NOWOŚĆ W SKLEPIE KP

Partycypacja_okladka_150px.jpg

>>Już jest: KP30!

kp30_okladka_300px.jpg

Komentarze

polska_OST_NEW01m.jpg

CYTAT DNIA

Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem

Katalog Książek KP

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Bartoś: Kościół jako instytucja paramilitarna (1) Drukuj
Z Tadeuszem Bartosiem* rozmawia Cezary Michalski   
28.12.2011

Cezary Michalski, Krytyka Polityczna: Chciałbym, aby na początku podsumował pan konflikt wokół ks. Adama Bonieckiego. Ktoś udający idiotę albo rzeczywiście nie znający współczesnej sytuacji w polskim Kościele mógłby się zdziwić, że taki skandal wywołały wypowiedzi z pozoru oczywiste: że krzyż w parlamencie może być przez katolików zarówno broniony jak i krytykowany, bo nie jest pewne, czy w tym zastosowaniu jest to symbol religijny, czy tylko polityczny oraz że Nergal nie jest satanistą tylko estradowcem. O drugą wypowiedź mógłby najwyżej się obrazić Nergal, tymczasem obraziło się paru biskupów, wielu księży i publicystów świeckich. Co tu było skandalem?

  

Tadeusz Bartoś: W polskim Kościele szuka się od czasu do czasu wroga wewnętrznego – takiego kreta. W oczach wielu hierarchów był nim od dawna „Tygodnik Powszechny”. To stały wątek wypowiedzi abpa Michalika, a także innych hierarchów. Wewnętrznego wroga, wewnętrzną opozycję traktuje się jako istotne, a niekiedy wręcz jedyne źródło własnej tożsamości.

  

Czym ks. Boniecki i „Tygodnik Powszechny” zasłużyli sobie na taką pozycję? 

  

Jest w tym pewien komizm, bowiem „Tygodnik Powszechny” ani nie ściera się wyraziście z Episkopatem, ani nie poddaje krytycznej refleksji nauczania prymasów czy papieży, jak to się zdarza wielu środowiskom czy pismom katolickim w innych krajach. Po prostu wielu ludziom Kościoła potrzebny jest wróg. Pokazanie, kto tu rządzi, zawsze umacnia pozycję kierownictwa, bo zastrasza ewentualną opozycję. Mamy więc pewnego rodzaju licytację na wierność Kościołowi – kto da więcej. W ataku na Bonieckiego gra pewnie jakąś rolę odległe wspomnienie „Tygodnika Powszechnego” jako medium, które propagowało kiedyś myśl Soboru Watykańskiego II. Nawet jednak to odbywało się w Polsce bardzo ostrożnie z racji istnienia wówczas wroga zewnętrznego, wobec którego „Kościół nie mógł dać się osłabić”. Posoborowe reformy miały ukształtować nową kulturę wewnętrznej dyskusji w Kościele, ale w oczach wielu polskich hierarchów (zgodnie z linią Watykanu) groziło to podziałami. Bo jak katolicy prezentują różne stanowiska, różnie argumentują…


…to „działa diabeł”.

  

Taki język – dzisiaj już dla polskiego Kościoła reprezentatywny i właściwie jedyny słyszalny – jest tylko konsekwencją przyjęcia stanowiska blokującego wszelką wymianę myśli. Wróg wewnętrzny jest potrzebny po to, aby zradykalizować proces dalszego ujednolicania Kościoła. Atak na ks. Bonieckiego nie miał bowiem nic wspólnego z uderzeniem, choćby prewencyjnym, podkreślmy to raz jeszcze, w jakiś reformatorski ruch w polskim Kościele, bo niczego takiego nie ma. Miał tylko pokazać, że Kościół w Polsce jest zwartą, paramilitarną organizacją, bo taką chce być wobec niejasnej, chaotycznej nowoczesności. W policji krytykowanie porucznika przez sierżanta jest niedopuszczalne. A do tego jeszcze w mediach? W ten sam sposób chce funkcjonować Kościół – w umyśle wiernego nie powinna pojawić się nawet drobna myśl krytyczna. Tylko że przecież Kościół to nie jest policja czy wojsko, ale związek religijny – coś co ma mieć związek z duchowością, poszukiwaniem, odkrywaniem jakiegoś sensu. A do tego potrzebna jest wolność.


Skoro już jesteśmy przy policji i armii, to przegląd wojsk dokonany przy okazji sporu o ks. Bonieckiego pokazuje, że „Kościół otwarty”, który w latach 90. był nadzieją dla jednych, a grozą dla innych, w Polsce nie istnieje. Na czym polegał błąd tamtego rozpoznania, co się w Kościele stało, że kardynał Dziwisz jest dzisiaj „skrzydłem liberalnym” atakowanym przez „konserwatystów”? 

