Drogie Krytykantki, Drodzy Krytykanci, przez pewien czas nie będę pisał, bo robię remont kuchni w naszym (Hani i moim) łódzkim mieszkanku. Spora część lata zejdzie mi na zrywaniu grubych, dziewiętnastowiecznych dech z podłogi, na wyjmowaniu dziewiętnastowiecznej trzciny i piachu spomiędzy żeber stropowych, na wypełnianiu tego wszystkiego wełną mineralną. Podczas całej tej archeologii raczej nie będę miał czasu na pisanie. Dlatego pomyślałem, że pożegnam się z Wami na jakiś czas tekstem trochę dłuższym.
Kiedy dowiedziałem się, że Magdalena Miecznicka wydaje powieść, zareagowałem tak, jak większość znanych mi kolegów literatów, a może nawet ostrzej. Wśród wielu słów, jakie eksplodowały w mojej głowie, najjaśniej żarzyło się słowo squinzia. W książce Morderstwo w La Scali zamieściłem długi wykład na temat tego słowa i niuansów jego znaczenia, dlatego nie będę się tutaj powtarzać. Jak można się łatwo domyślić, nie jest to słowo pochlebne.
Miecznicka była jak miecz w prawicy. Krytyk-krytyczka numer jeden w „Dzienniku”. Ostro chlastała współczesną polską literaturę. Jeśli chwaliła, to najsłynniejszych, takich jak Mrożek. Była czytana, może nawet wpływowa. Mimo młodego wieku, wyrastała już na autorytet dla inteligentniejszej części neoliberalnej grupy czytelniczej. Chętnie dawała się oglądać w mediach obrazkowych, wykorzystując swą foto- i telegeniczność. No i nagle dowiadujemy się, że Miecznicka zamierza poszerzyć swoje imperium o nową niszę. Teraz to już nie będzie Miecznicka, ale Miecznicka & Miecznicka, nowoczesna wielofunkcyjna korporacja „Krytykujemy i tworzymy”.
Potem nadeszły nowe, jeszcze bardziej potworne wieści: książka Miecznickiej, nawiązując nazwą do gównianej telenoweli, będzie się nazywać: Cudowna kariera Magdy M. Pojawił się klip ukazujący autorkę w różowej sukience z gołymi ramionami, z różową parasolką, w wilgotnym sadzie po deszczu. Następnie - zobaczyłem książkę. Przód okładki to jakiś balthusowski obrazek: nieletnia Lolitka rozwiera uda, dumnie zadzierając nosek (i waginę, ledwie osłoniętą białą kreską majteczek). Tył okładki to Miecznicka w różowej sukience, spoczywająca na kanapie.
A jeszcze później przyszła wiadomość, że na swoim wieczorze autorskim Miecznicka napadła na prowadzącego ten wieczór Dariusza Nowackiego, który dzień wcześniej opublikował recenzję jej książki pod tytułem: „Narodziny bajarki”. Napadła na niego i zaczęła mu tłumaczyć, dlaczego jej książka jest genialna, a on, Dariusz Nowacki, genialny nie jest.
Kiedy to wszystko zobaczyłem i usłyszałem - uśmiechnąłem się. Straszna wizja ekspansji multifunkcyjnej literackiej twórczoniszczarki rozpikselowała się w różową mgiełkę. Pomyślałem, że kretynka załatwiła się na cacy - i że cacy jest tutaj idealnym określeniem. Królowa Śniegu polskiej krytyki zredukowała się do postaci Barbie, plastikowej i śmiesznej.
Niedługo potem kilka sympatycznych osób zaprosiło mnie do Sopotu. Żeby przypieczętować tryumf literatury polskiej (akurat przypadkowo w mojej skromnej osobie) nad Miecznicką, kupiłem sobie jej książkę do pociągu. Moja podświadomość pewnie chciała pognębić ją ostatecznie w mojej głowie jako Madonnę slipingów, autorkę literatury wagonowej.
Zanim wsiadłem do wagonu, myślałem, że już nie mogę być bardziej zły na Miecznicką, niż byłem. Okazało się, że rzeczywistość mnie przerosła. Wysiadając w Sopocie, byłem wściekły.
Byłem i jestem wściekły na Miecznicką. Tylko na którą? W korporacji Miecznicka & Miecznicka są dwie Miecznickie. Jest Miecznicka pisarka i jest Miecznicka korporacyjna marketerka. I najwyraźniej wewnątrz firmy doszło do wrogiego przejęcia. Ta pierwsza, pozytywna bohaterka naszej telenoweli, coś stworzyła. Ta druga, niczym zła Alexis, przejęła wszystkie udziały, wzięła spółkę pod but i zniszczyła.
