|
W warsztacie antydyskryminacyjnym przedstawionym w filmie Niebieskoocy Jane Elliot prosi siedzących na sali wykładowej ludzi o powstanie, jeśli ktoś z nich chciałby być traktowany jak osoba czarnoskóra. Nie podnosi się nikt. Elliot powtarza pytanie, a kiedy widzi, że nadal nikt nie wstaje, stwierdza, że w takim razie wszyscy doskonale wiedzą, o co chodzi. To proste ćwiczenie pokazało, że wszyscy obecni na sali świetnie zdawali sobie sprawę, jak przejawia się rasizm i że jest on elementem codzienności. Ale nie ich codzienności - więc po co działać? I na tym właśnie polega siła rasizmu (i każdej dyskryminacji): dopóki nikt nie zadziała, aby przełamać opresyjną rzeczywistość, nic się nie zmieni.
Scena z filmu Niebieskoocy stanęła mi przed oczami w trakcie debaty poświęconej obecności krzyży w szkolnych salach, która odbyła się we wrocławskim XIV LO. Przypomnijmy, trójka uczniów tej szkoły wystosowała petycję do dyrekcji, domagając się zdjęcia symboli religijnych ze szkolnych ścian. Nikt jednak z uczestników tej debaty nie zadał licznie zgromadzonej publiczności (uczniom, nauczycielom, obserwatorom) pytania-prośby o powstanie, jeśli chcą być traktowani jak osoby innego wyznania lub niewierzące w Polsce. Szkoda, bo być może taka minidrama wywołałaby minimum empatii i pobudziła do refleksji, której zdecydowanie zabrakło na spotkaniu w renomowanym liceum.
Debaty tego rodzaju nie mają na celu zmiany sposobu myślenia przeciwników, lecz wymianę poglądów. W związku z tym konieczne są rzeczowe argumenty, polemiki, pytania do oponentów, dyskusja z obserwatorami. I rzecz być może najbardziej istotna: przestrzeń, w której obie strony mają równe szanse na przedstawienie swoich przekonań. W XIV LO wszystkie wymienione elementy zawiodły. Nie było rzeczowej dyskusji, czasu na merytoryczną debatę, pytań, które trafiałyby w sedno sprawy, zapytań od publiczności, a także równych szans na przedstawienie stanowisk. Emocje wzięły górę nad merytoryką, ośmieszenie trójki uczniów domagających się szkoły neutralnej światopoglądowo okazało się ważniejsze od dyskusji (prym wiódł tu szkolny katecheta), a konkluzję zastąpił pokaz upupienia inicjatorów akcji w wykonaniu zwolenników obecności krzyża: chłopcom wręczono zabawkową broń (a jakże), dziewczynie różowego misia, a robiący to katecheta nawoływał do podejścia do sprawy z humorem (sic!).
Na wypaczenie formy debaty szczególnie wpłynęło właśnie zachowanie katechety, a także demagogiczna retoryka red. Tomasza Terlikowskiego oraz refleksje nawróconego ateisty (jak sam siebie określił), dr. Łukasza Nyslera, etyka z Uniwersytetu Wrocławskiego. Uczniowie-zwolennicy obecności krzyża w klasie odczytywali pytania z przygotowanej uprzednio listy, nie przebierając w słowach i pozwalając sobie na prywatne wycieczki (m.in. wytknięto współinicjatorce akcji zawartość konta na Facebooku). Nie pojawiło się w zasadzie odniesienie do tematu debaty. Druga strona próbowała polemizować, ale w atmosferze emocji argumenty nie zawsze były trafne. Poziom debaty próbował utrzymać prof. Jan Hartman, filozof z Uniwersytetu Jagiellońskiego, lecz jego postulaty trafiały w próżnię.
Dlaczego nie było równych szans? Wśród przeciwników obecności krzyży w klasach głos zabierali głównie uczniowie – inicjatorzy akcji w XIV LO. Trudno było im dyskutować z drwiącymi wypowiedziami katechety, tyradami red. Terlikowskiego czy misyjnym przesłaniem etyka z UWr. Argumenty ekspertów ze strony przeciwnej (Michał Syska, „Krytyka Polityczna”, dr Piotr Mikiewicz, Dolnośląska Szkoła Wyższa, prof. Jan Hartman, Uniwersytet Jagielloński) były wykpiwane, próby powrotu do tematu ignorowane. Nie bez znaczenia był również fakt, że po stronie inicjatorów akcji nie zasiadł żaden nauczyciel. W odpowiedzi na przaśne żarty katechety sala wybuchała śmiechem, także nauczyciele, którzy nie pozostawili wątpliwości, że bezstronność jest im obca. Prowadzący debatę uznali, że jedyną ich powinnością jest kontrolowanie czasu. Niestety, nawet z tego obowiązku nie wywiązali się poprawnie. Nie przerywali, kiedy dochodziło do pyskówek, nie hamowali personalnych ataków, nie pozwolili na zadanie pytań.
