|
Obiecuję, że to już ostatni mój felieton na temat katastrofy. Ostateczny katastroficzny i finalny katastrofalny. Choćby prezydenci zaczęli co tydzień spadać z nieba jak gruszki - a właściwie jak grad, bo gruszki z nieba nie spadają - nie będę już o tym pisał.
A teraz - teraz też już nie napiszę w takim tonie, w jakim pisałem dotychczas (na przykład, że prezydenci spadają z nieba jak gruszki). Nekrofilska celebra żałoby prosiła o takie cyniczne odreagowanie. Jeśli chcę jednak zamknąć dla siebie ten temat, to muszę potraktować go poważnie.
To, co chcę napisać na poważnie, nie będzie cyniczne - ale chyba jeszcze bardziej przykre niż wszelkie cyniczności. I to nie tylko dla prawicowych specjalistów od polityki historycznej i rozkoszowania się męczeństwem. Obawiam się, że ten tekst może być także nieakceptowalny dla czytelników lewicowych. Będę bowiem mówić o sprawach irracjonalnych, i to dość długo. Niestety, nie mogę inaczej - te sprawy są dla mnie ważne. Może nie są specjalnie trudne czy skomplikowane, ale w kraju katolickim i tak wymagają szczegółowych wyjaśnień. Bo tutaj nawet kwestie irracjonalne są też nieprzemyślane.
Jestem monoteistą, chrześcijaninem i protestantem, a to oznacza, że poddaję się czynnikowi irracjonalnemu w swoim życiu - ale przyjmuję Go wyłącznie w Jego czystej postaci. Nie przyjmuję przesądów, wróżb, tarota, tak jak nie przyjmuję wody święconej, figurek, kultu papieży, świętych, Matek Boskich. Odrzucam i kadzidełka, i kadzidła. Przeciwko temu wszystkiemu próbuję kierować krytykę, biblijną, ale także racjonalną. Już samo wyciąganie logicznych wniosków z irracjonalnych przesłanek biblijnych jest działaniem częściowo racjonalnym. Nie odrzucam więc na dzień dobry tego, co racjonalne. Rozum, inteligencja, kalkulacja, logika mają przecież w naszym świecie przewagę nad różnymi formami nierozumu - za wyjątkiem tego jednego, czystego Nierozumu, który jest Nadrozumem. Za wyjątkiem tej Duchowej Siły, która odpowiada na najważniejsze pytania, te niedosiężne nawet dla rozumu - która odpowiada na heideggerowskie podstawowe pytanie filozoficzne: dlaczego jest raczej coś niźli nic?
Wierzę, że siłą, która stoi u podstaw wszelkich nieprawdopodobnych istnień i niemożliwych zrywów, jest Bóg. Bóg, którego poznaję w Jego Słowie, w Piśmie Świętym - i który nieraz w tym Piśmie okazuje się nieprzewidywalny i niezrozumiały. I bardzo dobrze. To, że Bóg jest nieprzewidywalny, nie znaczy tylko, że jest gniewny i nagły. To przede wszystkim znaczy, że jest miłosierny i totalnie-samopoświęcający-się. I właśnie to jest w Nim najbardziej irracjonalne. Rozum niekoniecznie jest czysto egoistyczny, ale jeśli uczy altruizmu, to ostrożnego, handlarskiego, opartego na kalkulacji. Jest to ego-altruizm, altruizm motywowany egoizmem. Bóg uczy czego innego: Dobra, Miłości, Czystego Poświęcenia (a jeśli mówi nam o Nagrodzie, to tylko dlatego, że w swojej Dobroci ma wzgląd na naszą słabość). Tak Czyste Dobro, jakim jest Bóg, nie pasuje do tego świata (rozejrzyjmy się: świat to domena egoizmu z nielicznymi oazami ego-altruizmu). Nie da się tego Dobra wytłumaczyć, logicznie przyfastrygować do tego świata i rozumowo z nim uzgodnić. I to właśnie znaczy, że Czyste Dobro jest nie rozumowe, tylko Boskie. Wszelkie tak zwane teodycee, które zadają Bogu pytanie: „Unde malum”, „Skąd na tym świecie zło?”, są bezczelnym żądaniem: „wytłumacz, wytłumacz się Panie”. Teologowie-specjaliści od teodycei powinni raczej rozejrzeć się po świecie i zadać pytanie: „Unde bonum”, „Jak to jest, że w tym tak powszechnie złym świecie są niespodziewane, niezrozumiałe pokłady Dobra?”. Można rozumowo potępić Zło, natomiast nie da się rozumowo wyjaśnić Czystego Dobra.