Książka Miecznickiej jest dobra. Jej treścią jest podstawowy, ale absurdalny wyróżnik ludzkiego ja - to, że ludzkie ja nie jest w stanie zaakceptować siebie w roli ludzkiego ja. Autorka prostymi i dobrze dobranymi słowami opisuje poszukiwanie „nowego, lepszego siebie” czy też „nowej, lepszej siebie” na przykładzie pokolenia urodzonego w Polsce, w latach siedemdziesiątych. I taka próba mnie cieszy. Także dlatego, że należę do tego pokolenia i sam harowałem jak wariat w różnych korporacjach gnany strachem i pragnieniem plastikowego zbawienia. Cieszy mnie to, kiedy widzę kawałek mojego własnego absurdalnego nieraz życia podniesiony do rangi ważnego, uniwersalnego doświadczenia, które może zainteresować nie tylko moich równieśników i nie tylko Polaków.
W książce Miecznickiej szczególnie istotne jest podniesienie kurtynki, ukazanie tego specyficznego uczucia, które kryje się za moral insanity. Wszyscy to znamy z literatury dwudziestowiecznej: Lochy Watykanu, Mechaniczna pomarańcza. Na scenie tańczy facynujące, samowystarczalne, piękne i młode zło. Nie potrzebuje usprawiedliwień. Wszelkie próby wyjaśnienia wyglądają śmiesznie i nieadekwatnie. Nie jestem zły, bo mama mnie biła. Jestem zły, bo tak jest dobrze. Powieściowa Magda M. jest kimś takim: słodką dziewczynką i bardzo złym człowiekiem. Jej życie zawodowe polega na tym, że utrudniła funkcjonowanie dziesiątkom tysięcy ludzi na całym świecie - i w nagrodę po tym świecie podróżuje (głównie po klubach Nowego Jorku). Jej życie uczuciowe polega na tym, że regularnie znieczula się seksem przy wykorzystaniu obojętnych facetów. A jednak Miecznicka pozwala nam dojrzeć pewne wytłumaczenie tego rzekomo pierwotnego zła, wytłumaczenie, które wcale nie jest śmieszne, ani nieadekwatne. Wytłumaczenie, które jest godne tego potężnego i pięknego zła. I nie chodzi tu o to, że główną bohaterkę zostawił kiedyś ojciec. Ani o to, że musiała sobie powetować kapitalistycznymi błyskotkami zgrzebne socjalistyczne dzieciństwo. Ale o tym za chwilę.
Wspomniałem o takich pisarzach, jak Burgess i Gide. Ale dobrym duchem Miecznickiej, przynajmniej tym głównym, nie jest żaden z nich. Dobrym duchem Miecznickiej jest Truman Capote. Cudowna kariera Magdy M. to książka, jaką mogłaby napisać sama Holly Golightly, gdyby jakimś cudem przejęła coś z inteligencji i wiedzy swojego autora. I Miecznicka chyba jest tego świadoma - jej fotografia na okładce książki jest wzorowana na zdjęciu Capotego z okładki jego debiutanckiej powieści.
Oczywiście, nikt jej porównywał, o ile wiem, ani do Gide’a, ani do Burgessa, ani do Capotego. Krytycy mają ograniczoną pamięć operacyjną, można się więc było spodziewać, że przywołają Houellebecqa (Houellebecq jeszcze niedawno był na fali i Miecznicka o nim pisała…). Można było też pomyśleć o pokrewieństwach pomiędzy Cudowną karierą Magdy M., a genialną i wciąż jeszcze ciepłą książką Martina Walsera Śmierć krytyka. A tu nici: nikt tego nie zrobił, bo nikt nie miał zamiaru Magdy M. chwalić.
Stało się tak, ponieważ Miecznicka-marketerka zabiła Miecznicką-pisarkę. Różowe sukienki, parasolki, obnażone ramiona, cipka w majteczkach na okładce i ten tytuł… Bardzo kiepska marketerka. Marketing uczy, że nie da się naraz zaspokoić dwóch bardzo różnych nisz. Nie da się napisać powieści ambitnej, chłodnej, bezlitosnej - i sprzedawać jej jako romansidła pod hasłem: „chętna sunia pisze dla chętnych suń”. Może kiedyś takie numery były możliwe - ale po paru dekadach marketingowego bombardowania nasze reakcje się uprościły.