  

Dziś to wszystko przypomina jakieś walki frakcyjne w partii komunistycznej, zakulisowe i z zewnątrz zupełnie nieistotne, bez wpływu ani na „linię partii”, ani na rzeczywistość – taka licytacja na radykalność. Przecież nie można sobie wyobrazić bardziej konserwatywnego biskupa niż kardynał Dziwisz. A jednak są jeszcze „słuszniejsi”, którzy usiłują go przebić. Co do resztek „Kościoła otwartego”, to od dłuższego czasu nie mają one większego znaczenia. Ostatni księża tego nurtu funkcjonują w polskim Kościele trochę na wariackich papierach: o. Tomasz Dostatni, ks. Andrzej Luter, ks. Lemański od dialogu z Żydami. Toleruje się takie osobliwości, choć niewykluczone, że i to do czasu… Dlatego właśnie potrzebny jest przykład Bonieckiego, żeby nawet te ostatnie niedobitki uważały jeszcze bardziej na to, co mówią. Jezuita Jacek Prusak został przywołany do porządku i teraz akty lojalności i słusznej krytyki wypowiada, zaskakując zdezorientowanych czytelników-fanów. Niestety – mówię to z przykrością – świat duchownych to świat ludzi, których się knebluje, ćwiczonych intensywnie w myśleniu, jak myśleć należy. Niestety – mówię to z jeszcze większą przykrością – najlepszym modelem analizy stosunków wewnątrzkościelnych jest model partii komunistycznej. Już Innocenty Bocheński, filozof, ale też uznany sowietolog, pisał, że partia bolszewicka to imitacja struktury Kościoła katolickiego. Nie pisał jednak, że to działa też w drugą stronę. Próby reform posoborowych zawiodły. Lojalność ślepa, wolna od jakiejkolwiek krytyki, pełne podporządkowanie, milczenie.


A wiara w nowe nominacje biskupie?

  

Tu optymizm niedobitków „Kościoła otwartego” jest chyba na wyrost. Wiele nominacji jeszcze przed nami – więc zobaczymy. Z mojego punktu widzenia – czyli potrzeby podjęcia głębszej debaty na temat fundamentalnych antropologicznych podstaw obecności katolicyzmu w świecie – nie ma wielkich nadziei na to, że nowe nominacje coś zmienią. Rewizjoniści nie mają szans w zderzeniu z centralistycznym aparatem (na tym etapie dziejów). A u nas nigdy nawet rewizjonistów nie było. A co do wrażenia, jakie dziś Kościół wywołuje w opinii publicznej – jako instytucja scentralizowana postrzegany jest skrótowo, czyli poprzez twarze swoich przedstawicieli. A są to przede wszystkim twarze głównych hierarchów.


Lub kontestatorów, choćby i ostrożnych.

  

Tak było w latach 80. i 90. Teraz Kościół ma twarz biskupów Meringa, Rydzyka, Głódzia, Michalika (choć to nie zawsze sprawiedliwe dla kościelnych dołów). Na tej samej zasadzie wizerunkowego pars pro toto oparte były pewne złudzenia odnośnie Kościoła w latach 80. i na początku lat 90. Radość z istnienia „Kościoła otwartego” opierała się wtedy na kilku postaciach. To byli między innymi Tischner, Życiński, Gadacz, kilku dominikanów, jezuitów. Także Jana Pawła II postrzegano jako nadzieję „Kościoła otwartego”.

  

Przenosząc społeczny i polityczny efekt jego wystąpień w Polsce na kwestie religijne?

  

Papież znany był u nas z rozmaitych tez ogólnoreligijnych, społecznych i politycznych. Nigdy nie pokazano jego drugiego oblicza – faktycznego destruktora wolności wypowiedzi w Kościele powszechnym, nieznoszącego sprzeciwu destruktora rozwoju teologii, sojusznika najbardziej konserwatywnego skrzydła Kościoła (Legion Chrystusa, Opus Dei), pogromcy teologii bardziej otwartej, dyscyplinującego Watykan i cały Kościół szkodliwą politykę personalną. Jan Paweł II, zaniedbując wprowadzenie skutecznych mechanizmów kontrolnych, kształtował instytucję, co do której każdy człowiek mający choćby elementarne pojęcie psychosocjologiczne wie, że będą się w niej rodzić patologie. Dzięki niemałej liczbie opracowań wiemy już szczegółowo, co się działo za jego pontyfikatu, wiemy, że ukrywanie przestępstw seksualnych, skandale finansowe – wszystko to miało bezpośredni związek z wadliwą strukturą organizacyjną, uniemożliwiającą przejrzystość i nadzór, przepływ informacji (choćby mania utajniania wszystkiego). Jan Paweł II zablokował konieczne posoborowe reformy. Był w gruncie rzeczy przeciwnikiem kościelnego aggiornamento – dopasowania do współczesnych czasów. 


Patrzyliśmy na Kościół Jana Pawła II z naszej lokalnej „antykomunistycznej” perspektywy. 

