Nowość w sklepie KP!
Najnowszy numer KP
Komentarze
CYTAT DNIA
Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Szantaż na peryferiach |
|
|
Tomasz Piątek
|
|
03.05.2010 |
|
Peryferyczni. Prowincjonalni. Zaściankowi. Polacy, oczywiście. Od dwustu lat słyszymy, że taka jest nasza kultura. Cezary Michalski też uważa, że jednym z największych problemów naszej cywilizacji jest to, że jako aktualną nowinkę przeżywamy książkę wydaną we Francji dwadzieścia lat temu. Albo inną, wydaną pięćdziesiąt lat temu. A jeszcze innej od stu lat jakoś nie możemy przetłumaczyć.
Ja nie wiem, czy sama peryferyczność jest problemem. Niektórzy twierdzą, że jest zaletą. Jarosław Marek Rymkiewicz powie pewnie, że nasze zacofanie i zaściankowość są święte, że dzięki nim mocniej jesteśmy wrośnięci w naszą tożsamość kulturowo-narodową i mocniej uczestniczymy w duchowo-bebechowym życiu narodu… A innego życia, jak wiadomo, nie ma. Nie tylko życia duchowego, ale w ogóle życia: naród jest jedyną tożsamością, bo uniwersalne człowieczeństwo to, panie dzieju, nigdzie nie zrealizowane mrzonki. A jednostka jest święta, ale tylko dlatego, że to nasza polska tradycja wychwala świętą wolność jednostki. Bez tej narodowej tradycji bylibyśmy, panie dzieju, Chińczykami albo innymi Niemcami, bezwolnymi Hunami wykonawcami rozkazów. Więc nawet indywidualizm ma za podstawę narodowość. Naszą polską narodowość, oczywiście. Tak powiedziałby Rymkiewicz, bo inny polski szlachcic - w przeciwieństwie do Rymkiewicza, prawdziwy - Witold Gombrowicz zachwalał peryferyczność sensowniej. Mówił, że peryferyczność polskiej kultury, tak samo jak na przykład argentyńskiej, jest skarbem: pozwala na dystans.
Chyba można się zgodzić z Gombrowiczem. Wystarczy parę dni spędzonych w Buenos Aires, żeby zobaczyć, jak pod wieloma względami peryferyczność Argentyńczykom posłużyła. A jeśli ktoś chce się bardziej wgłębić w argentyńską kulturę niż poprzez kilkudniowy pobyt w tym mieście - w mieście ogromnych kamienic, międzyeopokowych nawarstwień i spiętrzeń oraz najosobliwszych pomników świata - niech czyta argentyńską literaturę. Tu pożytki z peryferyczności widać nawet z odległości tysięcy kilometrów. Nie będę tu rozwodzić się nad Cortazarem (chwilami jest najlepszym francuskim nowelistą) i Borgesem (chwilami jest najlepszym nowelistą brytyjskim) ani też nad Gombrowiczem, który wielkim argentyńskim pisarzem był (wystarczy spędzić pięć dni w Buenos Aires, żeby usłyszeć to co najmniej dwudziestokrotnie). Wystarczy przeczytać O bohaterach i grobach Ernesto Sabato. Najlepsza europejska powieść XX wieku - która, to czuć w trakcie czytania, absolutnie nie mogła powstać w Europie. Aleksandra, główna kobieca bohaterka, nosi w sobie dwieście lat historii zarówno argentyńskiej, jak i światowo-podziemnej. I sama jest czymś takim jak Dawid Michała Anioła - czymś, co jest nieodparte, kiedy się to poznaje. Czymś, co jest nieusuwalne, kiedy się już odwróci wzrok. Zarówno dla pojedynczych odbiorców, jak i całych pokoleń. Ale po co skakać za Atlantyk, wystarczy skoczyć nad Dunaj. Za każdym razem, gdy biorę węgierską książkę do ręki, okazuje się, że jest napisana genialnie: samą gęstą, mroczną limfą życia. Czy to jest Krúdy, czy Márai, czy Kertész, czy Spiró, czy Esterházy, czy Krasnahorkai, czy Bodor. Słynny kilka lat temu film o węgierskich kontrolerach metra, chociaż