|
Co do tego, że żyjemy w dżungli, nikt chyba nie ma wątpliwości. Ciekawą cechą naszej dżungli jest to, że patronuje jej dobrotliwy, wąsaty gajowy. Patronuje to mało powiedziane – gajowy jest Głową Dżungli. Patrząc na miłą i pulchną Głowę, można pomyśleć, że ta Dżungla nie taka straszna. Może to i pociecha dla małych małpek, regularnie rozszarpywanych przez ścierwniki i lamparty. Ale pociecha słaba: wszyscy przecież wiedzą, że tak naprawdę Dżunglą rządzi Rudy Lisek, oficjalny reprezentant Ścierwników i Lampartów.
Gajowy ostatnio się wypowiedział na temat wolności, która panuje w Dżungli i jej okolicach, także tych dalszych: „Czasami dla zasady Polska może jechać nawet bardzo daleko, w imię zasady: za naszą i waszą wolność, ponieważ - nie mamy żadnych interesów ani w Iraku, ani w Afganistanie”. Jasne, wolność, która polega na tym, że zajmuje się kraj, zabija i torturuje się ludzi, grabi gospodarkę, a lokalne władze poddaje się kontroli władz okupacyjnych. To, że Saddam Husajn też nieźle dręczył Irakijczyków, to słaba pociecha. Używanie tutaj hasła „za naszą i waszą wolność” to już nie skandal, a czysty i okrutny surrealizm. Powstanie Styczniowe nie miało kompletnie sensu, ale jego czerwoni bohaterowie używali tego hasła z sensem jednak większym. Teraz, słuchając Komorowskiego, przewracają się zapewne w swych mogiłach.
Dlaczego Polacy tak łatwo nazywają wojnę, grabież i zniewolenie wolnością? Dlaczego spokojnie godzą się z taką mową? Dlaczego polska masa jednomyślnie-bezmyślnie kupuje plastikową propagandę z Ameryki? I właśnie, jak to się ma do naszej wolności? Podobno przecież kochamy wolność i jesteśmy indywidualistami! Czemu nasza wolność i indywidualizm wyraża się w nieuczciwości i śmieceniu, a nie w myśleniu? Zawsze byłem zdania, że myśleć należy indywidualnie, a działać wspólnie. Tymczasem Polacy działają indywidualnie, a myślą niemal wszyscy tak samo – jak jedno stado baranów. A może koni? Ale o koniach zaraz.
Odpowiedź na powyższe pytania daje nam dalszy ciąg wypowiedzi Komorowskiego: „Ale jak się idzie na polowanie, daleko w głęboki las, to trzeba wiedzieć, że własny dom jest zabezpieczony, że własna kobieta, własne dzieci, własna chałupa są zabezpieczone”. O co tu chodzi? Nie tylko o to, że pan prezydent w lesie, a tu w chałupie Miedźwiedź. „Własna kobieta” – to jest klucz do polsko-komorowskiego myślenia-niemyślenia. Nie „żona”, tylko „kobieta” i to nawet nie „moja” („moja Hania” to i ja mówię). Nie, nie, nie „moja Hania” czy „moja Ania”, tylko „własna kobieta”! Własność! Własna kobita, tak samo własna, jak własna chałupa. I własne dzieci (dobrze, że nie otroki albo famulusi, staropolskie dwunożne mienie). Ale ten język wyraża nie tylko patriarchalizm Komorowskiego i jego targetu. Ten język wyraża całą polsko-komorowską mentalność. Przyjazna przestrzeń to wyłącznie chałupa. Naokoło chałupy – ciemny, głęboki las. A chałupa przyjazna jest tylko dlatego, że udało się ją zdominować – włącznie ze zdominowaną kobietą i dziećmi. Trzeba okopać się na malutkiej przestrzeni i profilaktycznie zdominować na niej wszystko, co się rusza – bo naokoło ciemny, groźny las. To nie tylko patriarchalizm, powtórzę. To polski patriarchalizm czyli anarchofeudalizm albo anarchofaszyzm. Autorytaryzm rozproszony, który Polacy nazywają „wolnością”.
