|
Na Ewę Adama Sikory i Ingmara Villquista szedłem z mieszanymi uczuciami. Specyficznie polski gatunek - „film śląski” - zawsze budził moją niechęć. Temat również napełniał obawami. Żona byłego górnika, która zaczyna uprawiać prostytucję by utrzymać rodzinę – nietrudno tu popaść w melodramatyczny sentymentalizm lub moralizatorski ton kaznodziei. A tu – niespodzianka. Już od pierwszych minut filmu widzimy, że Sikorze i Villquistowi udało się uniknąć pułapki związanej nie tylko ze „śląskim” nurtem naszej kinematografii. Chodzi o szerszy problem ukazywania w filmie ludzi z nizin społecznych oraz społecznego wykluczenia. Pisał o tym niedawno w książce Kino polskie 1989-2009. Historia krytyczna Jarosław Pietrzak, wykazując że przedstawianiu proletariuszy w polskim kinie towarzyszy rasizm klasowy. Biedni w filmach takich, jak Cześć, Tereska sami są winni swojej sytuacji, nie umieją wykorzystywać nadarzających się okazji odmiany swego losu, wreszcie – często są również zdegenerowani moralnie. Drugim biegunem jest sentymentalna idealizacja biedy i ukazywanie dotkniętych nią ludzi jako szczęśliwych „dobrych dzikusów” - jak w filmie Rezerwat Łukasza Palkowskiego. Autorzy Ewy nie poszli żadną z tych dróg. Środowisko „zredukowanych” górników dorabiających zbieraniem złomu traktuje się tu z życzliwością, jednak bez baśniowej otoczki. Erwin, mąż tytułowej bohaterki, nie jest agresywnym i zadufanym „roszczeniowcem”, jak choćby górnicy ze śląskiej noweli Ody do radości, czy innym „społecznym pasożytem”. Uporczywie szuka pracy, próbuje dostosować się do powtarzanych przez media i pracowników urzędu pracy zaklęć o konieczności opanowania obsługi komputera i znajomości języków obcych – zaklęcia te jednak nie działają. Również świat codzienności i rozrywek zdegradowanych przez transformację rodzin – urodzinowe imprezy, bary piwne, prowincjonalna elegancja towarzysząca wspólnym wyjściom na karaoke – nie są dla realizatorów filmu okazją do ośmieszenia bohaterów ani budowania w widzu poczucia wyższości. W polskiej kulturze, przenikniętej pogardą dla tego, co plebejskie - to już bardzo dużo. Śląsk – jak zazwyczaj to bywa – pokazywany jest w Ewie przede wszystkim z perspektywy familoków. Jednak – w odróżnieniu od swoich poprzedników – Sikora i Villquist ukazują ten region wielkich nierówności społecznych również od strony podmiejskich burżuazyjnych osiedli, z willami nie ustępującymi tym należącym do bohaterów warszawskich komedii romantycznych, a także – co ważne - katowickich wieżowców. Tam, w kawiarni na czterdziestym ósmym piętrze, spotykają się pracownicy coraz liczniejszych korporacji. Tam także tytułowa bohaterka poznaje swoją pracodawczynię. Nie wie jeszcze, że jest ona po prostu sutenerką. Elegancka i uprzejma pani przypomina bardziej świetnie zarabiającą menadżerkę czy prawniczkę, nie zaś typową filmową „burdelmamę”. Bo i sam burdel zorganizowany jest jak korporacja – główna bohaterka zaczyna karierę od najniższego szczebla, sprzątaczki. Później otrzymuje awans na barmankę, w międzyczasie zaś – szefowa motywuje ją dodatkiem „na kosmetyczkę” czy służbową komórką, którą pracownica cieszy się jak dziecko. Społeczny awans i samodzielność finansowa fascynują główną bohaterkę. Gdy przychodzi do decyzji, czy przejść do świadczenia usług seksualnych, czy wracać do nędzy familoka – nie umie się wycofać. Poniżona przez biedę, nie potrafi się oprzeć. Podobnie czyni jej mąż – gdy przedstawiciel firmy kredytowej „Wolność” kładzie przed nim na stole pięć tysięcy złotych w gotówce, nie może zdobyć się na przeczytanie umowy. Podpisuje ją od razu – i wpędza rodzinę w wieloletnie spłacanie lichwiarskich procentów. Przykłady zmysłu społecznej obserwacji reżyserskiego tandemu można mnożyć. Twórcy wpisują fabułę filmu w kontekst katastrofy w kopalni „Halemba”. Pojawia się ważny, choć poboczny, wątek krytyczny: patologie związane z nowymi formami wydobywania węgla, wynajmowaniem przez kopalnie - dla cięcia kosztów - zewnętrznych firm „górniczych”, zatrudniających niewykwalifikowanych pracowników i niedbających o standardy bezpieczeństwa. To kolejny ważny aspekt śląskiej rzeczywistości, świata w polskim filmie dotąd nieprzedstawionego. Sikora z Villquistem nie składają się razem na polskiego Kena Loacha. Jednak „film śląski” nigdy nie był jeszcze tak blisko kina społecznego.
Na podobny temat
|
Przekonują mnie Twoje argumenty i spo...
Nie odpowiem, choć odpowiadam każdemu...