zasadniczo spieprzony, w niektórych scenach zawierał w sobie tyle realizmu i tyle mistyki zarazem, że mógłby zaspokoić zapotrzebowanie Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej na najbliższe pięćdziesiąt lat (biorąc pod uwagę stężenie obu tych jakości w przeciętnej polskiej produkcji filmowej). Jednak tym, co mnie najbardziej ujęło, było przemówienie dyrektora budapeszteńskiego metra, który wystąpił na początku filmu. Powiedział mniej więcej coś takiego: film może w oczach niektórych widzów postawić budapeszteńskie metro w złym świetle, ale on, dyrektor, godzi się na to, bo ten film - to dobrze opowiedziana historia. Jasne, że na przykład w takiej Anglii, gdyby tam ktoś nakręcił taki film, podobne przemówienie byłoby niepotrzebne, w ogóle by nie powstało. Ale w Polsce nie powstałoby przemówienie i nie powstałby film. O węgierskiej kulturze i cywilizacji więcej niż ten film mówi ten dyrektor.
Myślę więc, że problemem nie jest sama peryferyczność. Problemem jest raczej nieuczciwość. A dokładnie - miks nieuczciwości i peryferyczności, nieuczciwości zakręconej wokół peryferyczności. To nieuczciwość, która poświęca peryferyczności szczególną uwagę, bo może ją na ogromną skalę wykorzystywać. Uczciwie przeżywana peryferyczność pewnie jest bodźcem do szybkiego rozwoju, a z drugiej strony źródłem zdrowego dystansu do szwindli rodzących się w metropoliach. Ale niestety, peryferyczność jest lepszym łowiskiem dla nieuczciwości niż poletkiem dla uczciwości. Peryferyczność powoduje dezorientację: nie wiadomo do końca, co się na świecie sprawdziło. Peryferyczność powoduje stres i związaną z nim niedokładność: trzeba nieustannie doganiać świat, co rodzi pokusę, aby robić to wielkimi skokami, na skróty i po łebkach. Nieuczciwość może pięknie wykorzystać ten zamęt i te pokusę, spychając peryferyczność w jeszcze większą peryferyczność. Taką, którą można nazwać już tylko barbarzyństwem.
I to się właśnie dzieje w Polsce. Przykłady? Odziedziczyliśmy po komunie bardzo dobry system oświaty. Nie żebym tęsknił za jakimikolwiek odpryskami komuny, ale ze względu na koleje życiowe mogłem sobie w latach 90. dogłębnie i boleśnie porównać licea polskie i włoskie. Przyszedł minister Handke. Stwierdził, że polska szkoła ma się opierać na wzorcach zachodnich. No bo co zachodnie, to lepsze. On powoływał się na wzorce angielskie, ale to, co opisywał, wyglądało dokładnie jak znane mi wzorce włoskie. Napisałem o tym w „Wyborczej”, jako „polemista”, „głos w dyskusji”, ponieważ „Wyborcza” lansowała reformę Handkego jako zbawienie. Tak samo zresztą, jak lansowała oszukańczą reformę emerytalną. Jedyną miłą niespodziankę sprawił mi regularny korespondent gazety z Wielkiej Brytanii, bodajże Marek Rybarczyk, który dał dość przerażający opis angielskiej szkolnej rzeczywistości (na przykład, większość uczniów nie wie, że Ziemia krąży dookoła Słońca, a nie odwrotnie). O ile dobrze pamiętam, zakończył swój tekst stwierdzeniem, że włos się na głowie jeży, kiedy się słyszy, że polska reforma edukacyjna miałaby brać za wzór szkołę brytyjską. I co? I wzięła. A szkoła polska stała się tym, czym włoska: hodowlą dysfunkcjonalnych jełopów. Ale głosów ostrzegających nie wzięto pod uwagę. Minister Handke wespół z „Wyborczą” stwierdzili, że Polska to peryferium i zaścianek, Zachód wie lepiej, trzeba zrobić tak, jak na Zachodzie.