Ta anarchia, to rozproszenie „chałupek dominacji” w ciemnym lesie – jak to się ma do stadnej jednomyślności? W swoim znakomitym szkicu o Swifcie George Orwell analizuje swiftowską utopię – kraj myślących koni. Myślące konie żyją w rolniczej anarchii. Każde gospodarstwo sobie, zarządzane przez jednego suwerennego ogiera. I jakimś cudem wszystkie konie myślą identycznie i wyznają te same wartości. Ich społeczeństwo jest perfekcyjnie nudne i konformistyczne. Nic dziwnego, mówi Orwell. I rzeczywiście nic dziwnego: społeczeństwo, które jest aż tak rozproszone i rozdzielone w działaniu, musi być superspójne w myśleniu, musi trzymać się tych samych konwencji z żelazną konsekwencją. Inaczej by się rozpadło, bo byłoby już aż nazbyt niespójne.
Co więcej, anarchia, słabość więzi oficjalnych, zmusza członków społeczeństwa anarchicznego do jak najsilniejszego zacieśniania tych nieoficjalnych więzi, które mogą jeszcze przetrwać słabość państwa. Aż z tych więzi robią się więzy. Przede wszystkim chodzi tu o więzi/więzy rodzinne. To dlatego Proudhon, szukając anarchii doskonałej, wymyślił coś, co Hercen nazwał najpotworniejszą tyranią rodzinną: władza absolutna ojca nad życiem i śmiercią wszystkich, od najstarszego syna po kota, myszkę i muchę. To dlatego ideolodzy Tea Party, międlący: „wolność, wolność, wolność” przy każdej okazji, jednocześnie zastrzegają sobie: „w domu jestem tyranem”. To dlatego nasz rodzimy, sarmacki ultra-neo-liberał, Janusz Korwin Mikke, występując jako autorytet wychowawczy, tak obsesyjnie zachwalał bicie żony i dzieci. Panie Korwin, ja mam nadzieję, że pana córka, kiedy zacznie się leczyć, opowie kiedyś pańskim ogłupiałym wyznawcom o różnych źródłach swoich problemów. Ja na ten temat nic już więcej nie powiem, nie będę się bardziej wpieprzał w wasze prywatne życie. Ale zaznaczę, że ja akurat wiem, jakim to wspaniałym pan jest wychowawcą.
Wracając do meritum: moim zdaniem, gdyby Polacy zaczęli żyć bardziej wspólnotowo i solidarnie, po pewnym czasie odważyliby się myśleć bardziej indywidualnie. Z wielu względów nie jest przypadkiem, że jedyny okres, w którym Polska była intelektualnie ciekawa, to okres wspólnoty. Złej, wymuszonej, PRL-owskiej, ale jednak wspólnoty.
Pewnego dnia przeczytałem artykuł o małych małpkach, żyjących w dżungli, w której są regularnie rozszarpywane przez ścierwniki i lamparty. Badanie tych małpek pozwoliło naukowcom ustalić, że zwierzęta znają pojęcia abstrakcyjne. Okazało się, że w ich języku „piou, piou” znaczy ścierwnik, a „hek, hek” znaczy lampart. Natomiast „piou, piou, hek, hek, hek” znaczy „Ogólnie jest tu przejebane, trzeba spieprzać”. Niedługo po przeczytaniu tego artykułu wjechaliśmy z moją Hanią w Grójcu na dziwny placyk, na którym były dwa osobliwe znaki drogowe, a właściwie nie znaki, raczej piktogramy, niemal komiksy. Na jednym z nich schematycznie zaznaczono-wyrysowano wszystkie możliwe nieszczęścia, jakie mogą spotkać pieszego, ze złamaniem nogi włącznie. Na drugim zaprezentowano kraksy, jakie mogą spotkać samochód. „Co to znaczy?” – zapytała Hania. „Piou piou, hek hek hek” – odpowiedziałem.
Piou piou, hek hek hek. Taka jest rzeczywistość, która nas otacza. I takie jest myślenie, w którym jesteśmy zanurzeni. Powszechny strach – i pojęcia abstrakcyjne na poziomie makaków.
Felietony Tomasza Piątka publikujemy we wtorki i w piątki. www.tomaszpiatek.pl
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...