Camerimage, jak co roku, zaskakuje. Goszczący przedstawicieli mediów hotel Brda idealnie nadawałby się na miejsce spotkania Davida Lyncha i Stanisława Barei. Kontrastuje z nowoczesnym, eleganckim gmachem Opery Novej, gdzie odbywa się większość projekcji i warsztatów. W zagmatwanym labiryncie sal, pokoi i biur na każdym kroku widać kontrasty definiujące nową tożsamość imprezy. Na tegorocznym Camerimage niezwykła gościnność organizatorów łączy się z hermetycznością festiwalu, który sprawia wrażenie, jakby był obcym ciałem wczepionym w tkankę miejską Bydgoszczy. Przebijający z uroczystych gal elitaryzm imprezy zderza się z kolei z histerycznymi reakcjami publiczności. Dwie twarze Camerimage najłatwiej dostrzec, gdy elegancki Marek Żydowicz staje na scenie obok korzystającego ze stylizacji à la „Piknik Country w Mrągowie” Michała Lonstara. Podobne kontrasty rządzą programem festiwalu. Obok konkursów stanowiących okazję do wypromowania młodych operatorów i reżyserów, Camerimage stawia na przedpremierowe pokazy filmów uznanych twórców. Dzięki festiwalowi już teraz wiadomo, czym krytycy i widzowie będą emocjonować się w 2012 roku. Pierwszych kilka dni projekcji dostarczyło całkiem sporo materiału do przyszłych dyskusji.
Wielkie ucieczki
Jeśli w wizjach festiwalowych twórców da się znaleźć jakiś motyw przewodni, byłoby nim poczucie zniewolenia przez styl życia panujący w ramach zachodniej cywilizacji. Właśnie taka problematyka dominuje w otwierającej tegoroczne Camerimage Rzezi Romana Polańskiego. W swoim nowym filmie reżyser powraca do przepisu na sukces sprawdzonego już przy okazji Autora widmo. Polański raz jeszcze poddaje recyklingowi zużyte konwencje, wzbogacając ją o przenikliwą wizję współczesności. Rzeź ma w sobie wszystkie zalety antyburżuazyjnej satyry. Polański masakruje samozadowolenie swoich bohaterów za pomocą ostrych dialogów, zabójczego tempa i bolesnych obserwacji. W ujęciu reżysera przedstawiciele nowojorskiej high-middle class w mgnieniu oka zmieniają się w bandę obłudnych egoistów. Wykorzystująca typową dla Polańskiego obsesję klaustrofobicznej przestrzeni Rzeź przypomina bunuelowskiego Anioła zagłady przeniesionego w erę telefonów komórkowych. Właśnie nowoczesna technologia staje się czarnym charakterem filmu, który rządzi życiem bohaterów i odbiera im szansę na porozumienie.
W filmie Polańskiego gorycz reżyserskich spostrzeżeń zostaje zneutralizowana za pomocą oczyszczającego śmiechu. Takiego komfortu nie zapewnia drugi z najgłośniejszych tytułów festiwalu – nagrodzony w Wenecji Wstyd Steve’a McQueena. Brytyjski twórca znów skupia się na ciele. Tak jak w słynnym Głodzie, McQueen w beznamiętny sposób opowiada o fizycznym cierpieniu traktowanym jako współczesny rodzaj męczeństwa. Konsekwentna wizja McQueena budzi szacunek, choć w pomyśle ukazania seksu jako formy ucieczki od codziennej rutyny nie zawiera niczego specjalnie odkrywczego.
