłbym się podpisać, uznałbym, że coś jest głęboko nie tak. Upewniłem się w rozmowach z komitetem organizacyjnym i dyrektor PISF, że dyrektor artystyczny ma prawo podjąć taką decyzję. Ja jednak nie chcę decydować bez konsultacji, w pełni odpowiadam za wybór, ale o każdym zgłoszonym do konkursu filmie chciałbym usłyszeć opinię rady artystycznej. Nie chodzi o rozmywanie odpowiedzialności, chciałbym jednak ukrócić argumenty o „prywacie”: „to jego znajomy”, „tego twórcy nigdy nie lubił”, „tego nie zrozumiał” itd. 


Kogo widziałbyś w takiej radzie? Przedstawicieli branży, krytyków, osoby związane z polem akademickim?


Rada nie ma jeszcze określonego kształtu, rozmawiałem z dwoma osobami, które zgodziły się na udział w niej, więc mogę wymienić ich nazwiska. Pierwsza to profesor Marek Hendrykowski, którego uważam za wielkiego znawcę polskiego kina, stoi on na tyle z boku, z dala od różnych uwikłań środowiskowych, że mogę być pewny jego absolutnej bezstronności i fachowości. Profesora Hendrykowskiego znam ze współpracy z TVP Kultura, często się z nim nie zgadzam i potrafimy ze sobą dyskutować. A zależy mi na tym, żeby w radzie zderzały się różne głosy.

  

Drugą osobą, która się zgodziła, jest Jakub Duszyński, dyrektor artystyczny Gutek Film, z którym także dyskutuję i rzadko się zgadzam. On też stoi z boku polskiego kina, często powtarza, że polskie kino nie stanowi głównego obszaru jego zainteresowań. Jest dla mnie także cenny, bo z polskiego światka filmowego odwiedza chyba najwięcej festiwali filmowych (poza Krzysztofem Zanussim oczywiście). Zależy mi, żeby rada nie tylko dyskutowała o filmach i rozchodziła się, ale żeby tworzący ją ludzie myśleli o festiwalu, np. o tym, jakich gości zaprosić do międzynarodowego jury. 


Jakie masz inne pomysły na zmianę Gdyni?


Najważniejsze na tym festiwalu są polskie filmy. Nie chciałbym, żeby Gdynia była imprezą tylko części środowiska, a spotykam się z takimi opiniami. Słyszałem z ust trzydziestoletniego reżysera, że Gdynia to „festiwal starszych panów”. Gdyby powiedział to dwudziestoletni student, to nie byłoby problemu. Ale to mówi trzydziestolatek, który jest częścią branży, jeszcze trzydzieści lat temu uchodziłby za jej przedstawiciela, a nie kogoś stojącego z boku – to sygnał, że coś jest głęboko nie tak.  

  

Gdynia nie może być tylko festiwalem mistrzów, filmowców przyjeżdżających pokazać swój ósmy film czy ewentualnie naszych czterdziestoletnich debiutantów. Chciałbym, żeby do Gdyni przyjeżdżało się, jeśli ma się do pokazania dobry film – nieważne, czy jest to film ósmy, debiut czy etiuda. 

 

Chciałbym też, żeby Gdynia była miejscem, gdzie można nauczyć się kina. Ponieważ odbywa się on w moim mieście, jeżdżę na FPFF od lat. Ale mam przekonanie, że w Gdyni spotykamy się, dyskutujemy o filmach i nic z tego nie wynika. Konkurs młodego kina (konkurs etiud studenckich), którego powołanie nie było moją decyzją, ale częścią regulaminu sprzed lat zapisaną przez Komitet Organizacyjny, daje szansę, by ściągnąć na festiwal około setki młodych ludzi i tak zorganizować dla nich zajęcia, by mieli poczucie, że uczą się czegoś ważnego.

  

Chciałbym by goście festiwalu, którzy pełnią tam jakąś funkcję, byli współtwórcami programu. To też mnie boli: ktoś dostaje Złote Lwy albo zasiada w jury, przyjeżdża na festiwal i na tym się kończy jego rola. Byłoby świetnie, gdyby ci ludzie byli bliżej publiczności, a jeszcze lepiej, gdybyśmy mogli czegoś się od nich dowiedzieć. Dlaczego zdobywca Złotych Lwów w następnym roku – po tym gdy film już był w kinach - nie miałby zrobić publicznego warsztatu, na którym przedstawiłby dwa, trzy najważniejsze problemy swojego filmu? Albo jakiś łebski dziennikarz usiadłby i podyskutował z twórcą na temat jakiejś jednej sceny.


