Nowość w sklepie KP!

miosz_okladka_300px.jpg

Katalog Książek KP

Najnowszy numer KP

kp29www150px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Jesteśmy zdolni zgasić słońce i gwiazdy, bo nie płacą dywidendy.
John Maynard Keynes

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Miecznicka & Miecznicka Drukuj
Tomasz Piątek   
21.06.2009
Drogie Krytykantki, Drodzy Krytykanci, przez pewien czas nie będę pisał, bo robię remont kuchni w naszym (Hani i moim) łódzkim mieszkanku. Spora część lata zejdzie mi na zrywaniu grubych, dziewiętnastowiecznych dech z podłogi, na wyjmowaniu dziewiętnastowiecznej trzciny i piachu spomiędzy żeber stropowych, na wypełnianiu tego wszystkiego wełną mineralną. Podczas całej tej archeologii raczej nie będę miał czasu na pisanie. Dlatego pomyślałem, że pożegnam się z Wami na jakiś czas tekstem trochę dłuższym.

Kiedy dowiedziałem się, że Magdalena Miecznicka wydaje powieść, zareagowałem tak, jak większość znanych mi kolegów literatów, a może nawet ostrzej. Wśród wielu słów, jakie eksplodowały w mojej głowie, najjaśniej żarzyło się słowo squinzia. W książce Morderstwo w La Scali zamieściłem długi wykład na temat tego słowa i niuansów jego znaczenia, dlatego nie będę się tutaj powtarzać. Jak można się łatwo domyślić, nie jest to słowo pochlebne.

Miecznicka była jak miecz w prawicy. Krytyk-krytyczka numer jeden w „Dzienniku”. Ostro chlastała współczesną polską literaturę. Jeśli chwaliła, to najsłynniejszych, takich jak Mrożek. Była czytana, może nawet wpływowa. Mimo młodego wieku, wyrastała już na autorytet dla inteligentniejszej części neoliberalnej grupy czytelniczej. Chętnie dawała się oglądać w mediach obrazkowych, wykorzystując swą foto- i telegeniczność. No i nagle dowiadujemy się, że Miecznicka zamierza poszerzyć swoje imperium o nową niszę. Teraz to już nie będzie Miecznicka, ale Miecznicka & Miecznicka, nowoczesna wielofunkcyjna korporacja „Krytykujemy i tworzymy”.

Potem nadeszły nowe, jeszcze bardziej potworne wieści: książka Miecznickiej, nawiązując nazwą do gównianej telenoweli, będzie się nazywać: Cudowna kariera Magdy M. Pojawił się klip ukazujący autorkę w różowej sukience z gołymi ramionami, z różową parasolką, w wilgotnym sadzie po deszczu. Następnie - zobaczyłem książkę. Przód okładki to jakiś balthusowski obrazek: nieletnia Lolitka rozwiera uda, dumnie zadzierając nosek (i waginę, ledwie osłoniętą białą kreską majteczek). Tył okładki to Miecznicka w różowej sukience, spoczywająca na kanapie.

A jeszcze później przyszła wiadomość, że na swoim wieczorze autorskim Miecznicka napadła na prowadzącego ten wieczór Dariusza Nowackiego, który dzień wcześniej opublikował recenzję jej książki pod tytułem: „Narodziny bajarki”. Napadła na niego i zaczęła mu tłumaczyć, dlaczego jej książka jest genialna, a on, Dariusz Nowacki, genialny nie jest.

Kiedy to wszystko zobaczyłem i usłyszałem - uśmiechnąłem się. Straszna wizja ekspansji multifunkcyjnej literackiej twórczoniszczarki rozpikselowała się w różową mgiełkę. Pomyślałem, że kretynka załatwiła się na cacy - i że cacy jest tutaj idealnym określeniem. Królowa Śniegu polskiej krytyki zredukowała się do postaci Barbie, plastikowej i śmiesznej.

Niedługo potem kilka sympatycznych osób zaprosiło mnie do Sopotu. Żeby przypieczętować tryumf literatury polskiej (akurat przypadkowo w mojej skromnej osobie) nad Miecznicką, kupiłem sobie jej książkę do pociągu. Moja podświadomość pewnie chciała pognębić ją ostatecznie w mojej głowie jako Madonnę slipingów, autorkę literatury wagonowej.

Zanim wsiadłem do wagonu, myślałem, że już nie mogę być bardziej zły na Miecznicką, niż byłem. Okazało się, że rzeczywistość mnie przerosła. Wysiadając w Sopocie, byłem wściekły.

