Nowość w sklepie KP!

miosz_okladka_300px.jpg

Katalog Książek KP

Najnowszy numer KP

kp29www150px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Jesteśmy zdolni zgasić słońce i gwiazdy, bo nie płacą dywidendy.
John Maynard Keynes

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
To nie ja, to Laszlo Drukuj
Tomasz Piątek   
02.03.2009
Przeczytałem sobie na internetowej stronie „Wyborczej” komentarz Konrada Niklewicza na temat antykryzysowego szczytu Unii w Brukseli (anty jak anty, na pewno kryzysowego). Przeczytałem ten komentarz i śmiać mi się zachciało, bo poczułem się znowu jak w podstawówce. A więc nie tyle śmiać, co płakać.

W swoim tekście, krzepiąco zatytułowanym Dobrze dla Unii, dobrze dla Polski, Niklewicz pisze rzeczy następujące: „Najważniejszą deklarację polityczną złożyła chyba jednak niemiecka kanclerz Angela Merkel (…) Otóż Niemcy - wyjaśniała - nie popierają węgierskiego pomysłu utworzenia mega-pakietu pomocowego (do 190 mld euro) dla Europy Środkowej, bo sytuacja każdego kraju w tym regionie jest po prostu inna. Nie można porównywać bardzo złej sytuacji Węgier - podkreślała szefowa niemieckiego rządu - do sytuacji innych krajów. Na zakończeniu wczorajszego szczytu Merkel wtórowali już wszyscy politycy.
To święte słowa. Powinniśmy je powtarzać wszędzie. Aby nasz region wreszcie przestał być traktowany jako jeden worek takich samych nieszczęść. Różnice w sytuacji gospodarczej między Polską, krajami bałtyckimi i Węgrami są faktem - i dobrze, że podkreśla to główny kasjer Unii Europejskiej. Może trafi to wreszcie także do inwestorów finansowych nieodróżniających Polski, na razie mniej dotkniętej kryzysem niż te kraje naszego regionu, które w ostatnich tygodniach musiały prosić o ratunkową pożyczkę MFW”.

Nie wiem. Pewnie się nie znam. Obserwuję biznes od środka przez ostatnie dziesięć lat. Może to za krótko, żeby coś zrozumieć. A może za długo. W każdym razie słowa Niklewicza jawią mi się jako kosmicznie naiwne. Być może deklaracja pani Merkel wywoła jakieś chwilowe wahnięcie na rzecz złotówki i polskiego rynku u kilku finansowych graczy. Nie wierzę jednak w to, że „trafi to wreszcie do inwestorów”. Nie wierzę w to, że pod wpływem magicznych słów pani kanclerz finansiści nagle staną się profesjonalni, odpowiedzialni i troskliwi. Nie wierzę, że zaczną grzebać w skomasowanych pakietach środkowoeuropejskich, którymi handlują. Nie wierzę, że starannie wyłuskają z nich polską walutę i polskie papiery wartościowe, żeby oddzielić je od tego paskudnego, złego forinta.  

Podczas mojej dziesięcioletniej pracy z korporacjami i prywatnymi przedsiębiorcami nauczyłem się jednej rzeczy: inwestor rzadko kiedy jest przychylnie nastawiony do jakiegokolwiek ciągu myślowo-logiczno-argumentacyjnego, który nie jest jego własnym. I nic dziwnego: kiedy kapitalizm liberalny zmienia się w neoliberalny, zanika jakakolwiek etyka biznesowa. Trzeba przyjąć, że każdy, kto ze mną negocjuje, jest pijawą, która będzie chciała ze mnie wyssać wszystko, co się da. Im bardziej logiczna i przekonująca jest pijawa, tym gorzej, bo tym bardziej jest niebezpieczna. W tej sytuacji nie ma co stawiać na uczciwość, solidność, perspektywiczne myślenie, biznesową twórczość - zamiast „Zasadzę, będę podlewał, będę wierzył w to, co robię” jest: „Bierz forsę i w nogi i nie wierz nikomu”.

Jeżeli taka logika obowiązuje przy drobnych inwestycjach typu dziesięć milionów złotych, to jak bardzo musi obowiązywać tam, gdzie się wkłada i wyjmuje o wiele większe sumy? Jak bardzo musi obowiązywać tam, gdzie się takie sumy wkłada i wyjmuje szybko? Jak bardzo musi obowiązywać tam, gdzie takie decyzje podejmuje się w ciągu sekundy?

A pamiętajmy, że w przypadku największych graczy problemem często nie jest czas, tylko arbitralność. Bywa tak, że oni mogą nadmuchać dowolny rynek, nie przejmując się jego realną atrakcyjnością, a potem przekłuć balon i uciec. W takiej sytuacji realna atrakcyjność rynku polskiego nie jest żadnym argumentem. Tu jedni nie mają czasu na słuchanie argumentów, a drugich żadne argumenty nie interesują. I czy w ogóle możliwy jest jakikolwiek dialog na argumenty, kiedy rozmówca mówi do nas tak, aby nic nie powiedzieć? Niedawno temu coś - bankiem tego nie nazwę - coś, co nazywa się Goldman Sachs, w swoich półpoufnych „instrukcjach” jakby zapowiadało wycofanie się z zaniżania kursu złotego. Ale zaraz potem w oficjalnej deklaracji oświadczyło, że jeśli będzie chciało, to będzie sobie dalej zaniżało. A za każdym razem wypuszczało przecieki, że jeśli coś zapowiada, to tylko po to, żeby zrobić coś wręcz przeciwnego.