  

Jednak komunizm się skończył, a nasza lokalna perspektywa się nie zmieniła. Przedstawiciele „Kościoła otwartego”, nie podejmując tematów trudnych, podtrzymywali iluzję sielanki. Gdy opublikowałem książkę Jan Paweł II. Analiza krytyczna – krytykowali ją unisono rozmaici otwarci katolicy, Życiński (że jestem Judaszem, co krytykuje grono apostolskie), ale też Hołownia i Makowski (że się nie zgadzają). Jeszcze w 2008 roku nic krytycznego nie można było powiedzieć.W latach 90. słabo docierało do naszej warstwy inteligenckiej, że te parę osób uważanych wówczas za „Kościół otwarty” nie było reprezentatywne. Dopiero pod koniec życia Tischnera dotarło do opinii publicznej, jakiemu ostracyzmowi był poddawany. A niechęć do niego trwała od lat. Inna sprawa, że przez dużą część swojej publicznej aktywności Tischner czy Życiński byli na wysokich stanowiskach, byli profesorami, dziekanami filozofii, Życiński został później hierarchą. Współtworzyli PAT, niełatwo było zaatakować otwarcie takie osobistości. Oni żyli wśród studentów, inteligencji, więc ten ostracyzm, tak bardzo ich nie dotykał, nie zawsze musiał docierać. Pozostawali w Kościele dobrem rzadkim. Szeregowe duchowieństwo było inne, często wobec ich myślenia i sposobu funkcjonowania nienawistne. Teraz tę nienawistną kulturę już znamy z wypowiedzi ks. Rydzyka i jego biskupich sojuszników. Ale Rydzyk nie powstał ex nihilo, jest reprezentatywny dla całego tego środowiska. Zanim Rydzyk stał się postacią w Kościele tak silną, Kościół rydzykopodobny trwał i miał się dobrze. Jeśli dziś antysemityzm prawie nie pojawia się w publicznych wypowiedziach duchownych, to dlatego, że muszą uważać. Natomiast „za kurtyną”, na księżowskich obiadach, naradach, niezmiennie pobrzmiewają te dobrze znane frazy. Nienawiść wobec wszystkie, co obce – to poważny problem polskiego duchowieństwa. 


Czemu Tischner i Życiński nie wychowali sobie następców w Kościele, a kto – jeśli tak można powiedzieć – wychował sobie Meringa, Głódzia, Michalika?

  

Duch wymienionych przez pana hierarchów zawsze miał się dobrze. Co do braku następców Tischnera – można spekulować. Żyliśmy w epoce Jana Pawła II, a to było jak ostatnia księga Pana Tadeusza: „Kochajmy się!”. Jest święto, dar, od pielgrzymki do pielgrzymki wielka feta trwająca 30 lat, naród szczęśliwy, Kościół rośnie, więc po co się przejmować przyszłością, po co psuć podniosły nastrój dyskusją kwestionującą kościelne status quo? W gruncie rzeczy cała ta fiesta była otumaniającą mgłą. Uśpieni zostali wszyscy, natomiast ten nurt silniejszy, liczniejszy, bardziej oczywisty, reprodukował się naturalną siłą bezwładu i z czasem zajął całą przestrzeń polskiego Kościoła.


Naprawdę nie ma ludzi w Episkopacie, którzy odważyliby się powiedzieć, że są kontynuatorami osób tak w historii polskiego Kościoła ważnych, jak Tischner czy Życiński?

  

O obliczu polskiego Kościoła decydują twarze hierarchów, a oni byli mianowani przez papieża. I są tacy właśnie. Niewielu tam zrodzonych z ducha otwartości i dialogu, raczej z poczucia zagrożenia, otoczenia przez wrogów. A Tischner, jak czyta się jego teksty, mające przecież ogromną wartość intelektualną i ludzką, gdy chodzi o problemy kościelne używał języka kryptograficznego, aluzji, mówienia nie wprost. Jak Kisiel w czasach PRL-u. Coś się mówi, czytelnik się domyśla, ale wprost się nie mówi, bo to by było za dużo. Kontrowersyjne kwestie kościelne, choćby były poważne, Tischner miał zwyczaj zbywać żartem – co w gruncie rzeczy było bardzo protekcyjne. Sam Tischner był personalistą, chciał dowartościowania jednostki, jej ukonstytuowania w Kościele, w języku religijnym, w teologii. Ale mówił o tym bardzo naokoło, o dobru, o dialogu – wystarczy spojrzeć na same tytuły jego książek i tekstów. Nie pytał o źródła patologii kościelnych, pozostał dyplomatą w kwestiach drażliwych. Niektórzy uważają, że to była jedynie słuszna polityka. Ale czy to ona właśnie nie poniosła klęski? Czy nie należało podnieść sztandary, poczuć wolność i otwarcie się sprzeciwić, wzniecić bunt przeciwko systemowi zamkniętej kasty duchownych – silnie zhierarchizowanej, wyizolowanej we własnym świecie, w celibacie (choć często tylko w teorii), z olbrzymią emocjonalną i bytową zależnością od organizacji, która nastawiona jest głównie na ochronę własnych interesów, lekceważy świeckich i potępia wszystko, co nie nasze? Ten system doprowadził do skandali ukrywania przestępstw seksualnych duchownych o wymiarze przerażającym dla wszystkich, którzy pofatygowali się, żeby uważnie prześledzić tę historię. Zapytajmy więc ostro: ile trzeba mieć lat, żeby zrozumieć, że rozmowa o dialogu „ja” z „ty” nie rozwiązuje tych problemów.