Tak to się robiło i tak to się robi. Ale kiedy powiemy, że na Zachodzie chroni się prawa kobiet i gejów, że są tam silne związki zawodowe - wtedy odpowiada się nam, że Zachód jest zgniły i różowy, a my, Polacy, mamy bronić naszego, zaściankowego etosu, bo w nim jest żywotna siła. I że mamy pokazać całemu światu nasze unikalne polskie jaja, rezygnując z socjalnego rozpieszczenia i zabijając się w imię wzrostu PKB. To wzrośnięte PKB zostanie w dużej mierze wywiezione w Wielkie Międzynarodowe Finansowe Nigdzie, gdzie pod wirtualną palmą na błękitnym tle popija drinki wirtualny bankier (chociaż czasem zupełnie realny) - ale tym już Polacy nie powinni się martwić: przecież lubią cierpieć i poświęcać się dla innych, chcą być Chrystusem Narodów. Lubią pokazywać, że mają jaja, najlepiej poprzez walenie się po nich wielką bejsbolową pałą. To jest częścią ich zdrowej zaściankowości, którą pod tym względem trzeba im zachwalać. Ale ta zaściankowość natychmiast okazuje się zaściankowością głupią i godną wyśmiania, kiedy jacyś Polacy protestują przeciwko ucieczce kapitałów z kraju.
Tu jest pies pogrzebany, a może żmija. Kładąc tak ogromny nacisk na peryferyczność, zamkniętość i odrębność naszej kultury, można nas szantażować na dwa sposoby. Można wmawiać nam, że musimy natychmiast poddać się światowej procedurze ISO-EURO-3000-PERFECTION, po której wprawdzie zbiedniejemy o połowę, ale za to staniemy się trochę bardziej światowi. Ale jeżeli wśród światowych zasad i procedur znajdziemy jakieś sensowne, powiedzą nam, że nie wolno nam ich wprowadzić, bo oznaczałoby to zdradę naszej wyjątkowej odrębności. I nie wolno nawet pytać: „Dlaczego!???” - kulturowe odrębności przecież mają to do siebie, że są arbitralne.
Szantaż na peryferiach, tak to sobie dzisiaj nazwałem. I zaraz potem przyszło mi do głowy, że będzie źle, jeżeli z powodu tego szantażu znikną z naszego życia peryferie w sensie najbardziej namacalnym. To znaczy, zniknie możliwość wyjścia z domu i udania się do lasu. Za sprawą jakiejś tajemniczej zmowy milczenia, kiedy analizuje się w naszych mediach jakość życia na Zachodzie, pomija się ten aspekt. A jest on bolesny, o czym przekonał się chyba każdy Europejczyk Środkowy, który pożył trochę między Manchesterem, Amsterdamem, Mediolanem i Monachium. Bolesny - a przemilczany. Raz tylko zetknąłem się w jakiejś gazecie z relacją kobiety, która jako montażystka zarabiała bardzo dobrze w Londynie, ale wróciła zarabiać grosze do Polski, bo nie mogła znieść życia w miejscu, z którego do najbliższego lasu jedzie się pięć godzin. I raz - chyba w „Polityce” - zacytowano wypowiedź reemigranta z Beneluksu, który stwierdził, że nie może żyć w miejscu, w którym wszystkie rzeki są uregulowane, łąki w kwadrat, a lasy prywatne. I jeszcze raz - też w „Polityce” - Ludwik Stomma napisał mniej więcej tak: jedynym bodźcem, który może ściągnąć francuskiego turystę do Polski, jest to, że tutaj jak pójdzie do lasu, to nie trafi na płot.