Czy planujesz coś takiego w tym roku z udziałem Jana Kidawy-Błońskiego, którego Różyczka wygrała w zeszłym roku?


W tym roku muszę mierzyć siły na zamiary i na możliwości czasowe. Jestem przed rozmową z Leszkiem Kopciem, który ma w ręku wszelkie organizacyjne kwestie festiwalu. Muszę się dowiedzieć, ile mamy do dyspozycji godzin sal kinowych. Chciałbym, żeby codziennie odbywała się nie jedna, ale dwie tego typu sesje.  Chciałbym także, żebyśmy uczyli się od członków międzynarodowego jury, którego wprowadzenie jest moim kolejnym postulatem. Niech świetny scenarzysta, który do nas przyjedzie, zanalizuje  swój scenariusz. 

 

Zależy mi na tym, żeby Gdynia przestała sprawiać wrażenie polskiego grajdołka. Wszyscy znamy te zarzuty: Gdynia jest festiwalem polskiego środowiska filmowego, a polskie środowisko filmowe nauczyło się już od siebie wszystkiego, spotkajmy się więc, napijmy się piwa i rozjedźmy do domów, bo i tak niewiele więcej z tego wyniknie. Dlatego chciałbym otworzyć Gdynię: po pierwsze na publiczność, po drugie na Europę Wschodnią.

  

Wydaje mi się szokujące, że w ciągu ostatnich dwóch, czterech lat, gdy wybuchło kino rumuńskie, nie zanalizowaliśmy szerzej tego fenomenu. Nikt się tym nie zajął, poza dziennikarzami. Moglibyśmy z Gdyni zrobić „węzeł komunikacyjny” Europy Wschodniej. Wtedy co roku możemy zaprosić po dwa, trzy najlepsze filmy z Węgier, Rumunii, Słowacji, pewnie i Rosji. Przyjeżdżałyby nie tylko filmy, ale także twórcy, producenci, reżyserzy i wtedy mielibyśmy szansę rozważyć, co właściwie stało się w Rumunii. Wszyscy wymieniają się obiegowym hasłem, że Rumuni mają francuskich producentów z plecami w Cannes – stąd sukcesy tego kina. Ale trzeba być ślepym, żeby nie widzieć, że nagle zmienił się tam język, że to są inne tematy, inna reżyseria, że coś się stało z aktorstwem, z filmową materią tego kina. Gdyby w Gdyni udało się nad tym zastanowić, to wyjeżdżalibyśmy stamtąd z czymś więcej niż informacja, kto wygrał konkurs.  

  

Chciałbym też spróbować zorganizować – spróbować, bo nie wiem, jak będzie w tym roku – sesję pitchingu. 10 projektów, jeden, dwa z każdego z państw regionu, które w Gdyni mogłyby szukać dla siebie koproducentów i których przegląd dawał by naszym filmowcom pojęcie, dokąd zmierza kinematografia regionu. 


Czy w tym roku masz już jakieś konkretne plany w tej dziedzinie? Czy poza powołaniem międzynarodowego jury planujesz np. konfrontację kina polskiego z rumuńskim?


Pytałem o to w PISF-ie – bo wszystko, o czym mówię, musi być realizowane w ścisłej współpracy z PISF-em, inaczej się nie da. To Instytut musi wystąpić w roli integratora w Europie Wschodniej. Samo ściągnięcie filmów nie powinno być problemem. Jakimś problemem może być dogranie terminów z twórcami. A mnie zależy na tym, żeby każdemu filmowi towarzyszył jego twórca. Film nie jest tylko tym, co widzimy na ekranie, film jest olbrzymim workiem wiedzy, który możemy otworzyć dzięki spotkaniom z twórcami. 


Jak wygląda twoja koncepcja międzynarodowego jury? Kogo chcesz zaprosić: twórców, osoby związane z polem teoretycznym, krytyków, osoby tworzące programy innych festiwali filmowych? Możesz wymienić jakieś nazwiska?


Rozmawiamy tuż po tym, gdy dostałem od ministra kultury teczkę z powołaniem, więc na razie nie mogę podać żadnych nazwisk.  

  

W tym roku będą tak naprawdę trzy składy jury. Pierwsze będzie oceniało filmy w konkursie głównym, będzie przyznawało nagrodę główną i drugą nagrodę festiwalu. Drugie jury konkursu głównego będzie przyznawało nagrody techniczne i aktorskie. Dzięki temu w pierwszym jury można będzie zderzyć ludzi z różnych światów. To nie muszą być wyłącznie przedstawiciele branży filmowej, bo zadajemy sobie pytanie, jak ten film oddziałuje. Byłoby świetnie, gdyby znalazł się tam reżyser teatralny, ktoś od sztuk wizualnych innych niż kino – grono, które patrzy na kino trochę inaczej. Konstrukcja jury jest w dużej mierze zabiegiem logistycznym, ale też politycznym. 