Nas samych nadmiar tego języka „dialogicznego” i tej słodyczy u Tischnera denerwował, bo to już była maniera.

  

A tymczasem ukrywało to bardzo ciekawą myśl, ale właśnie ukrywało w tym aluzyjnym, jak pan to nazywa – „słodkim” żargonie. 

  

Luter nie był taki słodki, jak Reformę rozpoczynał.

  

Technika działania dyplomatycznego i niekonfrontacyjnego w przypadku Tischnera i polskiego Kościoła się nie sprawdziła. Aluzyjność, ogólnofilozoficzność rozważań tworzy ryzyko, że nikt nie zauważy konsekwencji, jakie powinny z tego wynikać. Nikt nie zrozumie do końca, o co chodzi. Treść reformatorska nauk Tischnera do nikogo nie docierała: rozmawiano o wolności, podmiotowości, dialogu (!) na płaszczyźnie kościelnej, ale w lokalach organizacji o wyraźnie autorytarnej strukturze, nietolerującej ludzkich aspiracji do decydowania o kształcie własnego życia. I nikt tego nie widział. Wielka mgła. Także dlatego przesłanie Tischnera zostało łatwo zawłaszczone przez konserwatywną katolicką prawicę. Przecież szefem Wyższej Szkoły im. Tischnera jest Jarosław Gowin, choć jego poglądy, styl publicznego działania, wszystko to jest przeciwieństwem postawy Tischnera. 

  

Zatem jeszcze raz powrócę do pytania, gdzie tkwił błąd?

  

Z perspektywy czasu widać, że zasadniczym błędem Tischnera było lekceważenie ruchów „Kościoła otwartego” w Europie zachodniej. Dziś to już wszystko powymierało, bo ileż można „kopać się z koniem”. W czasach Tischnera jednak była jeszcze szansa na promocję wielkiego nurtu soborowej reformy Kościoła rozpisanego przez głównych twórców soborowych tekstów: Congara, Rahnera, Schillebeeckxa, Künga. Czytałem fragmenty książki Między panem a plebanem – chyba najbardziej otwartej wymiany myśli pomiędzy człowiekiem Kościoła a ludźmi spoza (Żakowski, Michnik) – gdzie Tischner kpi sobie z Hansa Künga, protekcjonalnie i zbywająco. To mną wstrząsnęło. On znał niemiecki, wyjeżdżał za granicę, mógł wszystkie teologiczne książki Künga przeczytać, a przedstawia go jako jakiegoś poddenerwowanego frustrata, którym się w ogóle nie warto zajmować. Takie podejście nie przystoi intelektualiście, to raczej funkcja zarezerwowana dla partyjnych naganiaczy. Küng napisał fundamentalne książki z obszaru współczesnej teologii i nawet nie zgadzając się z nim, nie można go tak skwitować, jak zrobił to Tischner. Küng był na soborze, w samym środku soborowej dyskusji, wiele zrobił, żeby ten Kościół miał ludzką twarz. Był też wszędzie tam, gdzie się odbywała odnowa posoborowa, dopóki jej nie zniszczono. W końcu Jan Paweł II usunął go z katedry teologii. Jak mogło to nie budzić oburzenia u ludzi nastawionych wolnościowo, personalistycznie? Dlaczego milczeli, zamiast bronić wolności debaty teologicznej? Gdyby wtedy zaczęto przyswajać w Polsce myśl posoborową (zamiast śpiewać Barkę i cieszyć się z kremówek – infantylizacja narodu udała się papieżowi w stu procentach), może wychowanoby pokolenie ludzi, którzy potrafią prowadzić spór o kształt polskiego Kościoła na poważnie, w sposób, który nie jest fikcją, nie ogranicza się wyłącznie do kwestii: fajny ksiądz – niefajny ksiądz. Tischner w tym nie pomógł – mówiąc rzeczy o dużym poziomie ogólności, nie znając albo nie chcąc w Polsce promować najciekawszej myśli teologów odnowy posoborowej (szybko skonfliktowałoby go to z Janem Pawłem II). Dzisiaj jest na to o 20 – 30 lat za późno. Pozostaje tylko walka na noże – radykalna polaryzacja. Zniknęła iluzja, że Kościół mógłby być domem wolnych ludzi. Będzie wielka ucieczka (ratuj się kto może!) – a pozostaną ci, co się nie zorientują, że jest problem.