Jak widać, jest to komunikacja taka, jak z Kosmitami w powieści Stanisława Lema Eden. Albo jeszcze gorsza, bo tam przynajmniej kosmonaci i Kosmici się dogadali, że na planecie: „władzę ma ten, kto oficjalnie nie ma władzy”. Swoją drogą, na naszej planecie jest jakoś podobnie. Tym bardziej nie wierzę w magiczną moc słów Angeli Merkel. Dlaczego finansiści mieliby słuchać polityków, kiedy przecież to politycy ich słuchają? Przy podejmowaniu decyzji politycznych, najważniejszą wskazówką są interesy i opinie lobby finansowych. Politycy walczą z tymi grupami nacisku, walczą nieraz bohatersko, ale tylko podczas kampanii wyborczej. Bo jak przyjdzie co do czego, to wiedzą, że „Gospodarka, durniu!” i że z kasą nikt nie wygrał. Nieraz mam wrażenie, że jeśli wulgarnie uprościć sprawę i sprowadzić marksizm do tezy o prymacie ekonomii nad polityką, to największymi marksistami są członkowie globalnej klasy rządząco-finansowej. A największymi antymarksistami - działacze „Krytyki Politycznej”, którzy chcą, aby polityka odzyskała autonomię, aby ludzie zbierający się na zgromadzeniu wyborczym byli przynajmniej tak samo ważni, jak ludzie zbierający się na bazarku. Tak chcą - ale to nie „KP” rządzi światem. Nasi kosmiczni okupanci, nasi finansiści są ważniejsi niż politycy. Opinie polityczne, choćby wygłaszane z oficjalnej trybuny, mało obchodzą wielkich graczy finansowych. Obchodzą ich tylko niektóre konkretne posunięcia polityków - i dlatego na te posunięcia sami wpływają, jak mogą.

W tej sytuacji deklaracja Angeli Merkel, jeśli ją rozumieć politycznie, to jest tylko telewizyjnym pitu-pitu: „Lubimy was, o wy bliżej niesprecyzowani Inni Europejczycy Środkowi (ci lepsi od Węgrów)”. A jeśli ją rozumieć ekonomicznie?  

Jeśli problemem jest to, że finansiści podejmują decyzje zupełnie arbitralnie, w oderwaniu od rzeczywistości i od polityków - to wtedy słowa Merkel nie mają żadnego znaczenia i na nic nie mogą wpłynąć.

A jeśli problemem jest to, że globalne rynki podejmują decyzje w sekundę, impulsywnie, nie mając czasu na myślenie, w atmosferze podejrzliwości, złej woli, „bierz forsę i w nogi”? To wtedy

słowa Merkel znaczą: „Europie Środkowej kasy nie damy”. Tyle da się z nich zrozumieć w sekundę. To, że być może oddzielnie dla samych Węgrów wyskubie się jakieś grosze - to już nie ma znaczenia, bo to jest informacja dla tych, co grzebią się w szczegółach. A takich na giełdzie nie ma. Na giełdzie wiadomo tylko tyle, że cała Europa Środkowa nie dostanie mega-pakietu pomocowego, a więc z Europy Środkowej jeszcze szybciej trzeba uciekać. Nie oglądając się, czy to Węgry, czy to Polska, czy inna operetkowa Rurytania.

Dlatego nie rozumiem, jak można pisać, że deklaracja Angeli Merkel robi: „dobrze dla Unii, dobrze dla Polski”. Jej oświadczenie może poprawić sytuację Polski i złotówki tylko w znikomym stopniu (i raczej na bardzo krótką metę). A najpewniej nam zaszkodzi, bo zaszkodzi całemu regionowi, całej nowej Unii. O wiele lepsze byłoby udzielenie tej pomocy, utworzenie pakietu dla Europy Środkowej. O wiele lepsze dla Węgrów i o wiele lepsze dla nas, bo wtedy wzrósłby popyt na wszystkie środkowoeuropejskie waluty i akcje.

I pamiętajmy: teraz jeszcze, w warunkach względnego spokoju, możemy jakoś tam bawić się w błaganie finansistów, aby wyjęli Polskę z „pakietu środkowoeuropejskiego”. Jeśli na Węgrzech zaczną się rozruchy, z całego regionu wszyscy inwestorzy będą spieprzać szeroką ławą, a błagających rozdepczą. Nikt nie będzie słuchał ani nas, ani nawet pani Merkel. Jedziemy z Węgrami na jednym wózku.  

Dlatego tekst Niklewicza, chociaż pozornie walczy z odpowiedzialnością zbiorową, w rzeczywistości popiera ściąganie nam na łeb jeszcze cięższej odpowiedzialności zbiorowej. Jest żałosny niczym wystąpienie prymusa przed klasą: „Uważam, że zachowanie Laszlo rzuca cień na całą klasę. Trzeba go zamknąć w komórce bez obiadu, a jego kotlet dać mnie i Zdenkowi”. I co na to może odpowiedzieć pani, która sama lubi kotlety? „Skoro rzuca cień na całą klasę, to cała klasa będzie bez obiadu”.

Mieliśmy w podstawówcę takiego kolegę, który aspirował do bycia prymusem. Zawsze musiał mieć ślicznie, kaligraficznie odrobione zadania domowe. Kiedyś nakryliśmy go w kiblu, jak przepisywał od kogoś jego pracę, tyle, że o wiele piękniejszymi literkami. Wzięliśmy czerwony długopis i charakterem pisma naszej nauczycielki napisaliśmy w poprzek całej kartki: „Źle, kurwa, źle”.

Dobrze dla Unii, dobrze dla Polski? Źle, kurwa, źle.
Komentarze
Dodaj nowy
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 0.90728 Seconds