Po co ten teologiczny wywód? To wyjaśnienie, dlaczego uprawiam racjonalną krytykę takich absurdów jak na przykład katolicyzm czy polski kult śmierci, a równocześnie sam padam na kolana przed większym Absurdem. Być może dla niektórych czytelników jest to wyjaśnienie niepotrzebne. Być może także dla czytelnika lewicowego wyżej opisany irracjonalizm nie będzie największym problemem w tym, co zamierzam napisać. Od co najmniej pięćdziesięciu lat myśl lewicowa akceptuje istnienie Nierozumu w różnych formach.
Problemem może być to, że przeskakuję nagle od tonu cynika do tonu mistyka. Tak naprawdę chciałem to zrobić już wcześniej. Już wcześniej chciałem napisać, co myślę o katastrofie pod Smoleńskiem i gdzie w niej widzę Bożą rękę. Nie pisałem tego, bo w pierwszych dniach po wypadku chciałem uszanować świeży ból. Potem bałem się przybierać wysokie tony, bo wszędzie wokół rozbrzmiewał chór wirtuozów żałobnej zadumy, speców od sacrum. Wobec ich bezwstydnego zachwytu nad katastrofą, żałobą i obecnością mistyki w naszym polskim życiu, uznałem, że refleksja o Bogu w tym wszystkim, choćby absolutnie przeciwna „refleksjom” medialnych żałobników, byłaby zupełnie nie na miejscu. Nie chciałem w żaden sposób mieszać się z tym Mrocznym Sosem Kato-Narodowym, z tą Czarną Polewką na Świeżych Zwłokach, jaką warzyły nam media i autorytety. Agresywny cynizm był, powiedzmy, w lepszym smaku.
Teraz jednak, kiedy Czarna Polewka została już po części spożyta, a po części zwymiotowana (w domowym zaciszu, przeważnie), pomyślałem, że spróbuję napisać na poważnie to, co myślę i czuję. Oczywiście, nie mam najmniejszego prawa, żeby stroić się w szaty proroka. Nie mam też prawa, aby kogokolwiek autorytatywnie oceniać czy potępiać - także prezydenta Kaczyńskiego. Dlatego to, co teraz napiszę, proszę potraktować wyłącznie jak odczucie, odczucie jednej, omylnej i jak wszyscy, zagubionej osoby. Jedynym usprawiedliwieniem dla publikacji tego odczucia jest to, że jest ono bardzo mocne.
To, co się stało w Smoleńsku, jest, jak czuję, karą Boską. Jest karą Boską za politykę historyczną. Jest karą za igranie śmiercią i męczeństwem. Śmierć i męczeństwo to sprawy najpoważniejsze. Niestety, polscy politycy nie umieją ich uszanować. To dotyczy nie tylko dzisiejszych polskich polityków i nie tylko prawicowców, dotyczy także sanatorów, endeków, moczarowców różnych epok. W Polsce powszechne jest bezwstydne wykorzystywanie męczenników i ofiar śmiertelnych po to, aby mogli zbijać na nich kapitał ludzie jak najbardziej żywi i żywotni. Pełni jak najbardziej ziemskich apetytów. Gotowi do jak najbardziej cynicznych szwindli. Gromadzący w swoich lepkich łapach jak najwięcej kasy albo jak najwięcej władzy. Ludzie, których chorobliwy egoizm i egotyzm widoczny jest na pierwszy rzut oka, podczepiają się pod nieżywych altruistów, pod tych, którzy, jak mówi Pismo, „wydali swoje ciało za swoich przyjaciół”. Nieżywi altruiści są nieżywi, więc nie mogą się bronić, gdy ktoś próbuje ukraść ich chwałę, aby się nią pomazać. Ci, którzy - nieraz za sprawą równie łapczywych polityków z przeszłości - stali się mięsem armatnim i zginęli, są bezbronni, gdy znów się robi się z nich mięso armatnie, tym razem dla armat propagandowych.
