|
Drogie Krytykantki, Drodzy Krytykanci, znowu przez tydzień mnie nie było, bo wirusówka nie odstąpiła jednak tak łatwo. Ale może to i dobrze. Przez ten czas przeczytałem sobie bowiem najnowszą książkę Jarosława Marka Rymkiewicza Samuel Zborowski, w której nasz nobliwy autor - chciałoby się napisać „nobliwy noblista”, ale Rymkiewicz nieodwołanie jest Nienagradzalnym Antynoblistą - w której nasz Nobliwy Antynoblista używa słowa „kutas”. I to niejeden raz. Wielokrotnie rozkoszuje się kutasem, pisze o obgryzaniu kutasa, a nawet o obcinaniu kutasów i wbijaniu ich na specjalnie w tym celu przygotowane, odpowiednio cienko zastrugane paliki. Można to interpretować jako mroczne Freudowsko-Lacanowskie pragnienie zgwałcenia cudzej męskości, cudzej jaźni, cudzego istnienia jako takiego… Ja jednak interpretuję to przede wszystkim jako znak, że Jarosław Marek Rymkiewicz czytuje felietony na stronie KP, jak również inne teksty autorów tychże felietonów. Takich znaków jest więcej: Rymkiewicz pisze w Samuelu Zborowskim, że kalwinizm jest bardziej polski, bardziej wolny, bardziej piękny i autentyczny niż zdziecinniały polski katolicyzm. Przyznaje też, że Kochanowski… - tu dosłowny cytat: „wygląda nawet na to, że był, jak to się dziś delikatnie mówi, uzależniony”. Dziękuję bardzo, kochany panie Jarosławie, za tę informację, ale nie mogę nie zapytać: a Maryla? Moje Niezłe Ziółko Naopiumowane? O nią mi przede wszystkim chodziło, niech pan coś o niej jeszcze napisze! I oczywiście prosimy wpadać, wpadać na naszą stronę i czytać, będzie nam bardzo miło, jeśli cokolwiek, co napiszemy, znowu pana do czegoś zainspiruje. Zapraszamy Jarka Marka i inteligentną Prawicę do czytania (w przeciwieństwie do Marka Jurka i prawicy nieinteligentnej - tej nie trzeba zapraszać, sama wszędzie włazi, chociaż czytać za bardzo nie umie).
W gorączce miałem różne prorocze wizje, które przybrały formę treatmentu, czyli krótkiego skryptu filmowego (streszczenia scenariusza). Zastanawiałem się, czy opublikować tutaj ten skrypt (jest drastyczny), ale skoro nawet nasz Ultra-Prawy Wieszcz rozkoszuje się nadgryzaniem kutasa… Najważniejsze, że wyżej wymieniony treatment jest naprawdę proroczy. Niektórzy mogą uznać, że przepowiada on nam przyszłość polskiego kina i że jest to straszne. Inni mogą uznać, że przepowiada przyszłość Polski i że jest to jeszcze straszniejsze. A niektórzy pewnie nawet zaryzykują stwierdzenie, że żadne kino nigdy nie jest tak straszne, jak społeczeństwo, które je wytworzyło. Cóż, poddaję to Waszemu osądowi, Czytelniczki i Czytelnicy, tym bardziej, że chyba znowu mam gorączkę. Film zaczyna się w małżeńskiej sypialni. Mąż chce dobrać się do żony, ale się boi - mówi, że po raz kolejny tego nie przeżyje. Żona wtedy śpiewa (aha, zapomniałem ostrzec, to jest częściowo musical):
Chcę prawdziwego mężczyzny Einen richtigen Mann Co spermą byłby żyzny I władczy niczym pan Co by się słodko srożył
I wbijał mnie na pal Dwuznacznej mętnej grozy Wcale by się nie bał Mąż poruszony tą piękną pieśnią zdobywa się w końcu na odwagę. Zaczyna iść w stronę łóżka, aby posiąść żonę, ale do sypialni wpadają Zmarli z Ruchu Wyzwolenia Zmarłych i krzyczą: Wyzwolić Zmarłych! Mężowi wtedy zanika erekcja, cielesna i duchowa, że tak powiem.
