|
Trwa dyskusja na temat liberalizacji prawa antynarkotykowego. Sama liberalizacja jest raczej ściemą (no bo już wcześniej sąd w przypadku narkomana mógł odstąpić od kary albo zamienić mu ją na leczenie; jak rozumiem, cała rewolucja ma polegać na tym, że teraz także prokuratura i policja będą mogły odstąpić od ścigania). Ale dyskusja na temat rzekomej liberalizacji jest jednak ciekawa, bo coś pokazuje. Pokazuje, gdzie się kończy liberalizm, jakie są jego granice i gdzie jest ten moment, w którym liberalizm próbuje stać się swoim własnym zaprzeczeniem. W dyskusji pseudoliberalizacyjnej można usłyszeć jak ludzie poważni, pozornie normalni, wcale niekoniecznie zagorzali PIS-owcy, ale liberałowie i neoliberałowie mówią, że prawo powinno dawać za pomocą kary wyraźny znak społeczeństwu: narkotyki są złe, mają złe skutki. Narkomania jest zła. Prawo musi to wyraźnie pokazywać, a sposobem, w jaki to pokazuje, jest – tu zacytuję Sołżenicyna – Kar-ra! Karrra! Ludzie, którzy na codzień uważają, że państwo nie powinno moralizować ani umoralniać, że obywatel sam jest za siebie odpowiedzialny, że należy sprzedawać potencjalnym klientom wszystko to, czego oni chcą, że rynek powinien zaspokajać wszystkie ich pragnienia, a nawet kreować nowe potrzeby, nowe upragnione towary – ci ludzie nagle zawieszają swoje przekonania w przypadku tego jednego towaru. Szczególnie upragnionego przez swoich odbiorców i szczególnie kreującego potrzebę. Dziwne, prawda? Dziwniejsze jeszcze, że to zawieszenie nie dotyczy najbardziej rozpowszechnionego narkotyku, jakim jest alkohol. Alkoholizm jest zły, alkohol ma złe skutki, a mimo to liberalni przeciwnicy liberalizacji nie żądają zakazu alkoholu. Może dlatego, że alkohol dzięki swojej powszechności nie jest aż tak zmitologizowany, jak heroina czy kokaina. Nikt nie opowiada bredni, że „każdy, kto spróbuje alkoholu choć raz, jest skończony”. Takie rzeczy mówi się natomiast o heroinie: „bo to taka przyjemność, że jak raz zasmakujesz, to już nigdy się nie oderwiesz!”.
W tej chwili narzuca mi się tylko jedno rozwiązanie tego paradoksu. Liberalizm próbuje użyć kwestii narkotyków, żeby przekroczyć swoje ograniczenia. Jest to próba powiedzenia: „To nieprawda, że my, liberałowie, jesteśmy ludźmi bez zasad, którzy głoszą prymat przyjemności i swobodne zaspokajanie potrzeb. Proszę, oto w kwestii przyjemności największej oraz potrzeby najbardziej palącej pokazujemy, że mamy zasady i to twarde. Za ćpanie posyłamy do więzienia”. Nawet Tusk, niby przecież inicjator tej naszej rzekomej liberalizacji, mówi w telewizji z zaciśniętymi zębami: „Panowie, do żadnej legalizacji jakichkolwiek narkotyków nie dopuszczę, po moim trupie”.
To pokazuje, że nawet liberalizm, aby istnieć i funkcjonować, potrzebuje gdzieś tam sobie wewnętrznie zaprzeczyć. Jakoś tak się dzieje, że żadna ideologia nie może się obyć bez swojej porcji zamordyzmu, nawet ta głosząca powszechną wolność bez ograniczeń. Ona też ma swój mały autorytarny trik, za pomocą którego swoim miękkim i śliskim wyznawcom dodaje twardości, marsowej powagi.
A że liberałowie w tym celu skazują na więzienie ciężko chorych ludzi, których jedyną winą jest choroba? Że łamią życie młodym dziewczynom i chłopakom, których złapano z jointem w kieszeni? No cóż, najwyraźniej są rzeczywiście ludźmi bez zasad.
www.tomaszpiatek.pl
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...