|
W środku Europy, przynajmniej tej geograficznej. W środku Polski. Miasto zabytek. Wielkie skupisko ścisłej secesyjnej zabudowy. Teraz gnijącej. Urbaniści proponują wyburzenie całego zabytkowego centrum Łodzi, bo mówią, że po stu dwudziestu latach bez remontu, tego wyremontować się już nie da. To było prawie milionowe miasto. Oficjalnie, według meldunków, zostało siedemset tysięcy mieszkańców. Faktycznie o wiele mniej – wyjeżdżający łodzianie zazwyczaj się nie wymeldowują. Ci wykształceni i świadomi nie robią tego specjalnie – chcą tu płacić podatki, aby część ich pieniędzy szła na to miejsce, które ciągle uważają za swoje. Pozostali nie zawsze nawet wiedzą, że istnieje coś takiego jak zameldowanie. Zresztą, zameldowanie nie jest już obowiązkowe, więc nie muszą wiedzieć.
Trudno więc powiedzieć, ilu ludzi mieszka w Łodzi. Na peryferiach widać ich więcej, bo na peryferiach są blokowiska, a w Łodzi mieszkanie w bloku to luksus. Łódzka „klasa średnia” mieszka w czymś, co wygląda jak warszawskie Bródno - i bardzo to sobie chwali. Łódzka „klasa średnia” jest szczęśliwa, że uciekła z centrum. Bo centrum to zagrzybione, przegniłe rudery, wyglądające jak odrobinę mniej zniszczona dzielnica popowstaniowej Warszawy. Tyle że tu powstania nie było…
Fasady odrapane, z odpadającym tynkiem, albo – za sprawą śmiesznych, absurdalnych działań zwanych tutaj rewitalizacją - obite czymś w rodzaju ohydnego aluminiowego sidingu, od razu zresztą demolowanego przez łódzkich złomiarzy (tak jest na ulicy Nawrot). Złomiarze kradną też ostatnie łódzkie tabliczki z nazwami ulic (te ładne, metalowe, z przedwojennym liternictwem). Do tego - potworne bruki, połamane chodniki, asfalt na jezdni z dziurami o głębokości ćwierć metra. I tonące w gnoju podwórka, wybrukowane przeważnie gęsto nasadzonym gównem, nie tylko psim. W domach przy ulicy Wschodniej ludzie mieszkają w mieszkaniach bez drzwi wejściowych.
Nic dziwnego, że ludzie stąd uciekają. Najpierw uciekła inteligencja, do Warszawy. Potem ci wszyscy, którzy w ogóle byli w stanie pracować – do Manchesteru i Dublina. Zostali tylko ci, którym coś bardzo utrudniało mobilność: matki z dziećmi, emeryci, alkoholicy. W jednym roku w Łodzi zbankrutowało 2000 sklepów. Przybywa wyłącznie sklepów z alkoholem. Kiedy się wprowadziłem, miałem dwa pod domem. Teraz, kiedy się wyprowadzam, mam ich już cztery.
Nie mam zamiaru kiedykolwiek wracać do Łodzi. Żal mi jest łodzian. Widać w nich resztki dawnej łódzkiej mentalności – robotniczej, pepesiackiej. Ludzie pracowici, inteligentni, a skromni. Na szczęście nie muszę jeździć do Łodzi, żeby ich spotykać. Większość moich przyjaciół-łodzian nie mieszka już w Łodzi.
Wiem, że ich ranię pisząc te rzeczy – łodzianie zwykle kochają swoje miasto i wypierają bolesną prawdę. Kiedy im tę prawdę mówię, odpowiadają: „Przecież tak jest wszędzie, nie tylko w Łodzi”. Albo: „W Warszawie też widziałem parę zrujnowanych domów”. Jednym ze sposobów wypierania prawdy jest obsesyjne zajmowanie się wspaniałą łódzką przeszłością. Ale częstsze jest obsesyjne zajmowanie się wspaniałą łódzką przyszłością. Bo łódzka przyszłość jest obowiązkowo wspaniała! Przecież w Łodzi zbudowano wspaniałą Manufakturę! (stylowe centrum handlowe, które odebrało klientów sklepom i restauracjom Piotrkowskiej, przeobrażając tę ulicę w jedną wielką zarzyganą pijacką kebabiarnię, bankrutującą zresztą). Przecież w całym centrum miasta zostanie kiedyś wykonane to, co nazywam najkrótszym łódzkim dowcipem na „R” (Co to jest? REWITALIZACJA, oczywiście). Powinien być to raczej dowcip na „G”, bo przez rewitalizację Urząd Miasta rozumie gentryfikację i to wyjątkowo gównianą. Niszczy się zabytkową fasadę jakimś mega-sidingiem, albo usuwa gzymsy i tynkuje na biało, żeby zabytek secesji wyglądał jak apartamentowiec na Kabatach.