Tak, płot boli. A kiedy patrzę, jak się buduje i zabudowuje (często zupełnie bez sensu, bo na peryferiach naszej peryferycznej stolicy gdzieniegdzie nowe pustostany straszą) to obawiam się, że znowu „zrobimy jak na Zachodzie”. Zrezygnujemy z tego, co u nas lepsze, bardziej ludzkie czy przynajmniej bardziej naturalne. Przecież profesor Balcerowicz mówi, że niedorozwinięte gospodarczo obszary kraju mają się wyludnić, ludność ma się przenieść do wielkich miast, w których i naokoło których jest jeszcze tyyyyyyle wolnych przestrzeni do zabudowy… A „Wyborcza” od lat piętnastu wbija nam do głowy, że miasto nie powinno być zbiorem luźnych osiedli, tylko zbiorem zamkniętych przestrzeni, placów, pierzej i ścian, tworzących fascynujący kamienny labirynt - jak na Zachodzie!
Niestety, obawiam się, że wielu ekologów może zawrzeć pakt z Szatanem - czyli z takim myśleniem. Niech ludzie, czynnik śmiecący, gniotą się w miastach. Wtedy przynajmniej na peryferiach kraju pozostaną wielkie puste tereny, zdrowe, bo wyludnione dzięki Balcerowiczowi.
Ja jednak myślę, że ekologia dlatego przyciąga tak wielu ludzi - bo ma także ludzki, nie tylko zwierzęco-roślinny sens. Człowiek potrzebuje przyrody. Nie po to, żeby ją dewastować, tylko po to, aby jej - delikatnie i nieniszcząco - doświadczać. Hasło „Przyroda dla przyrody” zostawmy komiksowemu Likwidatorowi, dla którego obrona natury jest tylko pretekstem do radosnego mordowania ludzi (ostatnio eksterminował gejów, co jest bardzo dziwne: skoro chce powstrzymać rozmnażanie się homo sapiens, powinien przede wszystkim zabijać hetero sapiens).
Nie chcę myśleć o tym, jak jeszcze bardziej wykrzywi się mentalność Polaka, kiedy odebrane mu zostanie to najbardziej namacalne i pozytywne doświadczenie peryferyczności. Kiedy nie będzie mógł codziennie poczuć dystansu do metropolii i jej szwindli, odwrócić się do nich plecami i wejść w zieleń. Kiedy nie będzie mógł na co dzień oddzielić się od betonu i od tłumu, speryferycznić się wśród zieleni aż do dzikości (oczywiście, bardzo subiektywnej dzikości). Widziałem w Mediolanie, jak dziwnie rosną dzieci pozbawione tego doświadczenia, jak dziwnie rosną ludzie… Oczywiście, każdy ekolog powie, że taki dziki spacerowicz śmieci. Ale wystarczy przejść się Lasem Kabackim pod Warszawą, a potem skrajem dowolnego lasu na Podlasiu, żeby zobaczyć, kto śmieci naprawdę. Mieszkańcy stref wyludnianych przez profesora Balcerowicza nie przeżywają radosnych chwil pozytywnej dzikości. Ich wtrącono w prawdziwe zdziczenie.
Piszę „wtrącono”, bo to zdziczenie nie do końca jest ich winą. Ktoś odebrał im resztkę szans na edukację (Handke). Ktoś chce im odebrać resztkę możliwości rozwoju gospodarczego w ich okolicy (Balcerowicz). Ktoś wreszcie zlikwidował komunalny wywóz śmieci w ich miejscowości (bo nieopłacalny). Załamując ręce nad tonami odpadków w podlaskim lesie, warto o tym pamiętać. Tu dotykamy naprawdę dalekich peryferii: już nie Warszawy i nie tylko kraju, nie tylko kultury i nie tylko cywilizacji. Dotykamy peryferii człowieczeństwa. Czyli Balcerowicza i Handkego. Dotykami nieludzkiej nieuczciwości, która jest głównym problemem Polski - a nie peryferyjność.
www.tomaszpiatek.pl
Na podobny temat
|
|
|
|
Chyba mnie nie zrozumiałeś, właśnie c...
Brakuje pieniędzy na edukację, brakuj...