|
Nie sądziłem, że taki film w Polsce powstanie. Albo inaczej – wierzyłem że powstać musi, ale nie spodziewałem się, że stanie się to tak szybko. W Róży Wojciechowi Smarzowskiemu wszystko, co powiedziano w polskim kinie ostatnich dwóch dekad o II wojnie światowej i początkach nowej Polski udało się przeskoczyć nie tylko poziomem artystycznym, ale też niespotykaną dotąd na naszych ekranach perspektywą płciową, klasową i etniczną.
Historia wojny i pierwszych powojennych miesięcy pokazana jest tu z perspektywy kobiety. Nie inżynierowej czy generałowej, zajmującej się przez lata zawieruchy wyszywaniem na tamborku, czekaniem na męża i pielęgnowaniem jego szlachetnej pamięci. Tytułowa Róża – w tej roli Agata Kulesza – daleka jest od postaci czcigodnych polskich matron, Penelop jak z Katynia Wajdy. Mazurska chłopka posługuje się równie dobrze językiem polskim, co niemieckim. Przed wojną animatorka ludowej czytelni, o propolskich sympatiach; w czasie wojny jej dom za punkt stacjonowania obrał sobie sowiecki sztab, za co znienawidzili ją sąsiedzi. Podczas „wyzwolenia” zostaje wielokrotnie zgwałcona przez radzieckich żołnierzy. Wreszcie – wdowa po żołnierzu Wehrmachtu – wiąże się z AK-owcem Tadeuszem (Marcin Dorociński), który pojawia się w jej rodzinnej wiosce po zakończeniu działań wojennych.
Kiedy w tym kotle przemocy kolejny raz ktoś kogoś bije lub gwałci; przez dobrą chwilę zastanawiamy się, kto tym razem jest napastnikiem. Ukrywający się w lesie polscy partyzanci, repatrianci z dawnych Kresów, nowa władza i jej radzieccy sojusznicy, wreszcie miejscowa ludność – również rozdarta wewnętrznym konfliktem. Asymilować się, podpisać deklarację o „przynależności do narodu polskiego” – czy też pozostać wiernym swojej tożsamości i ulec wysiedleniu? Ostatecznie niemal wszystkich Mazurów i tak czeka wywózka, poprzedzona upokorzeniami i przemocą… Nie było w polskim kinie jeszcze tak mocnego obrazu – ba, nie było żadnego obrazu – represji dokonywanych przez Polaków na autochtonicznej ludności tzw. ziem odzyskanych. Tak, przez Polaków, a nie jakichś „komunistów” czy czerwonoarmistów – bo Smarzowski, choć ukazuje również zbrodnie wojsk radzieckich, to nie próbuje negować polskiej odpowiedzialności za los mieszkańców Mazur. Usprawiedliwienie wkłada w usta miejscowego funkcjonariusza Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego – nowe państwo polskie ma być integralne etnicznie i terytorialnie, nie może pozwolić sobie na liczną mniejszość niemiecką; a to z Niemcami głównie identyfikują się miejscowi.
Smarzowski opowiada swoją historię w sposób dużo prostszy, niż czynił to w Domu złym. Od poprzednich filmów reżysera Różę odróżniają również dużo staranniejsze, bardziej akademickie i estetyczne kadry, pozbawione rozchybotanej chropowatości Wesela czy właśnie Domu złego. Jednocześnie ten rzemieślniczy kunszt służy ukazywaniu makabrycznych scen w naturalistyczny sposób; kojarzy mi się to trochę z wczesną prozą Leopolda Buczkowskiego, zwłaszcza z Wertepami, w których pisarz bardzo malowniczo przedstawiał okrucieństwo panujące w zapadłej kresowej wsi. Często stosowaną w Róży figurą stylistyczną jest elipsa – widzimy gwałconą i mordowaną pierwszą żonę Tadeusza, cięcie – jest już po wojnie, Tadeusz zjawia się w mazurskiej wiosce… Z tych pociętych dramatów poszczególnych bohaterów, z tych nieprzystających do siebie historii kresowian,Mazurów, Niemców, akowców, peperowców, katolików, ewangelików, mężczyzn, kobiet – nowa historia państwa dopiero się wykuwa. Rzecz jasna, przemocą.
Im bliżej końca, tym więcej elips, więcej jednostkowych rozstrzygnięć – nieodwracalnych, tragicznych, ale i nieuniknionych. Nie ma tu litości dla państwotwórczych i krzepiących mitów o „wyzwoleniu”. Nie ma też powrotu do żadnego lepszego „wczoraj”: ani do wiejskiej mazurskiej sielanki, kolonizowanej wcześniej przecież przez Niemców, jak opowiada u Smarzowskiego stary pastor; ani do rzekomo lepszej – a w istocie równie kolonialnie nastawionej do mniejszości – przedwojennej Polski. Róża Smarzowskiego ładunkiem gorzkiej historiozoficznej refleksji (wiem, że brzmi to patetycznie) dorównuje najwybitniejszym dziełom Szkoły Polskiej.
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...