Już nie mogę. Teraz będą ich wszystkich grzebać, po kolei. Codziennie nowy pogrzeb i nowa zabawa w chowanego, jak to nazywa moja mama.
Specjalnie zacząłem tak cynicznie, bo czytam w necie jakieś komentarze o tym, jaki to ja jestem cyniczny, że nie rozumiem, że to wspólnota polska nasza narodowo-społeczna tak ładnie się jednoczy, a że wokół grobów, to nic dziwnego, bo zasadniczo nie ma wokół czego się jednoczyć. No kurwa żeż mać, a choćby wokół walki o godziwe zarobki! Wokół tego mogłaby się zjednoczyć.
Wkurzyłem się, bo przez weekend miałem względny spokój. Siedziałem w Łodzi, a Łódź, jak to Łódź – w głuchej ciszy klepie swoją biedę, sceptycznie podchodząc do wszelkich narodowych ekscytacji. Żałoba docierała więc do mnie w złagodzonej formie: tylko zamknięte sklepy i muzyka pogrzebowa z telewizorów. Jeszcze można wytrzymać, jeśli ma się w domu zapasy kaszy. Przyjechałem do Warszawy – a tu całe metro, jak to się fachowo mówi, obrandowane. Obrandowane naszym nowym narodowym kolorem markowym. Każdy może mieć Polaka w dowolnie wybranym kolorze, pod warunkiem, że będzie to kolor czarny.
Ja rozumiem, że ludzie czasem potrzebują razem się wypłakać, wyżalić, razem przeżyć jakiś ból. Tyle że na terapii odwykowej nauczono mnie, że dobrze jest się wyżalić przez 15 minut. A nie przez 15 dni. W ośrodku terapeutycznym każdy miał na to chwilę, podczas której mógł opowiedzieć wszystkim o swoich bólach. Niedzielenie się cierpieniem było podejrzane, ale chyba jeszcze bardziej podejrzane było nieustanne dzielenie się cierpieniem.
To, co widzę w mediach i na bilbordach, nie kojarzy mi się z żadnym szczerym przeżywaniem. Kojarzy mi się wyłącznie z kulturą masowego, plastikowego spektaklu. Czy to Michael Jackson umiera, czy Madonna rodzi, czy Kasia Cichopek odgryzła podeszwę od mokasyna Tomasza Jacykowa, ekscytujmy się, ekscytujmy. Bo najwyraźniej szansy na inne, bardziej autentyczne przeżycia nie mamy. Albo może boimy się przeżyć coś autentycznego. Jedyne, czym żałoba różni się od Dody jest właśnie kolor. Przywołując, co kiedyś powiedział Sandauer: zamiast szmiry na różowo mamy szmirę na czarno. A propos różowego: czy przy okazji żałoby Pudelek będzie nadawać plotki wyłącznie o zmarłych?
I to jest właśnie moment, żeby wreszcie oderwać się od zmarłych i pomyśleć o tych, co się narodzą. Bo gdy przestajemy myśleć o żałobie, a zaczynamy o spektaklu, o kolejnym mega-total-bezlitosnym spektaklu, wtedy w głowie zaczynają się rodzić bardziej ogólne pytania, ciekawe dla lewicy. Chcemy społeczeństwa socjalnego, w którym wszyscy mają więcej czasu wolnego, a więc czasu na rozrywki. Ale czy takie społeczeństwo nie będzie jeszcze bardziej uzależnione od widowiska?
Oczywiście, to neoliberalny kapitalizm doprowadził do niezwykłego rozdęcia kultury spektaklu, spektaklu jako narzędzia władzy i manipulacji. Ale wszystkie inne systemy i formacje społeczne też używały spektaklu do rządzenia. I średniowieczny feudalizm, i Neron, który wiedział, jak rozpalić publikę. Możliwe więc, że globalna socjaldemokracja, której sobie i wszystkim ostrożnie życzę, też nie będzie wolna od tej skazy. Damy ludziom narzędzia ekonomicznej i kulturowej samoobrony, damy im wsparcie struktur publicznych w tej samoobronie, ale przede wszystkim damy im wolny czas – a oni ten czas będą spędzać przed Wielkim Globalnym Teleekranem. I w końcu zagłosują na jakiegoś GloBerlusconiego.