Jest następny dzień. Jesteśmy na ulicy. Żona robi sama zakupy - i między jednym sklepem a drugim widzi nadchodzący z Powązek (cmentarz) pochód Zmarłych. Zmarli krzyczą: jeśli nas nie uwolnicie, nie pozwolimy wam ruchać się ze sobą!
To straszne z tymi Zmarłymi, mówi nasza bohaterka do przechodzącego tuż obok biznesmena. Ona go nie zna - gada do niego ot tak, żeby zagadać. Biznesmen tymczasem rozmawia z kimś innym przez serdelek (tak, jak się rozmawia przez komórkę - kiełbaska jest trzymana przy uchu). Biznesmenem jest pan Roman. Pan Roman na chwilę odrywa się od serdelka i odpowiada kobiecie: „E tam, a co to znowu tam takiego - ruchać. Nie lepiej robić pieniążki?”
Pan Roman idzie do domu, gdzie siada za biurkiem, wyciąga z teczki biznesowe papiery i czyta uważnie, a potem podpisuje je serdelkiem - zupełnie, jakby to był bardzo gruby długopis z podobizną Ojca Świętego (kogo? był kiedyś taki Ojciec i był Święty, ale pochłonęło go Uśmiechnięte Hitlerjugend o Czerwonych Oczach).
Kiedy tak oto pan Roman poświęca się swej pracy, jego gruba żona rozbiera się do naga i zaczyna jęczeć na sofie: posuń mnie, posuń mnie, Roman. Roman wreszcie kończy z papierami i zaczyna posuwać ją serdelkiem, ale w tym momencie zza firanek wyskakują Zmarli i nie pozwalają. Faktycznie, mówi pan Roman, bieda z tymi zmarłymi! I nawet serdelek zabrali.
Tymczasem żona (nie żona pana Romana, tylko ta pierwsza żona z początku filmu) zaczyna poszukiwać prawdziwego mężczyzny. Takiego nie ma, ale pojawia się aspirujący do tej roli Brodaty Henryk. Brodaty przechodzi przez serię skomplikowanych i wymyślnych treningów polegających na biciu pluszowych niedźwiedzi oraz małpki „Kubuś“. Potem musi bić prawdziwe niedźwiedzie (martwe) i jednego konającego goryla, całkiem już siwego ze starości.
Wreszcie Henryk jest gotów. Wpada do sypialni, pokonuje słabego męża, następnie pokonuje Zmarłych, którzy znowu wyskoczyli zza firanek. Potem łapie kobietę za włosy, poddaje ją wymyślnej chłoście i napręża się cały, żeby wreszcie ją rytualnie zgwałcić - ale z tego całego wysiłku umiera.
Z rozpaczy żona kastruje swojego słabego męża (tego, co na początku filmu bał się Zmarłych), a dokładnie obcina mu jądra i penisa. Wkłada je do koszyczka i idzie z nimi do kościoła jako święconką (bo to jest chyba, jak się okazuje, film Żuławskiego).
Na ulicy kobieta mija Brodatego, który, już jako Zmarły, idzie na czele pochodu nieboszczyków, niosąc w ręku flagę. Na fladze widzimy godło, którym jest wyhaftowany na płótnie serdelek. Podczas długiej sekwencji marszu serdelek-godło gnije i pojawiają się na nim zielonkawe plamy. Na fladze siadają muchy. Piękny kobiecy głos śpiewa:
Zmarli niewyzwoleni
Żywi nieukochani Ach co pan, co pan na to O panie nasz, Romanie? No właśnie, co pan na to, panie Romanie? W tym momencie, zgodnie z regułami polskiego żłobka filmowego (polska szkoła filmowa powstała po 1956, polski żłobek filmowy - po 1989) pan Roman powinien odpowiedzieć:
SERDELKI ROMAN NIGDY NIE GNIJĄ!
Do niedawna ta odpowiedź zaspokajała wszystkie treściowe i formalne potrzeby odbiorców. Niestety, obawiam się, że to powoli przestaje wystarczać, więc co pan na to, Romanie, nasz panie?
Felietony Tomasza Piątka publikujemy we wtorki i w piątki. www.tomaszpiatek.pl
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...