 Drugie jury konkursu głównego powinno składać się wyłącznie z zawodowców z branży filmowej. To nie mają być koledzy oceniający pracę kolegów – tego właśnie chcę uniknąć w Gdyni. Mają to być fachowcy zdolni ocenić pracę fachowców z tej samej dziedziny.  Przy konstrukcji trzeciego jury, oceniającego konkurs etiud studenckich, możemy sobie pozwolić na dość dużą dowolność. To ma być konkurs studentów szkół filmowych, więc dobrze by było zintegrować – w skali Europy, a nawet świata – środowisko ich wykładowców.  

Nie wyobrażam też sobie, by nie było osób, które będą promować Gdynię na świecie. Nie tylko dlatego, że jest to promocja polskiego kina. Możemy zorganizować warsztat z osobą zajmującą się promocją międzynarodową i polskimi producentami, dowiedzieć się, jak sytuacja z polskimi filmami wygląda z jego punktu widzenia, na podstawie jego kryteriów. 


Czy jako dyrektor artystyczny chciałbyś oddziaływać za pomocą festiwalu na polskie kino? Co chciałbyś mu powiedzieć, do czego zainspirować, czego nauczyć?


Pytanie, na ile w ogóle czegoś można nauczyć branżę. Zasadniczą sprawą jest system edukacji. Do Gdyni przyjadą młodzi twórcy i studenci szkół filmowych. Często narzeka się na sposób prowadzenia zajęć z tą grupą, np. ze scenopisarstwa. Chciałbym, żeby Gdynia, była dla nich czymś w rodzaju błyskawicznych korepetycji, ale u zupełnie innych wykładowców. Chciałbym, żeby polscy filmowcy, mając świadomość, że ich filmy będzie oglądać międzynarodowe jury, zaczęli się zastanawiać: „Czy mój temat nie jest hermetycznie polski? Co jeśli mój film obejrzy – dajmy na to – Wim Wenders?” Ale jestem realistą, wiem, że proces pracy nad filmem obejmuje 100 elementów i taka myśl może się w ogóle nie pojawić. Po trzech latach chciałby się nie wstydzić za żaden film z konkursu głównego. Kiedy konkurs nie miał selekcji - nic nie znaczył. Znaczyła coś główna nagroda, a i ona spotykała się na ogół z dyskusjami. 

W ostatnich latach w Polsce pojawiło się wiele festiwali (ENH, Off-camera, Camerimage), które zdobyło sobie szczególną markę wśród publiczności. Na czym chcesz się wzorować? Jest jakiś szczególny przykład polski albo regionalny (np. podawany często festiwal narodowy w Budapeszcie)?


Nie podam jednego festiwalu, chcę ukraść dobry pomysł, gdziekolwiek go zobaczę. Nie ma natomiast wątpliwości, że te polskie festiwale, które wymieniłeś (a także Planet Doc czy ostatni Festiwal Filmu Amerykańskiego we Wrocławiu), zmieniły nasze myślenie o tym, jak może wyglądać festiwal. Filmy ciągle są najważniejsze, ale jednocześnie festiwal zyskuje, jeśli łączą się one ze spotkaniami z twórcami pokazującymi swój warsztat czy towarzyszącymi spotkaniami z innymi dyscyplinami sztuki. 


Wszystkie te festiwale mają „postdyscyplinarny” charakter: obudowywane są spotkaniami z reżyserami, publikacjami książkowymi, konfrontacjami kina z innymi sztukami. W zeszłym roku próbowano tego nawet w Gdyni, gdzie zaproszono pisarzy, po to, by – jak określił to jeden z organizatorów - „poszli z filmowcami na piwo”. Niestety poza piwem chyba niewiele z tego wynikło. Chcesz iść w tę stronę?