  

  

*Tadeusz Bartoś – filozof, profesor Akademii Humanistycznej im. Aleksandra Gieysztora w Pułtusku. Opublikował m.in. Ścieżki wolności (2007), Wolność, równość, katolicyzm (2007), Jan Paweł II. Analiza krytyczna (2008), W poszukiwaniu mistrzów życia. Rozmowy o duchowości (2009), Koniec prawdy absolutnej. Tomasz z Akwinu w epoce późnej nowoczesności (2010). Prowadzi bloga „Z punktu widzenia” –  tadeuszbartos.blog.onet.pl

  

  

  


Komentarze
Dodaj nowy
eurypides77   |28.12.2011 11:50:08
Problem polskiego katolicyzmu najlepiej obrazuje fakt, że prof. Życiński był
uważany za liberała. Owszem, na tle innych hierarchów takie wrażenie mógł
sprawiać, ale to tak jak mówić, że Kubla Chan był najbardziej cywilizowanym
wśród mongolskich chanów.

Ja natomiast dobrze pamiętam niektóre jego
wypowiedzi (np. na temat "terapii leczenia" homoseksualizmu) które
wołały nomen omen o pomstę do nieba.
anuszka   |28.12.2011 14:53:32
Na dwie rzeczy mam trochę inne spojrzenie: Tak, "Kościół otwarty"
również dawniej składał się tylko z kilku znanych postaci. Ale one były
(przynajmniej patrząc z perspektywy szeregowego katolika, nie znającego
zakulisowych rozgrywek) bliżej mainstreamu. Za żadnym z ówczesnych
"otwartych" księży nie ciągnęła się automatycznie etykietka "zły,
niesłuszny, podejrzany". W środowisku inteligenckim, jak słusznie prof.
Bartoś zauważa, byli uważani za "swoich" i żadne takie etykietki tam nie
docierały. Publiczne i bezkarne przyklejanie brzydkich etykietek liberalnym
księżom stało się mainstreamem dopiero później.

Druga sprawa - pretensje do
Tischnera, że miał zaściankowe podejście do Kuenga, do tego co się działo w
zachodnim Kościele - pomimo, że "znał niemiecki i jeździł na Zachód".
Mój Boże, to nie wystarcza, by być naukowcem na skalę światową. Co najciekawsze,
Tischner doskonale (lepiej niż współcześni polscy humaniści!) zdawał sobie
sprawę, że na tle światowej nauki jest tylko Józkiem z Podhala - coś takiego
powiedział w "Między panem a plebanem". On miał przynajmniej w sobie na
tyle pokory. Jego zaściankowość to zaściankowość całej - do dziś - polskiej
humanistyki, więc nie ma co mieć pretensji akurat konkretnie do niego.
emes5756  - Czekam na część II-gą   |28.12.2011 15:58:19
Jeśli będzie tak ciekawa jak pierwsza to z góry się cieszę. Kościół (polski
szczególnie) ma to do siebie, że własnych mądrych, krytycznych i otwartych
księży albo knebluje (ks.Boniecki) albo wypycha i wyklina
(ks.ks.Węcławski,Polak,Bartoś i pewnie wielu innych, o których nie wiemy). To
jest jakby immanentnie z tą instytucją związane. W ten sposób pracowicie piłuje
gałąź, na której w społeczeństwie siedzi. A przynajmniej w jego bardziej
oświeconej części. Konar zaś, na którym siedzi w tej drugiej części ma się, wraz
z instytucją dobrze. Póki co…
Twórzmy idee, nie CO2  - @ Eurypides   |28.12.2011 18:17:15
Co cię tak dziwi w tej terapii?
Cała choćby szkoła lacanowskiej psychoanalizy to
robi, i nikt nad tym tak nie biada we Francji, a wręcz przeciwnie,
"leczy"/"wyprowadza się" homoseksualistów z homoseksualizmu. Nie
rozumiem znów tego uogólniania i chęci zrobienia z homo takiej znów normalności.
Przecież nic w efekcie na siłę. Kiedy jednak przychodzi homoseksualista do
lacanisty i chce, by go "wyleczyć", lacanista się tego podejmuje, albo
nie. Ale to homoseksualista przychodzi sam z własnej woli. Skąd więc to polskie
biadolenie nt powyższy?