Debata o krzyżach stanowiła swoiste katharsis dla szkolnych pryncypałów: dyrektor szkoły wraził ulgę, że spotkanie się odbyło. I mimo że nie załatwiło ono absolutnie niczego, zadziałało jako wentyl bezpieczeństwa, zaświadczyło bowiem, jak niezwykle demokratyczne jest XIV LO i jego dyrekcja. Kontekst przeprowadzenia debaty został delikatnie przemilczany.
Czego zabrakło? Nikt nie próbował skierować dyskusji w stronę kategorii, które mogłyby wyjaśnić i przeciwnikom, i zwolennikom krzyża w klasie, o co chodzi z zamieszaniem wokół tego symbolu. W emocjonalnych dyskusjach nie pojawiła się nawet na moment refleksja nad przemocą symboliczną, a to pojęcie wydaje się tutaj kluczowe. Nie chodzi o krzyż, o jego obecność lub brak w salach, ale o sytuację, w której grupa dominująca nie pozwala na podjęcie rzeczowej debaty i sprowadza obywatelską akcję młodych ludzi do szczeniackiego wybryku. Mając znacznie większe możliwości działania, dyskredytuje akcję uczniów, sugerując, że chodzi w niej przede wszystkim o zaistnienie w mediach i że jest to zwykła hucpa smarkaczy (opinie prof. Legutki, katechety i uczniów w debacie).
Dobrze obrazuje to sposób działania większości instytucji w społeczeństwie jednowymiarowym, ze szkołą na centralnym miejscu. Być może tym młodym ludziom – którzy podjęli obywatelską akcję i stali się ofiarami e-linczu na forach internetowych, a także ofiarami debaty bardziej przypominającej ustawkę niż spotkanie dyskusyjne – już nigdy w życiu nie przyjdzie do głowy pomysł, żeby zaprotestować przeciw czemukolwiek. Być może efektem tego zdławionego sprzeciwu będzie symboliczna śmierć wszystkich potencjalnych kontestacji szkolnych. Widząc tę symboliczną egzekucję, ci, którzy dotąd po cichu myśleli o proteście przeciwko szkolnej rzeczywistości, na zawsze pozostawią swój bunt w sferze wyobraźni, nauczeni przykładem rówieśników, że nie warto się wychylać. Ukryty program szkoły, o którym tyle piszą pedagodzy i socjologowie, zadziałał kolejny raz, a debata stała się elementem szkolnego spektaklu (dramatu?), ujawniającego, że inicjatywa uczniów nie ma szans, jeśli sprzeciwia się logice działania szkoły czy też dominującej w niej ideologii. I nie chodzi o symbol krzyża, bo każdy temat, który naruszyłby szkolne tabu, zostałby potraktowany dokładnie w ten sam sposób. Ten był po prostu niezwykle nośny. Arbitralne działania dyrekcji, brak wsparcia ze strony nauczycieli (gdzie byli etyk, nauczyciel wiedzy o społeczeństwie i pozostali?), bezrefleksyjne reakcje obserwatorów widowiska to jasne sygnały, że nie warto działać. Tak właśnie przejawia się przemoc symboliczna: jej głównym celem jest ujednolicenie podmiotów (a zatem uprzedmiotowienie ich) i reprodukowanie kultury dominującej.
Jako pedagog, badacz edukacji niepokornej, przywykłem do zawodów ze strony szkoły, nauczycieli, autorytetów. Tym razem mam też ambiwalentne odczucia wobec zachowania młodzieży, wśród której siedziałem na sali. Młodzi ludzie, którzy kilka razy zostali nazwani intelektualną elitą (wszak uczą się w jednej z najlepszych polskich szkół), nawet nie próbowali zrozumieć motywów działania trójki swoich kolegów. Odegrali rolę gawiedzi na jarmarku, którą wykorzystał do swoich celów wodzirej-katecheta. Śmiali się, kiedy infantylizował ich rówieśników, kiedy drwił z ich działań i kiedy upupiał ich prezentami na koniec debaty. Nie potrafili stanąć w obronie mniejszości w swoim środowisku. Jak zareagują w przyszłości jako obywatele decydujący o swoim społeczeństwie i kraju? Czy nie potrafią krytycznie myśleć? Czy stali się zakładnikami swojej uczniowskiej roli, w której mają reagować w taki sposób, jakiego oczekują od nich nauczyciele? Miałem wrażenie, że oglądam społeczeństwo podporządkowanych konsumentów i bezrefleksyjnych widzów. I boję się pomyśleć, że odczucie to może być bardziej prawdziwe, niż mi się wydaje…
Debata w mediach: Gazeta Wrocławska,
Gazeta Wyborcza Wrocław
dr Paweł Rudnicki - pedagog i politolog, adiunkt w Instytucie Pedagogiki Dolnośląskiej Szkoły Wyższej. Autor książki Oblicza buntu w biografiach kontestatorów. Refleksyjność – wyzwalające uczenie się – zmiana.
Na podobny temat
|