Mam nadzieję, że nie atakujesz chodzenia na piwo. To, że kilku pisarzy spotkało się przy piwie z filmowcami, było w przeszłości źródłem największych sukcesów polskiego kina.  Wracając do festiwali. Żaden z nich nie ma takich ograniczeń, z jakimi musi borykać się festiwal narodowy – może czerpać skądkolwiek, pokazywać filmy, jak chce: dokumenty, fabułę, krótkie, długie metraże. Gdynia nie ma nieskończonej puli filmów, z której może wybierać. Mamy do wyboru te czterdzieści kilka filmów z naszej całorocznej produkcji, na których się nie umiera z nudów przez pierwsze dziesięć minut…


Nie myślałeś o tym, żeby Gdynię otworzyć także na historię polskiego kina? Byłoby z czego robić retrospekcję…


…taki właśnie mam plan, sprawdzam możliwości. Jeśli Gdynia ma być miejscem promocji polskiego kina, także dla widzów nastoletnich, którzy nigdy nie widzieli Popiołu i diamentu, to musi proponować retrospektywy. Tutaj szczególnie liczę na udział prof. Hendrykowskiego, który publikuje najwięcej autorskich pozycji z dziedziny historii kina polskiego.

  

Rok 2011 jest rokiem Munka, okrągła rocznica urodzin i śmierci. Mój pomysł jest taki, żeby w tym roku w Gdyni odbyła się pełna retrospektywa Munka, wraz z pokazem odrestaurowanej wersji Eroici, która podobno – jak twierdzi Jerzy Kapuściński – będzie gotowa w ciągu kilku tygodni. Wiem też, że jest już gotowe tłumaczenie na angielski książki o Munku, która wyszła po polsku rok temu. Wyszła także reinterpretacja Eroici, właśnie pióra prof. Hendrykowskiego. Można powiedzieć, że jest to spojrzenie akademika starszego pokolenia, dlatego chciałbym, żeby przy okazji zderzyło się to z tym, jak na to popatrzy np. „Krytyka Polityczna” albo Restart, zupełnie inne pokolenie krytyków.  

  

Jeśli chodzi o publikacje festiwalowe, to w tym roku może na to nie być czasu, ale w mojej deklaracji programowej pojawiło się hasło, że festiwal powinien spróbować zbudować coś na kształt własnej biblioteczki reinterpretacji klasyki. Byłoby genialnie, gdyby taka biblioteczka składała się z wydania filmu i publikacji. Również z myślą o zagranicznych gościach festiwalu. 


Co z kinem niezależnym? Wcześniej została podjęta decyzja o likwidacji konkursu kina niezależnego. W wywiadzie dla „Wyborczej” powiedziałeś, że zgadzasz się z tą decyzją, a kino niezależne nie spełniło wiązanych z nim nadziei. Jakie miejsce widzisz dla takiego kina w Gdyni? W tym roku ma się odbyć przegląd kina niezależnego.


To jedna z koncepcji. Bodaj pięć lat temu zasiadałem w jury konkursu kina niezależnego. Przy co drugim filmie miałem wrażenie, że nie było żadnej selekcji i miałem ochotę pobić dyrektora artystycznego za to, że kazał mi oglądać te filmy. Rozmawiałem z innymi jurorami, mieli podobne odczucia. Takie głosy niestety się powtarzały. Mój wniosek z ostatniej dekady jest taki, że kino niezależne nie stało się tym, czym się mogło stać, czym mieliśmy nadzieję – może płonne – że się stanie, że jakoś powielimy amerykańską ścieżkę. Być może po dziesięciu latach trzeba powiedzieć: trudno, eksperyment się nie udał.  Konkurs znika. Nie chciałbym jednak, żeby to kino zniknęło zupełnie z Gdyni. Nie chcę, żeby zniknęła jakakolwiek część branży filmowej, a filmowcy amatorzy są częścią branży. Myślę teraz, jak skonstruować przegląd Panorama, może to jest miejsce dla dwóch, trzech najlepszych filmów niezależnych, nagradzanych na festiwalach kina niezależnego, które przecież się odbywają. Kino niezależne nie musi być amatorskie. Nie zamykam kinu niezależnemu drogi nawet do konkursu głównego. 


Jak widzisz rolę publiczności na festiwalu? Na krytyczne opinie o Gdyni składają się głosy, że jest to festiwal branży, nie widzów. Jak otworzyć ten film na „zwykłych widzów”, miłośników kina (np. studentów z Krakowa czy Wrocławia) zupełnie spoza filmowego światka?