Vattimo stwierdził ciekawie, że Włosi byli swego czasu
bardziej "żydowscy" od samych Żydów. Dopóki im nie przeszło. Ale wówczas
dzieje się nieznośnie i trzeba się przenieść w inne miejsce. My, Polacy,
jesteśmy w pewnych środowiskach bardziej "gejowscy" od samych homo, i z
tego to całe larmo wokół "terapii", "leczył albo nie leczył",
etc.
Jak gej chce się wyleczyć, to czemu nie? Przecież to jego osobista
decyzja.
beza   |28.12.2011 20:20:29
Anuszka - to może nie tyle pretensje, co nazywanie rzeczy po imieniu.
Kościół
tak skostniał, że trudno w ogóle myśleć o jakichkolwiek zmianach na lepsze.
Bardzo trafna, choć smutna uwaga prof. Bartosia o niepowstrzymanej polaryzacji.
Myślę, że w tej instytucji nie zmieni się nic aż do jakiegoś strasznego wybuchu
"z ofiarami w ludziach", który raczej nastąpi poza samym Kościołem. Ale
to gdzieś za sto lat.
rebTewje   |28.12.2011 21:29:17
co do przechwytywania Tischnera przez katolicką konserwę: polecam przeczytać pod
tym kątem wstęp Gowina do "Polskiego kształtu dialogu" z wydania po
śmierci Tischnera. To jest dopiero modelowy przykład przywłaszczania przez
przekłamania!
paolo  - respons do Bartosia   |28.12.2011 23:53:54
A ja trochę z innej beczki.
Jak to się dzieje, że ludzie typu Pana Bartosia (i
inni odstępcy od KK) doznali iluminacji dopiero mając lat 40-50? Czy do tego
czasu nie widzieli tego raka toczącego instytucję pod nazwą Kościół Katolicki?
Są więc, wg mnie, hipokrytami bądź infantylni mentalnie. Tertium non datur.


p.s. ale tekst bardzo interesujący
anuszka   |29.12.2011 00:03:25
Ale ja tak sobie myślę: Stan intelektualny polskiego Kościoła jest równie
nędzny, co stan intelektualny polskiej nauki. Po prostu w Polsce wszelka
działalność intelektualna jest na niskim poziomie. Nikt od nikogo nie wymaga
krytycznego myślenia, nawet w szkole. Od tego trzeba by zacząć.
Tanaka  - re:   |29.12.2011 09:50:41
anuszka napisa?:
Na dwie rzeczy mam trochę inne spojrzenie: Tak, "Kościół otwarty"
również dawniej składał się tylko z kilku znanych postaci. Ale one
były (przynajmniej patrząc z perspektywy szeregowego katolika, nie
znającego zakulisowych rozgrywek) bliżej mainstreamu. Za żadnym z
ówczesnych "otwartych" księży nie ciągnęła się automatycznie
etykietka "zły, niesłuszny, podejrzany". W środowisku
inteligenckim, jak słusznie prof. Bartoś zauważa, byli uważani
za "swoich" i żadne takie etykietki tam nie docierały.
Publiczne i bezkarne przyklejanie brzydkich etykietek liberalnym księżom
stało się mainstreamem dopiero później.

Druga sprawa - pretensje do
Tischnera, że miał zaściankowe podejście do Kuenga, do tego co się działo
w zachodnim Kościele - pomimo, że "znał niemiecki i jeździł na
Zachód". Mój Boże, to nie wystarcza, by być naukowcem na skalę
światową. Co najciekawsze, Tischner doskonale (lepiej niż współcześni
polscy humaniści!) zdawał sobie sprawę, że na tle światowej nauki jest
tylko Józkiem z Podhala - coś takiego powiedział w "Między panem a
plebanem". On miał przynajmniej w sobie na tyle pokory.
Jego zaściankowość to zaściankowość całej - do dziś - polskiej
humanistyki, więc nie ma co mieć pretensji akurat konkretnie do niego.

Tischner mial swiadomosc, ze jest tylko "Jozkiem z Podhala" ? to
rozumiem, ale ze w zwiazku z tym nie stral sie ze wszystkich
sil poszerzyc swoje horyzonty i dac glos siegajacy pozapolskiego
zascianka, ktory cokolwiek by znaczyl dla katolikow swiata? to co prawdsa
mozna pojac, bo taki niestety jest Kosciol w Polsce, ale akceptowac
tego nie sposob. bo to sprowadza Tischnera do pozycji trefnisia - ktory co
prawda powie szasem cos "nietypowego", "odwaznego",
ale zaraz sie okazuje, ze to tylko byly zarty, jakas aluzja, a w ogole
nie mowil od siebie, ale powtarzal dowcip po kims innym, wiec "co
zlego to nie on". smuci to, ze Tischner sam sie do takie roli
sprowadzal. Nie dziwi wiec, ze nie ma nastepcow. trefnisie nie tworza
niczego waznego, sa korkami na fali nastroju i tworza pozory jakiegos
"sensu" tam, gdzie rzadzi fala a nie korek.
eurypides77   |29.12.2011 11:12:55
@TworzyidenieCO2

Abstrahując od tego, że homoseksualizm nie jest chorobą,
proponowanie niedziałającej "terapii" to zwykła szarlataneria, która
prowadzi do bardzo poważnych spustoszeń emocjonalnych i psychologicznych u
"pacjenta" (z próbami samobójczymi włącznie). W najlepszym wypadku
efektem takiej działalności jest mocno zakłamany gej, który uczyni nieszczęśliwą
jakąś biedną kobietę.