Byłem i jestem wściekły na Miecznicką. Tylko na którą? W korporacji Miecznicka & Miecznicka są dwie Miecznickie. Jest Miecznicka pisarka i jest Miecznicka korporacyjna marketerka. I  najwyraźniej wewnątrz firmy doszło do wrogiego przejęcia. Ta pierwsza, pozytywna bohaterka naszej telenoweli, coś stworzyła. Ta druga, niczym zła Alexis, przejęła wszystkie udziały, wzięła spółkę pod but i zniszczyła.

Książka Miecznickiej jest dobra. Jej treścią jest podstawowy, ale absurdalny wyróżnik ludzkiego ja - to, że ludzkie ja nie jest w stanie zaakceptować siebie w roli ludzkiego ja. Autorka prostymi i dobrze dobranymi słowami opisuje poszukiwanie „nowego, lepszego siebie” czy też „nowej, lepszej siebie” na przykładzie pokolenia urodzonego w Polsce, w latach siedemdziesiątych. I taka próba mnie cieszy. Także dlatego, że należę do tego pokolenia i sam harowałem jak wariat w różnych korporacjach gnany strachem i pragnieniem plastikowego zbawienia. Cieszy mnie to, kiedy widzę kawałek mojego własnego absurdalnego nieraz życia podniesiony do rangi ważnego, uniwersalnego doświadczenia, które może zainteresować nie tylko moich równieśników i nie tylko Polaków.  

W książce Miecznickiej szczególnie istotne jest podniesienie kurtynki, ukazanie tego specyficznego uczucia, które kryje się za moral insanity. Wszyscy to znamy z literatury dwudziestowiecznej: Lochy Watykanu, Mechaniczna pomarańcza. Na scenie tańczy facynujące, samowystarczalne, piękne i młode zło. Nie potrzebuje usprawiedliwień. Wszelkie próby wyjaśnienia wyglądają śmiesznie i nieadekwatnie. Nie jestem zły, bo mama mnie biła. Jestem zły, bo tak jest dobrze. Powieściowa Magda M. jest kimś takim: słodką dziewczynką i bardzo złym człowiekiem. Jej życie zawodowe polega na tym, że utrudniła funkcjonowanie dziesiątkom tysięcy ludzi na całym świecie - i w nagrodę po tym świecie podróżuje (głównie po klubach Nowego Jorku). Jej życie uczuciowe polega na tym, że regularnie znieczula się seksem przy wykorzystaniu obojętnych facetów. A jednak Miecznicka pozwala nam dojrzeć pewne wytłumaczenie tego rzekomo pierwotnego zła, wytłumaczenie, które wcale nie jest śmieszne, ani nieadekwatne. Wytłumaczenie, które jest godne tego potężnego i pięknego zła. I nie chodzi tu o to, że główną bohaterkę zostawił kiedyś ojciec. Ani o to, że musiała sobie powetować kapitalistycznymi błyskotkami zgrzebne socjalistyczne dzieciństwo. Ale o tym za chwilę.

Wspomniałem o takich pisarzach, jak Burgess i Gide. Ale dobrym duchem Miecznickiej, przynajmniej tym głównym, nie jest żaden z nich. Dobrym duchem Miecznickiej jest Truman Capote. Cudowna kariera Magdy M. to książka, jaką mogłaby napisać sama Holly Golightly, gdyby jakimś cudem przejęła coś z inteligencji i wiedzy swojego autora. I Miecznicka chyba jest tego świadoma - jej fotografia na okładce książki jest wzorowana na zdjęciu Capotego z okładki jego debiutanckiej powieści.

Oczywiście, nikt jej porównywał, o ile wiem, ani do Gide’a, ani do Burgessa, ani do Capotego. Krytycy mają ograniczoną pamięć operacyjną, można się więc było spodziewać, że przywołają Houellebecqa (Houellebecq jeszcze niedawno był na fali i Miecznicka o nim pisała…). Można było też pomyśleć o pokrewieństwach pomiędzy Cudowną karierą Magdy M., a genialną i wciąż jeszcze ciepłą książką Martina Walsera Śmierć krytyka. A tu nici: nikt tego nie zrobił, bo nikt nie miał zamiaru Magdy M. chwalić.