To, co mówisz, to niemal zdanie w zdanie postulat, jaki postawiłem Komitetowi Organizacyjnemu. To nieprzyjemny symbol: festiwal polskiego kina, który nie chce mieć dużo wspólnego z widownią. Nie przesadzajmy jednak, że był zupełnie zamknięty na widownię. Prawie 40 tysięcy osób było na seansach w zeszłym roku. Zależy mi jednak na tym, żeby festiwal na ludzi otworzyć. Chciałbym wrócić do koncepcji „replik” festiwalowych, tak, żeby te filmy dało się zobaczyć np. w Gdańsku czy w Sopocie. Ale nie tylko zobaczyć. Chciałbym, żeby na pokazach obecni byli filmowcy. Ciągle jestem przed rozmową z Komitetem, Leszkiem Kopciem, szefostwem Multikina, ale chciałbym sprawdzić, czy możliwe jest pokazywanie filmów festiwalowych poza Trójmiastem. Jeżeli  festiwal pozostanie zamknięty, to za parę lat umrze w sosie własnym.


Komisja, która rekomendowała wybór nowego dyrektora, nie wybrała ciebie, ale Janusza Wróblewskiego. Ta komisja w dużej mierze reprezentowała środowisko filmowe. Czy nie boisz się oporu środowiska co do swojej koncepcji festiwalu? Czy nie boisz się, że te wszystkie, bardzo ambitne plany zderzą się z rzeczywistością? I że będziesz musiał firmować swoim nazwiskiem taki festiwal, jak był do tej pory. 


Wiem, że to zabrzmi niezręcznie, ale pozwól, że sprostuję. Jak mnie poinformowano, w komisji na mnie głosowało 3 z 5 przedstawicieli środowiska. Ci dwaj pozostali to Jacek Żakowski i Maciej Nowak, niezwiązani ze środowiskiem, głosował na mnie także poprzedni dyrektor artystyczny festiwalu. Natomiast mam pełną świadomość, że doszło do jakiegoś komunikacyjnego, PR-owego problemu związanego z niezrozumieniem przez dziennikarzy komunikatu o tym, kto powołuje, a kto rekomenduje. Pewnie, obawiam się, że środowisko, a przede wszystkim górna wiekowo część środowiska, będzie występować przeciwko zmianom. Ale gdybym nie miał wrażenia, że wspiera mnie Komitet Organizacyjny, w którym jest PISF, Stowarzyszenie Filmowców Polskich i TVP na przykład, to bym się za to nie brał.  

  

Mam wrażenie, że przekroczyliśmy masę krytyczną niezadowolenia i nadzieje dotyczące zmian w Gdyni są naprawdę duże. Spodziewam się fali niezadowolenia z różnych stron, zwłaszcza że dokonuję wyboru filmów do konkursu głównego. Budująca jest za to fala życzeń, jakie dostaję w ostatnich dniach. 

 

W polskiej branży filmowej nie mamy dziś do czynienia z jakąś wojną pokoleń. Są różne sposoby myślenia o festiwalu, które generują pewien konflikt, ale liczę, że jego wynik będzie konstruktywny.


Trzy lata temu Łukasz Barczyk zdecydował się nie pokazać Nieruchomego poruszyciela w Gdyni, protestując przeciw prowincjonalnemu charakterowi festiwalu. Jak zachęcił byś takich twórców do obecności na festiwalu? Dlaczego polskie kino powinno chcieć być obecne w Gdyni?


Po pierwsze ostra selekcja, po drugie autentyczna zmiana festiwalu, po trzecie moja niezależność. Nie wiem, czy to jest w stanie przekonać kogoś, kto był bardzo niechętny Gdyni, czy to jako widz, czy jako twórca. Ja prywatnie używam słowa „reset”: machina pozostaje ta sama, ale już od jakiegoś czasu niektóre rzeczy w niej nie działały, a nowych już nie dało się zainstalować. To nie znaczy, że wszystko wyrzucamy do kosza albo że zamykamy pokój i wyjeżdżamy do innego miejsca, tylko wciskamy guzik i od tego momentu sterowniki wskakują na swoje miejsce, okazuje się, że pewne rzeczy, które zaśmiecały pamięć, wypadły i próbujemy robić coś na tej samej maszynie, z wykorzystanie software’u, który znamy, o którym wiemy jak działa.


Ta sama metafora pojawia się w manifeście think-tanku polskiego kina Restart.


Bo ona pokazuje, że nie chodzi o to, żeby wszystko zniszczyć, tylko że jesteśmy ludźmi myślącymi. Wiemy, co działało, wiemy, co nie działa i nie będziemy się w to kolejny raz pakować i zastanawiamy się, jak skorzystać z tego, co robili inni, czy też jak wcielić w życie nowe pomysły.  



*Michał Chaciński  – krytyk filmowy, współpracuje z TVP Kultura. Będzie dyrektorem artystycznym Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni w latach 2011-2013.  

  

  

Komentarze
Dodaj nowy
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 03.03.2011 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 1.24620 Seconds