Pomijam już fakt, że rodzice poddają takim
makabrycznym "terapiom" swoje nieletnie homoseksualne dzieci, co ma
przerażające skutki dla ich psychiki. Istnieją całe grupy wsparcia dla osób
które "przeżyły" takie "terapie".
Twórzmy idee, nie CO2  - @ eurypides, paolo   |29.12.2011 14:23:12
Rozumiem,
tyle że nie wiem, czy do końca również możesz zdawać sobie sprawę z
tego, że na Zachodzi faktycznie są całe seminaria poświęcone terapii homo. I
trzeba to powiedzieć: są geje, którzy nie traktują swojej "odmienności"
niby normalności, i po prostu na takie terapie chodzą. Oczywiście zawsze możesz
powiedzieć, że psychoanaliza to szarlataneria, z kolei ja mogę, że mówienie, że
"homo" to taka normalność to zwykły populizm, czy cokolwiek innego.
Co
do spustoszenia "po" terapii: myślę, że liczy się przede wszystkim
świadomość, jaką zyskuje gej, uczestniczący w terapii. Mówię świadomość
specjalnie, bo znam dwóch gejów, którzy na psychotropach jechali przez całe
życie a po tych spotkaniach zwyczajnie inaczej podchodzą do sprawy. Nie oczekuj,
że powiem, że są "wyleczeni", nie, nie są "wyleczeni", ale
faktycznie dojrzalej podchodzą do siebie i ludzi. Przecież to nie tak, że ktoś w
psychoanalizie chce kogoś innego od razu "wyleczyć". Jako że brałem
udział w takich spotkaniach i poleciłbym je każdemu człowiekowi, ot, dla wiedzy,
nie uważam, że to gorsze od na przykład "spustoszenia" wynikłego z
"tej przeklętej dewiacji, że jestem gejem". Jesteś bardzo nowoczesny, że
się tak wyrażę, ale nie sądź, że cały świat, w tym zachodni, myśli dokładnie tak
samo jak ty. Ludzie chodzą na terapie/spotkania, bo chcą wiedzieć więcej, skąd,
co. Ty traktujesz to jako fakt, inni nie traktują swojej płci jako faktu, tym
bardziej, gdy dotyczy ludzi tej samej płci.

@ paolo

Bartoś, Obirek i wielu
innych, pomniejszych braci, bardzo dużo wzięło z Kościoła (przede wszystkim
możliwości i pieniędzy), żyło za pieniądze Kościoła, a później, gdy poszło nie
po ich myśli (z założeniem, że to nie była część życiowego planu), odeszli od
Kościoła i zaczęli o nim pisać, jaki to jest zły. Oczywiście analogia na
przykład z każdą uczelnią wyższą się nasuwa wprost, i ktoś mógłby powiedzieć, że
to norma. Otóż nie, Kościół swoim akolitom daje o wiele więcej, mieszkanie,
pieniądze, nagrody (dopóki oczywiście wpasowują się w wymóg), etc. A gdy dojdzie
do zgrzytu, tacy bracia odchodzą a później zajmują się tym kościołem pisząc o
nim "całą prawdę", co nie jest oczywiście złe, wręcz dobre. Ale… jest
jedno ale. Ale czy właśnie to, że zabijają potwora, który ich karmił tyle lat
nie świadczy o czymś także przeciwko nim i ich całej wiedzy oraz etyce, tzn. nie
mówi tego, kim w efekcie byli, a jeśli nie "byli", kim w efekcie
"są"? Sądzę, że gdzieś tutaj może tkwić odpowiedź.
anuszka   |29.12.2011 19:30:13
@tanaka
"Tischner mial swiadomosc, ze jest tylko "Jozkiem z
Podhala" ? to
rozumiem, ale ze w zwiazku z tym nie stral sie ze
wszystkich
sil poszerzyc swoje horyzonty i dac glos siegajacy
pozapolskiego
zascianka, ktory cokolwiek by znaczyl dla katolikow swiata?
"

A co ty chcesz? Sam prof. Bartoś na swym blogu wyraża niezadowolenie,
że polskim humanistom każą publikować po angielsku.