W zdjęciu na kanapie nikt nie dopatrzy się Capotego: najbardziej narzucające się skojarzenie - to różowe - przesłoni wszystko (tym bardziej, że Capote to już ktoś z bardzo odległej przeszłości). Tak, marketing ociosał nas na miarę swoich marzeń i swoich możliwości. Zrobił z nas różne targety, ściśle określone i wzajem dla siebie nieprzenikliwe, a więc łatwe do prostej, mechanicznej manipulacji. Tu nie ma miejsca na finezje, tu nie ma miejsca nawet na tę babkę, co na dwoje wróżyła - choćby była nie wiem jak atrakcyjną babką.
Tak jest w handlu kiełbasą i tak jest w literaturze. A w polskiej literaturze - szczególnie. Niewole narodowe, przymusy ideologiczne obce i własne przyzwyczaiły nas do myślenia zniewolonego topornym katolicyzmem, topornym nacjonalizmem czy topornym post-sowiet-populizmem. Dlatego myślimy toporniej. Dlatego szczepienie marketingu na polskości daje marketing jeszcze bardziej prymitywny i bezniuansowy, jeszcze bardziej zglobalizowany niż marketing globalny. W ten sposób Polska wymaga od pisarza tego samego, co Procter&Gamble od copywritera: każdy najdrobniejszy element naszego przekazu musi przekazywać nasz przekaz. Jeśli piszę mądrości, to dla mądrej niszy mądrali dumnych ze swojej mądrości, a więc muszę pisać językiem mądrościowym, używającym mądrych słów. Jeśli piszę rzeczy trudne, to język też musi komunikować trudność w sposób trudny, za pomocą trudnego do odcyfrowania bełkotu. Miłość, jak wiadomo, to miły temacik dla istotek miłych, a więc dla zupełnie innej niszy niż mądrość dla mądrych. Różowy kolor zaś, hehe… Wobec takiego marketingu doktorzy literaturoznawstwa są tak samo bezmyślni jak gospodynie domowe oglądające blok reklamowy na Polsacie. Różowa kiecka? O miłości? Zrozumiałym językiem? Znaczy głupie!
W ten sposób Miecznicka-marketerka zamordowała Miecznicką-pisarkę w oczach ludzi. Ale zadała jej cios jeszcze bardziej dotkliwy. W samym sercu powieści. Pod koniec książki można odnieść wrażenie, że „tamto”, przed którym ucieka powieściowa Magda M., to utrata ojca, albo socjalistyczne dzieciństwo w szarości i niedostatku. Obie te rzeczy w powieści są konieczne - bo „tamto” kryje się za różnymi rzeczami, często właśnie takimi. Ale parę niefortunnych zdań na końcu książki nadaje tym rzeczom zbyt wielką rangę. Oboje wiemy, Magdo M., że „tamto” to nie to, tylko coś zupełnie innego. Coś zupełnie „tamtego”.
Podejrzewam, że pisarka mogła poczuć pokusę, aby uczynić tę jednoznaczną książkę bardziej wieloznaczną. A kiepska marketerka podchwyciła i nadmuchała tę myśl: „Tak, tak, w ten sposób trafimy do różnych targetów, będzie dla każdego coś miłego, publicyści polityczni dostaną coś dla siebie, telenowelowi pseudopsycholodzy też dostaną coś dla siebie”. Niestety nie. Nie można służyć Bogu i Mamonie. Mówię o tym na podstawie własnego doświadczenia, jako „autor thrillerów”, nazywany tak przez ludzi, którym „thriller” źle się kojarzy. Wyjaśnienie, jakie Miecznicka dała postawie moral insanity jest godne wielkiego, strasznego i obrzydliwego piękna tej postawy. Podtykanie czytelnikowi pod nos dodatkowego rozwiązania, na przykład rodzinnego, sprawia, że w jakiś sposób rację ma jednak Dariusz Nowacki, który nazwał autorkę „bajarką”.
Tak samo jest z rozwiązaniem „politycznym”. Magdo M., napisałaś powieść egzystencjalną, nie polityczną. A jeśli polityczną, to lepszą niż twoje „polityczne” rozwiązanie. Napisałaś traktacik o tym, jak pewne bolesne, może nawet potworne, ale piękne i nieusuwalne właściwości „ja” są wykorzystywane przez system, ktory produkuje inkwizytorów, esesmanów, optymalizatorów czasu pracy w korporacjach - i inne złe lalki.
Strona autora: tomasz.piatek.pl
Na podobny temat
|
Chyba mnie nie zrozumiałeś, właśnie c...
Brakuje pieniędzy na edukację, brakuj...