Moja żona, Hania, która jest łodzianką, nazywa tę strategię: „czekaniem na Wspanialców”. Że niby wyrzucamy pogardzanych łódzkich żuli z budynku, tynkujemy grzyba na biało, a potem spokojnie czekamy, aż klasa średnia z Warszawy, skuszona niskimi cenami, sprowadzi się tutaj i zmieni oblicze tej ziemi, łódzkiej ziemi. Na takiej strategii opierał się nieudany łódzki szwindel stulecia, czyli Nowe Centrum Łodzi. Pod pozorem budowy obiektów kulturalnych, przy dworcu Fabryczna miał powstać plastikowy kompleks handlowo-biurowo-apartamentowy. Notable i inwestorzy aż gulgotali z zachwytu: „Klasa średnia znużona bezduszną Warszawą przeniesie się tutaj, gdzie wszystko jest bardziej prawdziwe i charakterystyczne”. Na pewno: w ciągu kilku dni mój syn raz widział jak kilku chłopaków gwałci dziewczynę w bramie, a za drugim razem ktoś mu próbował wyciąć nożem napis „JUDE” na czole. Taka charakterystyczność sprawi, że Wspanialcy zlecą się do Łodzi jak do miodu. Szczególnie ci, którzy mają dzieci.
Właśnie: kultura. Nowe Centrum Łodzi jest dobrym przykładem tego, jak wygląda ożywianie Łodzi przez kulturę. Podobnie jest z pomysłem, żeby Łódź za kilka lat została Europejską Stolicą Kultury. No bo wtedy przyjadą jeszcze wspanialsi Wspanialcy, bo już nie Warszawo-Wspanialcy, ale Euro-Wspanialcy. Przyjadą i odmienią oblicze tej ziemi, łódzkiej ziemi.
No ale Euro-Wspanialcy, ci z klasy średniej, ci co mają kasę, to wprawdzie szukają wrażeń, ale nie aż takich wrażeń. Przy okazji mistrzostw koszykówki przyjechało do Łodzi trochę Euro-Wspanialców, zwymiotowali i wyjechali. I długo jeszcze wymiotowali w mediach i w internecie na temat potworności Łodzi (które to reakcje budziły w łodzianach, jak zawsze, szczere zdumienie).
Raz brałem tam udział w dyskusji na temat tego, co zrobić z Łodzią. Powiedziałem tam, że mamy do czynienia ze śmiercią miasta i że powinien powstać Narodowy Plan Ratowania Łodzi. Państwo musi przygotować go natychmiast, bo zaraz już nie będzie co ratować i Łódź będzie wykorzystywana jedynie jako dekoracja do filmów wojennych oraz boisko do paintballa. A jeżeli nie możemy liczyć na pomoc narodu i państwa, to proszę bardzo, nastawiajmy się na Euro-Wspanialców, tyle że trochę innych. Nie tych z klasy średniej, nie tych kasiastych, ale tych, którzy są odpowiednio wytrzymali i mogą dać Łodzi bardziej prawdziwe ożywienie kulturalne. Amsterdam właśnie likwiduje swoje squaty, powiedziałem, zaprośmy squattersów do Łodzi. Zróbmy tu mega-squatternię, niech powstają nieformalne lokale, teatry, centra kultury rewolucyjnej, jak zwał, tak zwał. A że się zjadą pańczury, to bardzo dobrze, wreszcie spuszczą wpierdol kibolom, tym z Widzewa i tym z ŁKS-u, bo jedni i drudzy sobie nagrabili (w Łodzi mieszkałem na granicy dzielnic i ciągle ktoś mi kogoś mordował pod oknem – Hania zresztą uważa, że likwidacja obu superkosztownych klubów w nędzarskim mieście byłaby jak najbardziej wskazana).
W dyskusji brało udział, oprócz mnie, kilku neoliberałów, których nie znam i nie chcę pamiętać. Jeden z nich wydął wargi i powiedział: „No, miałem nadzieję, że przedstawiciel Krytyki Politycznej zgłosi jakąś poważną propozycję…” – jakby Amsterdam i Berlin nie wypłynęły na swoich squatach. Ale najwyraźniej misiek nie był w stanie zaakceptować innych Wspanialców niż krawaciastych i kasiastych. Mówiłem też o tym, jak deweloperzy podkładają ogień w starych secesyjnych kamienicach (tylko na jednej ulicy Tuwima, gdzie mieszkam, w ciągu półtora roku zdarzyło się kilka tajemniczych pożarów). Deweloper podpala kamienicę, żeby wykurzyć brzydkich nie-Wspanialców, uzyskać pozwolenie na zburzenie budynku jako pożarowo-niebezpiecznego i zbudować na jego ruinach apartamentowiec dla mitycznych Wspanialców, którzy kiedyś nadejdą. Kiedy o tym mówiłem, inny neoliberał, który siedział obok mnie, podśmiewał się przez cały czas: „Oj, ci źli kapitaliści… Oj, ci źli kapitaliści, są tacy źli…”. Jednak ci, z którymi się zadawał, naprawdę okazali się źli, bo w dwa tygodnie po tej dyskusji poszedł siedzieć. Nie posłużyły mu znajomości wśród krawaciastych i kasiastych Wspanialców. To zresztą jest temat na osobny felieton: jak gnijąca Łódź jest rządzona przez zgniłych ludzi, przez bizneso-morderco-notabli, a dokładnie przez pewnego Nekro-Witka, zainteresowanych zapraszam na YouTube.
