|
Po moich ostatnich felietonach zostałem awansowany na Pierwszego Cynika Rzeczypospolitej. To chyba taka polska specjalność: jak ktoś w coś wierzy i głośno o tym mówi, to dowiaduje się, że jest cynikiem. Coś takiego zdarzyło się na przykład Tadeuszowi Żeleńskiemu (do którego, oczywiście, nie śmiem się porównywać). Jeśli tak to rozumieć, to OK, mogę być cynikiem. Zresztą byłem już podobno Pierwszym Ćpunem (tak mawiał o mnie pewien dziennikarz), a ktoś kiedyś nazwał mnie Wielkim Zawistnikiem Literatury Polskiej (bo nie chciałem uznać Masłowskiej za genialną). Cynicznie powiem, że wystarczy zwracać większą uwagę na przymiotniki i liczebniki, niż na rzeczowniki, żeby również i z takich epitetów czerpać pożywkę dla ego.
Skoro mam już niby być tym cynikiem (niech będzie małą literą i bez liczebnika), to cynicznie przypomnę, co jakiś czas przed katastrofą smoleńską powiedział Tomasz Lis, bodajże w TOK FM. Tomasz Lis, w ramach swojej wszechwiedzącości i przenikliwości politycznej, powiedział, że jeżeli kandydatem PIS-u na prezydenta nie będzie Lech Kaczyński, to on odgryzie sobie język albo przynajmniej kawałek.
Myślę, że powinienem teraz głośno domagać się realizacji tej obietnicy. I to nie tylko jako cynik, ale jako ktoś, komu leży na sercu dobro polskich mediów. Telewizyjne wywody, miny, nawet gesty Lisa były potwornie nudne, poprawne i przewidywalne aż do bólu, wszystkie w stylu: „Ach, jestem prawowiernym katolikiem – Ale jestem przeciwnikiem, ach, oszołomstwa – Ach, do tego stopnia, że doceniam nawet szmatławego PRL-owskiego pseudopublicystę Karola Małcużyńskiego – Bo ach, jestem za pluralizmem światopoglądowym – Oczywiście, pomijając kwestie gospodarcze, bo te są już rozstrzygnięte i wszystko, co nie jest prawidłowo błękitnym neoliberalizmem, jest oszołomstwem – Podobnie, jak oszołomstwem jest niedocenianie geniuszu mojej żony – Ale której?! – Ach, jestem prawowiernym katolikiem”.
Teraz, po odgryzieniu, brzmiałyby na pewno trochę ciekawiej: „Agh, jehthem prawowiernym katholikiem – Ale jehthem pfefhiwnikiem, agh, ofhołomstwa – Agh, do tego fhtopnia, że dofeniam nawet fmathawego PRL-offego ffeudopublifyftę Karola Małfufyfego – Bo agh, jefthem za pluralifmem ffatopoglądowym – Ofyfiffe, pomijająf ffeffe goffodarfe, bo the fą już roffygnięte i ffyffo, fo nie jeff prawidłowo błękitnym neoliberalifmem jest ofołomfem – Podhobnie, jak ofołomfem jehth nie dofenianie geniufhu mojej fony – Ale kthórej?! – Agh, jehthem prawowiernym katholikiem”. Prawda, że spektakl mógłby na tym zyskać?
A zyskałby jeszcze więcej, gdyby Lis przerzucił się na język migowy. Język migowy siłą rzeczy skazany jest na konkret. Nie jestem ekspertem, ale obawiam się, że za pomocą gestów trochę trudniej jest komunikować abstrakcje – a dokładnie trudniej jest komunikować przekaz niekonkretny i wewnętrznie sprzeczny. Rękami zapewne trudniej ściemniać – i być może, dzięki temu niesłyszący są do przodu w stosunku do nas, tak zwanych normalnych.
Ściemnianie i zaciemnianie – takie, jakie uprawia Lis i inni telewizyjni mainstreamowi gadacze – w wersji migowej musiałoby się przerodzić w serię pociesznych wygibasów. Takie wygibasy obrazowo i wyraziście unaoczniłyby całemu społeczeństwu prawdziwą naturę Lisa-TVitalisa i innych jemu podobnych specjalistów od medialnej niedomowy (odmiana nowomowy, której celem jest mówić tak, aby nic nie powiedzieć do końca, nic nie wnieść i nic nie zmienić).
Jedyna obawa jest taka, że poza utratą części języka Lisa czekałaby utrata innych cennych części: tak musiałby się wyginać, że aż mógłby połamać sobie kończyny. Przecież myślą przewodnią Lisa jest Idealnie Niebieskie Nic, spowite tylko wielosłowiem. W przełożeniu na migi, jest to przekaz trudny nawet dla młodej giętkiej ośmiornicy.
A na poważnie, to pozwalam sobie na takie wyśmiewanie z Lisa z jednego tylko powodu. Wyśmiewając się z niego, wyśmiewam się z tych wszystkich naszych politycznych i publicystycznych mędrców, którzy całą rzeczywistość mają w małym palcu. Ale gdy rzeczywistość na chwilę pokaże im swoją prawdziwą twarz – nie powiem Realną, bo nie jestem lacanistą – gdy okazuje się, że wola Boga jest nieprzewidywalna, wtedy nasi mędrcy popadają w delirium. Albo powracają do utartych, prymitywnych, naiwnych fraz, godnych przedszkolaka (i pewnie wyuczonych już w przedszkolu): jest cierpiący naród i przyszłości zaród, jest zjednoczone społeczeństwo i jednoczące męczeństwo. Jest Bóg i wróg – a właściwie Bozia i wrozia. Bo oni właśnie nie chcą widzieć Boga, po to wymyślili Bozię.
Zamiast odgryzać sobie język, może by się czasem w niego ugryźli?
www.tomaszpiatek.pl
Na podobny temat
|
@ Skrzypek Zauważ, że nawet w ...
@"Według badań zleconych prze...