Ale tych, którzy sami nie mogą się bronić, broni Bóg. I nic dziwnego, że Jego ramię podniosło się przeciwko tym, którzy najbardziej łapczywie próbowali się pożywić na zwłokach męczenników. Przeciwko tym, którzy ofiary i ich chwałę mieli wciąż na ustach - a równocześnie dla swoich politycznych szwindli gotowi byli produkować nowe ofiary. Przeciwko tym, którzy ze śmierci ofiar robili niekończącą się, a fałszywą i martwą akademię szkolną (celebracje, celebracje, celebracje) chociaż sami byli gotowi produkować nowe ofiary (podtrzymywanie polsko-amerykańskiego „braterstwa broni” przy grabieży Iraku, zaszczuwanie podejrzanych podczas pokazowych śledztw).
I teraz, gdy dla czysto propagandowych potrzeb, nasi cyniczni ghule-zwłokożercy zażyczyli sobie kolejnego (w parę dni po poprzednim) medialnego cyrku na grobach nieszczęsnych ofiar, sami zostali posłani do grobu. Żeby się przekonali, że grób to jednak sprawa poważna.
A Polacy? Polacy nie zawiedli. Nie zawiedli Szatana, oczywiście. Zamiast przyjąć lekcję, odwrócili ją do góry nogami. Z przestrogi przed ludożerstwem zrobili okazję do kolejnego ludożerstwa, tym razem - do pożerania zmarłych ludożerców. Z tych, co zginęli, zrobili kolejne ofiary do cynicznego wykorzystania. Ci, co żyją, radowali się przez dwa tygodnie wspólnotą w obliczu grobów, i to nieraz tak, jakby radowali się wspólnotą w obliczu meczu. A więc czerpali przyjemność, często bardzo płytką, z czyjejś śmierci. Politycy zaś zbijali na świeżych trumnach kolejną porcję politycznego kapitału. Notable, którzy zginęli w katastrofie, zostali potraktowani tak, jak sami traktowali tych, co zginęli wcześniej. I może jest to dla nich idealnie wyważona kara.
Oczywiście, każdy lewicowy czytelnik - i pewnie nie tylko lewicowy - zaprotestuje: a Izabela Jaruga-Nowacka, na przykład? Co ona jest winna? Czy ona kiedykolwiek cynicznie wykorzystywała katyńskie ofiary? Jakiekolwiek ofiary?
Niestety - jak pokazuje Biblia - w tym świecie bardzo często dzieje się tak, że winni pociągają za sobą w śmierć innych ludzi. Niewinnych, na rozum. Ale rozum nie jest ostateczną instancją tam, gdzie działa Bóg. Boski Nadrozum ustanowił między ludźmi wspólnotę w tym sensie irracjonalną, że silniejszą niż rozum. Wina jednego zaraża w pewien sposób wszystkich, i jest tak od samego początku, od grzechu pierworodnego. Na szczęście działa to także w drugą stronę: Chrystus użycza nam wszystkim swojej niewinności. To znaczy, że po śmierci jest szansa dla Izabeli Jarugi-Nowackiej. Ale także dla Lecha Kaczyńskiego.
www.tomaszpiatek.pl
Na podobny temat
|
Chyba mnie nie zrozumiałeś, właśnie c...
Brakuje pieniędzy na edukację, brakuj...