Stało się tak, ponieważ Miecznicka-marketerka zabiła Miecznicką-pisarkę. Różowe sukienki, parasolki, obnażone ramiona, cipka w majteczkach na okładce i ten tytuł… Bardzo kiepska marketerka. Marketing uczy, że nie da się naraz zaspokoić dwóch bardzo różnych nisz. Nie da się napisać powieści ambitnej, chłodnej, bezlitosnej - i sprzedawać jej jako romansidła pod hasłem: „chętna sunia pisze dla chętnych suń”. Może kiedyś takie numery były możliwe - ale po paru dekadach marketingowego bombardowania nasze reakcje się uprościły.

W zdjęciu na kanapie nikt nie dopatrzy się Capotego: najbardziej narzucające się skojarzenie - to różowe - przesłoni wszystko (tym bardziej, że Capote to już ktoś z bardzo odległej przeszłości). Tak, marketing ociosał nas na miarę swoich marzeń i swoich możliwości. Zrobił z nas różne targety, ściśle określone i wzajem dla siebie nieprzenikliwe, a więc łatwe do prostej, mechanicznej manipulacji. Tu nie ma miejsca na finezje, tu nie ma miejsca nawet na tę babkę, co na dwoje wróżyła - choćby była nie wiem jak atrakcyjną babką.

Tak jest w handlu kiełbasą i tak jest w literaturze. A w polskiej literaturze - szczególnie. Niewole narodowe, przymusy ideologiczne obce i własne przyzwyczaiły nas do myślenia zniewolonego topornym katolicyzmem, topornym nacjonalizmem czy topornym post-sowiet-populizmem. Dlatego myślimy toporniej. Dlatego szczepienie marketingu na polskości daje marketing jeszcze bardziej prymitywny i bezniuansowy, jeszcze bardziej zglobalizowany niż marketing globalny. W ten sposób Polska wymaga od pisarza tego samego, co Procter&Gamble od copywritera: każdy najdrobniejszy element naszego przekazu musi przekazywać nasz przekaz. Jeśli piszę mądrości, to dla mądrej niszy mądrali dumnych ze swojej mądrości, a więc muszę pisać językiem mądrościowym, używającym mądrych słów. Jeśli piszę rzeczy trudne, to język też musi komunikować trudność w sposób trudny, za pomocą trudnego do odcyfrowania bełkotu. Miłość, jak wiadomo, to miły temacik dla istotek miłych, a więc dla zupełnie innej niszy niż mądrość dla mądrych. Różowy kolor zaś, hehe… Wobec takiego marketingu doktorzy literaturoznawstwa są tak samo bezmyślni jak gospodynie domowe oglądające blok reklamowy na Polsacie. Różowa kiecka? O miłości? Zrozumiałym językiem? Znaczy głupie!

W ten sposób Miecznicka-marketerka zamordowała Miecznicką-pisarkę w oczach ludzi. Ale zadała jej cios jeszcze bardziej dotkliwy. W samym sercu powieści. Pod koniec książki można odnieść wrażenie, że „tamto”, przed którym ucieka powieściowa Magda M., to utrata ojca, albo socjalistyczne dzieciństwo w szarości i niedostatku. Obie te rzeczy w powieści są konieczne - bo „tamto” kryje się za różnymi rzeczami, często właśnie takimi. Ale parę niefortunnych zdań na końcu książki nadaje tym rzeczom zbyt wielką rangę. Oboje wiemy, Magdo M., że „tamto” to nie to, tylko coś zupełnie innego. Coś zupełnie „tamtego”.

Podejrzewam, że pisarka mogła poczuć pokusę, aby uczynić tę jednoznaczną książkę bardziej wieloznaczną. A kiepska marketerka podchwyciła i nadmuchała tę myśl: „Tak, tak, w ten sposób trafimy do różnych targetów, będzie dla każdego coś miłego, publicyści polityczni dostaną coś dla siebie, telenowelowi pseudopsycholodzy też dostaną coś dla siebie”. Niestety nie. Nie można służyć Bogu i Mamonie. Mówię o tym na podstawie własnego doświadczenia, jako „autor thrillerów”, nazywany tak przez ludzi, którym „thriller” źle się kojarzy. Wyjaśnienie, jakie Miecznicka dała postawie moral insanity jest godne wielkiego, strasznego i obrzydliwego piękna tej postawy. Podtykanie czytelnikowi pod nos dodatkowego rozwiązania, na przykład rodzinnego, sprawia, że w jakiś sposób rację ma jednak Dariusz Nowacki, który nazwał autorkę „bajarką”.

Tak samo jest z rozwiązaniem „politycznym”. Magdo M., napisałaś powieść egzystencjalną, nie polityczną. A jeśli polityczną, to lepszą niż twoje „polityczne” rozwiązanie. Napisałaś traktacik o tym, jak pewne bolesne, może nawet potworne, ale piękne i nieusuwalne właściwości „ja” są wykorzystywane przez system, ktory produkuje inkwizytorów, esesmanów, optymalizatorów czasu pracy w korporacjach - i inne złe lalki.