Nie jestem więc, jak widać, entuzjastą ożywiania Łodzi poprzez modlenie się do kulturalnych Wspanialców, którzy kiedyś nadejdą (moim zdaniem, takie wierzenia mają znamiona kultu cargo). Dlatego też nie byłem entuzjastą Festiwalu Dialogu Czterech Kultur. Owszem, było parę ciekawych wystaw, spektakli czy koncertów, ale siłą rzeczy nie ożywiały one miasta (umierający najpierw potrzebuje respiratora, operacji, transfuzji, delikatne terapie osobowościowe to ewentualnie później). W imprezach uczestniczyło trochę Wspanialców, przeważnie przyjezdnych, którzy zaraz potem wyjeżdżali, a miasto nadal było cichym, ciemnym, zrujnowanym grobowcem. Nie zmartwiłem się zatem specjalnie, kiedy dowiedziałem się, że Festiwal został odebrany swoim prawdziwym organizatorom przez jakichś cwanych miśków (zmienili nazwę na Łódź Czterech Kultur). Teraz w Polsce (i zresztą na całym świecie) tak jest, że gdy tylko pojawi się coś fajnego, natychmiast zostaje to przejęte przez cwanych miśków, którzy to niszczą. Ale kiedy Hania pokazała mi ulotkę Festiwalu, wyprodukowaną przez cwanych miśków, zdębiałem. Czegoś takiego nawet w Łodzi się nie spodziewałem.
Ulotka informacyjno-reklamowa, mająca przedstawić ludziom atrakcje Festiwalu, zaczyna się tak: „Witamy na festiwalu Łódź Czterech Kultur. Poniżej znajdą Państwo listę najważniejszych adresów i numerów telefonu, jak również spis polecanych przez nas restauracji, kawiarni i klubów, które przygotowały specjalną ofertę cenową dla gości festiwalu – prosimy o okazanie kelnerowi identyfikatora festiwalu w celu otrzymania zniżki”. Potem następuje krótkie info o taksówkach (polecamy korporację Tele Taxi…), a jeszcze potem - bite trzy i pół strony opisów knajp, a przede wszystkim knajpianych zniżek. Do tego adres organizatorów, na dole czwartej strony (pewnie na wypadek, gdyby ktoś się struł w którejś z knajp i nie wiedział, gdzie się wyżalić). To są właśnie atrakcje Łodzi Czterech Kultur. Knajpy.
Żeby jeszcze fajne. Ale w Łodzi do restauracji nie chodzę, żeby się nie zrzygać. W Anatewce podali mi jako czulent najgorsze oszustwo mojego życia (gulasz z fasolą). Knajpy i kluby w Łodzi bankrutują albo się degenerują, jak Łódź Kaliska, która stała się śmierdzącą dresiarnią. Jedynym wyjątkiem jest Ganesh (nie ten, który jest bezpośrednio przy Piotrkowskiej, tylko ten drugi, bardziej w podwórku).
Dobra, dosyć, dosyć już tego, dosyć już tych smakowitych szczegółów.
Podsumowałem w tym tekście trzy lata mojego kontaktu z Łodzią. Niniejszym felietonem się z nią żegnam. Ale nie żegnam się z łódzkim bólem, bo jest to doznanie, które trudno wymazać sobie z duszy. Wielkie miasto, niegdyś piękne i pełne wartościowych ludzi, ale teraz już puste i jak najdosłowniej zasrane, oddane przemocy i rozpaczy. O tym się nie da zapomnieć. Chociaż cała Polska nie pamięta, nie wie albo się łudzi – się Łódzi. Gdy próbuję poruszać ten temat w Warszawie, słyszę w odpowiedzi: „Jak to… Przecież podobno w Łodzi też już miało być dobrze…”. Łódź nie pasuje do Tusko-Bonizmu, do propagandy sukcesu, do opowieści o wzroście i rozwoju. Więc kłamie się o niej półgębkiem, a jeszcze chętniej – nie mówi. Ale nie Łódźmy się. W Łodzi nie jest dobrze. W wielu miejscach w Polsce nie jest dobrze – a to jest z tych miejsc największe.
Felietony Tomasza Piątka publikujemy we wtorki i w piątki.
www.tomaszpiatek.pl
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...