Jasne, przeklęty dar wolności. Jak sobie zagłosują, będą mieli. Socjaldemokracja jest demokracją, więc inaczej być nie może. Czy istnieje demokratyczny środek zaradczy przeciwko nadużyciom demokracji? Każdy powie: edukacja. No tak, ale jaka? Współuczestniczenie w rządzeniu, obrona własnych i cudzych praw – to wymaga dyscypliny, do jakiej dzisiejszy zjadacz chrupków nie bardzo jest zdolny. Nie mówiąc już o przyszłym zjadaczu e-chrupków. Jaką edukację, jaką szkołę dyscypliny musielibyśmy zafundować młodemu człowiekowi, żeby mógł odpowiedzialnie współrządzić światem, przynajmniej raz na cztery lata, przy wyborach? Stworzylibyśmy społeczeństwo Amiszów do góry nogami: do osiemnastego roku życia wiktoriańska dyscyplina, a potem hulaj dusza, witamy w świecie roziskrzonych technologii audiowizualnych, cyberseksu i hiper-multi-reklamy! Moglibyśmy wyhodować niezłych czubków.
Więc może nikogo nie hodować? Może tylko ograniczyć obecność spektaklu w mediach? Ale czy to byłaby jeszcze demokracja? Na ograniczenie reklam ludzie mogą się jeszcze jakoś zgodzić, ale większość z nich innych form spektaklu po prostu chce. Jak to zmienić – i czy w ogóle można?
Odpowiedzi na te pytania chyba nie tutaj trzeba szukać. Nie dadzą nam jej abstrakcyjne rozważania o socjotechnice i edukacji społeczeństw. Odpowiedź może dać nam tylko praktyka.
Jedyne społeczeństwa, w których socjaldemokracja zaistniała i się sprawdziła, to społeczeństwa skandynawskie. A tam socjaldemokrację stworzyły związki zawodowe. Związki zawodowe – to organizacje, które edukują swoich członków. Nie tylko w tym sensie, że prowadzą dla nich kursy i szkolenia, ucząc pracowników, jakie decyzje i postawy są dla nich opłacalne. Przede wszystkim chodzi tu o jeszcze bardziej codzienną i skuteczną edukację. Co się dzieje z człowiekiem, który zapisuje się do prawidłowo funkcjonującego związku zawodowego i regularnie uczestniczy w jego walce? Taki człowiek nieustannie widzi i przypomina sobie, że: - jest pracownikiem - bycie pracownikiem łączy go z innymi pracownikami- w byciu pracownikiem razem z innymi pracownikami jest coś pozytywnego- bo jako pracownik razem z innymi pracownikami może wpływać na warunki swojego życia.
Taki człowiek bardziej pamięta, że jest Janem Kowalskim, spawaczem, lekarzem, kurierem, kasjerem, kelnerem, kolegą Jurka Nowaka z tego samego zakładu pracy. Dlatego takiemu człowiekowi trudniej jest się zidentyfikować z Lady Dianą, Kapitanem Chrupakiem czy Wujem Samem. Taki człowiek widzi możliwość pozytywnego działania w swojej pracy i w swoim codziennym życiu - nie będzie więc skazany na ciągłe uciekanie od pracy i życia w świat reflektorów i pikseli. Nie będzie uciekać pod skrzydła cesarza, który daje coraz mniej chleba, ale za to coraz więcej igrzysk. I nie pomyli interesu swojego pracodawcy ze swoim interesem. Tym optymistycznym akcentem kończąc, proponuję, żebyśmy dali już tu sobie spokój z tą żałobą. Niech się bawi w chowanego, kto chce. I w widzianego, oglądanego, wystawionego na światło reflektorów, naspektaklowanego, wyspektaklowanego i w makijażu zapeklowanego – niech też się bawi, kto chce. A my róbmy swoje.
www.tomaszpiatek.pl
Na podobny temat
|
Gdy Chrystus umierał na krzyżu raze...
Zupełnie jakbym słyszał pana Gadomski...