Strona autora: tomasz.piatek.pl
Komentarze
Dodaj nowy
kot  - Nie rob nam tego   |22.06.2009 07:27:30
Piatek chyba nie czytasz komentarzy pod swoimi felietonami tylka jakies inne.
Tylko raz Cie krytykowali w jednym felietonie bo przyzwyczailes czytelnikow do
dwoch w jednym felietonu literackiego i zawartosci myslowej.
W jednym z nich
zaserwowales tylko zawarosc myslowa. Na ktora zaregowal utytulowany duren, bo
bylo to dla niego zby trudne.
Tydzien bez felietonu Piatka to tydzien
zmarnowany. Spelniasz moje czytelnicze oczekiwania i to co najwazniejsze dajesz
sie czytac.
W Twoich obowiazkowych robotach recznych. Zobaczysz ( wlasnie to
robie w Maisons Lafitte) ze zdzierane tapet i uypychanie welny mineralnej nie
przeszkada w mysleniu i pisaniu.
kot   |22.06.2009 07:42:38
Laffitte. A jednak dwa: ff i tt.
Nie jestem wzrokowcem.
blaise   |22.06.2009 13:55:39
Ja raz skrytykowałem Piątka za zdanie: Żyjemy pod terrorem bezrobocia i
reklamy, podczas kiedy wystarczyłby terror reklamy. Właściwie to nie była
krytyka jego osoby, a raczej próba rozwinięcia wyżej zarysowanej koncepcji..
W
sumie do dziś nie wiem do końca jak to rozumieć.
Jeśli p. Piątka uraziłem to
soraski, bo bardzo go cenię.. i to do tego stopnia, że mam nawet jego książkę
na półce, wprawdzie nie wiem do kogo należy, ale jednak mam.
kot   |23.06.2009 03:41:30
blaise nie martw sie Piatek jest nadwrazliwy.
Nie rozumiem dlaczego nie
rozumiesz,ze mozemy zyc pod dwoma strachami. Wszak mozesz sie bac i lwa i
skorpiona.
nefermor   |23.06.2009 07:55:22
Szanowny Panie Piątek.
Dziewiętnastowieczne dechy są jak najbardziej cool!
Proszę je zostawić w świętym spokoju, ku radości przyszłych pokoleń, a samemu
zająć się pisaniem kolejnych artykułów. O!





normalnie aż chyba
przeczytam tą książkę, choć byłam przekonana że kijem tego nie tknę… i co Pan
narobił? hę?
blaise   |23.06.2009 08:40:56
"Nie rozumiem dlaczego nie rozumiesz,ze mozemy zyc pod dwoma strachami.
Wszak mozesz sie bac i lwa i skorpiona."
Piątek ma rację, że mamy terror
biedy/wykluczenia/ bezrobocia, którego koniecznym uzupełnieniem jest terror
konsumpcji, najbardziej widocznym znakiem tego ostatniego jest ekspansja
przekazów marketingowo-reklamowych. Dzięki temu ten system ma niejednoznaczny,
słodko-gorzki charakter. Ludzie nie zgodziliby sie na życie pod groźbą nędzy i
bezrobocia, gdyby nie obietnica konsumpcyjnej rozkoszy i nadzieja awansu
materialnego (która daje jeszcze większe możliwości konsumowania). Terror
reklamy podtrzymuje i zasłania jednocześnie opresyjność systemu. Nie ma jednego
bez drugiego. A Piątek mówi "wystarczyłby terror reklamy". Ja ze swej
strony nie chcę żadnego terroru. Konsumpcja jest przymusem, bo to co się
konsumuje świadczy o miejscu w hierarchii społ., wolałbym żyć w społeczeństwie
mniej zhierarchizowanym i dzięki temu w mniejszym stopniu nastawionym na
konsumpcję.
kot   |27.06.2009 01:28:15
Bauman okreslil ceche wspolczesnej nam rzeczywistosci jako plynnosc. Mechanizm
usredniania rzeczywistosci ktory zdjagnozowal i opisal Piatek jest nie mniej
charakterystyczny, a jeszcze bardziej funkcjonalny. O ile stopniowalnosc ma tu
swoje zastosowanie.
kot   |27.06.2009 01:37:20
blaise ladnie to ujeles. To wazne.
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 22.06.2009 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 0.90392 Seconds