@leczenie
gejów
Nawet biedny ksiądz Prusak w ostatnim Tygodniku Powszechnym pisze, że to
nienaukowe.
emes5756   |29.12.2011 22:10:49
Chciałbym sprzeciwić się parokrotnie tu w dyskusji pojawiającej sie tezie,
jakoby u podstaw odejść wielu poważnych i poważanych ludzi z kościoła leżały
względy nieetyczne (w sensie: "kąsają teraz rękę co ich latami
karmiła"). To zarzut nieuprawniony z wielu powodów. Nikt nie powiedział, że
poglądy, które kiedyś przyjęliśmy nie możemy zmienić (powiedziałbym wprost
przeciwnie, skoro z wiekiem się -chyba - rozwijamy) i jeżeli swoboda głoszenia
własnych poglądów jest ograniczana przez instytucję, z którą jesteśmy związani
(a kościół JEST taką instutucją) to mamy wybór albo milczeć albo opuścić
instytucję. Nikt nie powiedział też, że "odstępca" wybiera życie
łatwiejsze zewnątrz, niż miał wewnątrz (instytucji).Przeciwnie. Szczególnie w
Polsce. To są wszystko trudne wybory dokonujące się w kontekście wolności,
swobody myślenia i głoszenia swoich poglądów - i każdy ma do nich prawo. Powiem
drastycznie: ci którym to prawo kiedyś zabrano płaczą dziś zbiorowo po śmierci
Kim Dżong ila. Nie chcę tu czynić żadnych porównań, stwierdzam tylko,że
ograniczanie swobody głoszenia poglądów może też przybrac formę skrajnie
zdegenerowaną, totalitarną. I taka szatańska POKUSA wisi w powietrzu zawsze
czekając na sprzyjające okoliczności. Może tym szatanem warto się bardziej
zajmować?
Cyprian Skarga   |30.12.2011 01:22:18
Co do kremówek i Barki - to nie JPII to wybrał jako trzon swojej twarzy w
mediach - zostało to wybrane jako takie, bo tworzyło ludzki obraz kogoś, kto
jest w jakiś sposób odczłowieczony (bo jest głową Kościoła na ziemi). Wystarczy
przeczytać kilka z homilii wygłoszonych w Polsce żeby zobaczyć, że kremówka ma
kolce, a nauczanie błogosławionego okazywało się o wiele bardziej konkretne niż
się nam może zdawać. Oklepywane we wszystkich mediach słowa "niech zstąpi
Duch Twój" przeszły w czasie homilii bez echa - dopiero po jakimś czasie
dodano do nich oklaski. To taki szczegół odnośnie medialnej obróbki tego, co my
widzimy jako Jan Paweł II.

I, jeszcze jedno, bardzo ważne, jak sądzę.
Zedytujcie fragment w którym pojawia się o. Rydzyk w towarzystwie biskupów. Może
jestem zacofany, ale redemptorysta nie jest biskupem. To tak w ramach
sprostowania.
Jasiek  - Nie paramilitrana: terrorystyczna i zmilitaryzowan   |30.12.2011 12:13:09
Bardzo trafne i ważne spostrzeżenia. Wiadomo, dlaczego tak nie lubią Tadeusza
Bartosia w Episkopacie. Miejmy nadzieję, że Mu się nic złego nie
stanie.
Uczonemu uciekli pola widzenia Paul Drewermann, Uta Ranke-Heinemann, i
nasz nieodzałowany Stanislaw Musiał. Zgubił Profesor też po drozdze paru z
Ameryki Łacińskiej, jak Leonardo Boff i całą teologię wyzwolenia
K.   |30.12.2011 15:04:09
Pytanie pozostaje czy warto nadal tkwić w instytucji, która już wogóle nie widzi
człowieka o Bogu nie mówiąc? Czy nie czas dla prawdziwie wierzących na powrót do
domowego ewangelizowania, tak ważnego dla protestantów. A jeśli idzie o teologie
i "intelektualną" stronę wiary to już dawno temu doszłam do wniosku, że
muszę sama starać się dotrzeć głebiej. Nigdy, żaden z księży nie pomógł mi w
zrozumieniu pewnych spraw problematycznych. To było zawsze niewygodne, albo
kończyło się odesłaniem do modlitewnika. Żałosne. Co dziwnego w tym, że mamy
kościół miernot? Skąd oni mają czerpać - czy księżą się chce - skoro w
większości są nastawieni na wygodne ułożenia sobie życia. To bardzo smutne, ale
nie widzę już w kościele katolickim miejsca dla siebie. Nie chcę być traktowana
jak przygłup, któremu można wcisnąć każdą bzdurę.
Skuba  - Życiński liberał?   |02.01.2012 00:42:42
Widziałem go raz w akcji na jakimś spotkaniu katolickich naukowców na AGH.
przypominał mi wypisz-wymaluj wojewódzkiego sekretarza propagandy PZPR -
powierzchownością myśli i manipulatorstwem w wypowiedziach, no i ogromną
pewnością siebie wynikającą z funkcji! Kontrastem porażającym był prof. Heller,
którzy rzeczywiście coś mówił z sensem i z nikogo nie pouczał…
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 30.12.2011 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 1.27435 Seconds