|
Rafał Ziemkiewicz staje na rzęsach, żeby zostać głównym bohaterem tych felietonów. I trzeba przyznać: to, że od czasu do czasu przyciągnie uwagę Tomasza Piątka – to w jego wypadku sukces. Bo zasadniczo Ziemkiewicz jako taki uwagi nie przyciąga. Głoszone przez niego brednie, raz neoliberalne, raz endeckie, są jak jak jajko sadzone bez żółtka i soli: jednolicie płaskie i bez smaku. W Polsce ostatnio zdarzył się cud. Neoliberalny rząd Platformy podpisał Pakt dla Kultury, zobowiązując się, że za cztery lata jeden procent z budżetu państwa przeznaczony będzie na kulturę. I chodzi tu nie tylko o mecenat państwa wobec poszczególnych artystów i projektów artystycznych. Chodzi także o działania masowe: edukację kulturalną, promocję czytelnictwa. Po podpisaniu Paktu radość wyrażali biedni, niedofinansowani bibliotekarze z prowincji. Okazało się, że ich głos też coś znaczy.
A co na ten temat napisał Ziemkiewicz w poniedziałkowej „Rzeczypospolitej”? Ano coś tak płaskiego jak jajko sadzone. Ziemkiewicz w całym ruchu Obywateli Kultury dostrzega tylko jedno: artychy szarpią się o kasę dla siebie! Przypomina się, co opowiadał Słonimski o pogrzebie Żeromskiego. „Na biednego nie trafiło” – sapnęła z satysfakcją jakaś baba, patrząc na trumnę. No bo jakbyście nie wiedzieli, to chodziło o forsę – komentował Słonimski – Żeromskiemu na pewno tylko o forsę chodziło.
Dodatkowo jeszcze te wszystkie artychy walczące o kasę mają jedną brzydką cechę: są lewicowe – pisze Ziemkiewicz. Gówno prawda. W obronę kultury zaangażowali się przedstawiciele wszystkich opcji politycznych, na przykład konserwatysta Maciej Strzembosz. Co więcej: Jarosław Kaczyński podpisał się pod apelem o jeden procent z budżetu na kulturę. „Proszę pani, PiS jest partią inteligencką” – powiedział przy tej okazji do Beaty Stasińskiej. Ziemkiewicz nie bierze tego pod uwagę, bo najzwyczajniej o tym wszystkim nie wie. To kolejny przykład słynnego researchu ziemkiewiczowskiego, który polega na pisaniu bredni o sprawach, których się kompletnie nie zna. Podobnie jak w przypadku obłudnych narzekań Ziemkiewicza (który ostatnio nawrócił się z neoliberalizmu na endecki solidaryzm), że elity artystyczne walczą o pieniądze dla siebie, a nie dla pielęgniarek czy stoczniowców. Najwyraźniej nie zauważył wielkiej zmiany, jaka zaszła w postawach artystów i ludzi kultury, którzy po dwudziestu latach przestali popierać Balcerowicza (do tego stopnia, że Olga Lipińska przepraszała za swoje kabaretowe pro-balcerowiczowskie piosenki, szydzące z „prostych ludzi”). Najwyraźniej nie przeczytał nawet felietonu Macieja Nowaka Prymusiki na witrynie KP.
Ale najbardziej niedosięźne wyżyny oderwania od rzeczywistości Ziemkiewicz osiąga, kiedy opowiada o wyżej wspomnianej Beacie Stasińskiej. Zarzuca jej, że nie chciała wydać powieści mówiącej, że kara śmierci jest dobra. Z tego miałoby wynikać – według pokrętnej logiki ziemkiewiczowskiej – że Beata Stasińska jest zła. Ja osobiście uznałbym taką decyzję (o niewydaniu pro-śmiertelnej powieści) za godną szacunku. Ale akurat tak się składa, że takiej decyzji nie było, cała opowieść Ziemkiewicza jest kompletnie wyssana z palca. Tym samym Ziemkiewicz spadł na poziom Łysiaka.
Ale dość o Ziemkiewiczu. Jego bezczelność jest nudna, płaska i bez soli. Zajmijmy się kimś, kto umie być bezczelny z solą i pieprzem. Duński reżyser Lars von Trier nie dostał Złotej Palmy w Cannes, choć wszyscy zachwycali się jego filmem Melancholia. Słynny filmowiec został uznany za festiwalową persona non grata, ponieważ stwierdził, że potrafiłby współczuć Hitlerowi. Podobno ta wypowiedź przesądziła o przegranej filmu.
Moim zdaniem jest to dowód na to, jak nisko spadła wartość Złotej Palmy. Von Trier przez całe życie robi rzeczy złe i głupie, ale, jak to u Duńczyków, w tym szaleństwie jest metoda. Okrucieństwo i chamstwo to jego sposób na autopromocję (Ziemkiewicz powiedziałby zapewne: „chodzi o kasę”! – ale w przypadku von Triera mamy przede wszystkim do czynienia z pragnieniem sławy, nieustannego przyciągania uwagi innych ludzi). O jego wyczynach krążą niesamowite opowieści: podobno podczas wywiadu telewizyjnego prowadzonego na żywo nagle stwierdził, że musi rozstać się ze swoją żoną i oznajmił to zaskoczonym widzom, zdejmując spektakularnie obrączkę. Niczego nie podejrzewająca żona oglądała to w telewizji razem z setkami tysięcy widzów – i w ten właśnie sposób, z telewizji, dowiedziała się, że jej małżeństwo się skończyło. Innym razem nasz wrażliwy reżyser odmówił przyjazdu na jakiś festiwal filmowy, tłumacząc się lękiem przestrzeni – i przysłał organizatorom film z nagranymi przeprosinami, które recytował stojąc na szczycie wysokiego wzgórza, nad brzegiem morza.
Tym razem von Trier świadomie zrezygnował z szans na nagrodę. Najwyraźniej stwierdził, że więcej uwagi przyciągnie sympatia dla Hitlera, niż najgłośniejsza nagroda festiwalowa. To pokazuje, jak nisko upadliśmy. Ziemkiewicz na poziom Łysiaka, a Złota Palma – poniżej Hitlera.
www.tomaszpiatek.pl
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...