Rozstania i powroty
Film McQueena wpisuje się w charakterystyczny dla tegorocznego Camerimage cykl kinowych powrotów reżyserów uznanych za nadzieje autorskiego kina. W przypadku Toma Tykwera i Pawła Pawlikowskiego nie były to powroty udane. Mniejszą kompromitacją jest film Tykwera, po hollywoodzkich wojażach, powracającego do sprawdzonej formuły kameralnego dramatu obyczajowego. Trzy zasługuje jednak wyłącznie na słabą dopuszczającą. Niemiecki reżyser po raz kolejny portretuje zagubionych w rzeczywistości bohaterów, którzy szukają dla siebie ratunku w celebracji pojedynczej chwili. Zamierzony liryzm bardzo szybko ustępuje jednak miejsca grafomanii, a coraz bardziej wydumane koncepty fabularne nie odwracają uwagi od banału przeszywającego perypetie miłosnego trójkąta. Od całkowitej klęski ocala Tykwera wyłącznie poczucie humoru przynoszące chwilami oddech od metafizycznego patosu rodem z francuskich filmów Kieślowskiego. Nawet pod tym względem Trzem dużo brakuje jednak do radosnego ekscentryzmu cechującego pogrywające z podobnym schematem wczesne projekty Denisa Villeneuve’a.
W jednej z najbardziej kuriozalnych scen filmu Tykwera głównemu bohaterowi ni stąd, ni zowąd ukazuje się anioł przypominający jego zmarłą matkę. Prawdziwie straszną festiwalową zjawą okazała się jednak dopiero Kobieta z 5. piętra Pawła Pawlikowskiego. W nowym filmie reżysera pozbawiony ironii oryginału kicz à la Dziewiąte wrota łączy się z psychologiczną subtelnością rodem z Taty Macieja Ślesickiego. Pawlikowski bez celu snuje się po Paryżu, by po drodze wpaść w każdą pułapkę czyhającą na reżysera opowiadającego historię pogrążonego w kryzysie twórczym pisarza. Obładowany kliszami film zapowiadany jako psychologiczny thriller ostatecznie okazuje się wyłącznie niezamierzoną farsą rodem z kiepskiego teatrzyku na Montmartrze. Znacznie groźniejsza od nieudolności reżysera okazuje się jednak manifestowana przez niego mizoginia i ksenofobia. Pawlikowski przypatruje się przedstawionemu światu z perspektywy zadowolonego z siebie przybysza z Ameryki. Wyniosły intelektualista spostrzega ze zdziwieniem, że imigrant z Trzeciego Świata nie umie korzystać z toalety, a polska kelnerka na zawołanie zdejmuje krótką spódniczkę i szepcze ukochanemu strofy z Norwida. Od Lata miłości do emocjonalnej pornografii.
Ucieczka z kina „Wolność”
Na szczęście niektóre powroty okazały się udane. Świetne wrażenie pozostawili po sobie Spadkobiercy, pierwszy od siedmiu lat projekt Alexandra Payne’a. Nowy film amerykańskiego reżysera obraca się w kręgu tej samej tematyki, co Bezdroża i Schmidt. Tak jak przed laty Payne znów opowiada historię mężczyzny, który nie potrafi dojrzeć do swej społecznej roli. W obliczu śmiertelnego wypadku żony zamieszkały na Hawajach bohater Spadkobierców bardzo szybko musi jednak przejąć odpowiedzialność za dwie dorastające córki. Towarzysząca poczynaniom mężczyzny dezorientacja znajduje znakomite odbicie w strukturze filmu. Podążający za tokiem myślenia postaci Spadkobiercy błyskawicznie potrafią zmienić nastrój i tonację. W obrębie jednej sceny bywają jednocześnie bezlitośni i sentymentalni, sarkastyczni i śmiertelnie poważni. Pod względem psychologicznego zniuansowania film Payne’a przypomina wręcz przebrane w hawajską koszulę komediodramaty Mike’a Leigh.
Dalecy od sielankowości Spadkobiercy niosą za sobą dawkę mądrego optymizmu. Tak jak inne najlepsze filmy tegorocznego festiwalu biorą przykład z bohaterów, którzy toczą walkę z ograniczającymi ich życie konwenansami. Reżyserzy formatu Polańskiego, McQueena i Payne’a wiedzą, jak opisać schematyczną rzeczywistość w sposób przełamujący rutynę. Złożona głównie ze studentów publika Camerimage doskonale wie, że ma się od kogo uczyć. W miarę kolejnych seansów początkowo irytujący entuzjazm niezdyscyplinowanej widowni staje się coraz bardziej zaraźliwy.
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...