Biografia Krzywonos
KP22: prze-moc
Komentarze
CYTAT DNIA
Krytyczna misja pomnika i monumentu jest stłumiona przez kontynuację
niewolnictwa z przeszłości i przez nadmierną i bezkrytyczną pamięć
uroczystych obowiązków i funkcji. Pomimo wszystkich bolesnych wydarzeń
i doświadczeń, których byliśmy uczestnikami (pomniki także), pomimo
wielu ofiar i istnienia "przetrwańców", władze nie pozwalają na
swobodne dawanie świadectwa, protestowanie i krytykę w przestrzeni
publicznej. Pomniki i monumenty są nieczynne, zmuszone do trwania w
milczeniu, w rzeczywistym i symbolicznym odcięciu od współczesnych
realiów i doświadczeń.
Krzysztof Wodiczko, Miasto, demokracja i sztuka
|
|
Gdula: Lewica musi rozliczyć się z PRL |
|
|
Maciej Gdula
|
|
04.02.2010 |
Lewica potrzebuje rozliczenia z przeszłością, bo bardzo jej ona ciąży. Przedstawiciele lewicy odcinali się od przeszłości, zostawiali ją za sobą i przepraszali za nią, ale to akurat nie jest żadne rozliczenie. Nie chodzi o to, że ława oskarżonych jest niepełna, a dawne zbrodnie wciąż nie doczekały się wyrazistej oceny. Problemem jest brak lewicowej krytyki przeszłości, czyli takiej perspektywy w ocenie historii, która pozwoliłaby rozliczyć się z nią na własny, a nie na prawicowy rachunek wystawiany za zdradę ojczyzny i sprzedawanie się Moskwie.
Przeprosiny i nostalgia
Spory dotyczące rozliczenia z PRL-em w latach 90. krążyły wokół tematów lustracji i dekomunizacji. Brak dekomunizacji i jedynie połowiczna lustracja były dla dużej części środowisk prawicowych dowodem na powierzchowność zmiany systemowej i podręcznym wyjaśnieniem wszelkich niedoskonałości transformacji. Spór lustracyjno-dekomunizacyjny pozwalał utrzymywać lojalność elektoratów, które bardziej niż kształtem budowanego w Polsce kapitalizmu ekscytowały się podziałem postkomunistycznym, czyli różnicą miedzy politykami wywodzącymi się z Solidarności i PZPR.
W tym sporze lewica wywodząca się z PZPR nie unikała brania odpowiedzialności za lata realnego socjalizmu. Do historii przeszły przeprosiny Aleksandra Kwaśniewskiego dla skrzywdzonych przez PRL. Przeprosiny Kwaśniewskiego były rodzajem ucieczki do przodu. Lewica na prawicowe rozliczenia z historią odpowiadała wyborem przyszłości. Obsesyjne zajmowanie się historią zostawiała „oszołomom” a sama obiecywała budowę normalnego kraju i dystans do historycznych podziałów. Tylko lewica oczyszczona z historii mogła stać się prymusem transformacji, lepiej sprawdzającym się w modernizowaniu Polski niż kłótliwa i zafiksowana na historii prawica.
Z drugiej strony lewica postpzprowska odwoływała się do nostalgii za PRL-em. Różni liderzy z lubością podkreślali, że gdy chodzi o opinie zwykłych ludzi, poprzedni system cieszy się dużą akceptacją. Odbudowa kraju, złote czasy Gierka i słuszna choć trudna decyzja o stanie wojennym składały się na obraz PRL-u jako kraju, gdzie dało się żyć, a nawet żyć przyjemnie. Z jednej strony wybierano więc przyszłość, z drugiej mrugano do przeszłości. Dla prawicy taka postawa była dowodem dwulicowości i niechęci do prawdziwych rozliczeń. Niby przepraszają, ale tak naprawdę to wilki w owczych skórach i nigdy nie wiadomo, kiedy zorganizują nam nowy stan wojenny.
W rzeczywistości zarówno wybór przyszłości, jak i nostalgia za PRL-em były sposobami uniknięcia konfrontacji z przeszłością jako czymś wciąż żywym. Apele o pozostawienie historii historykom zakładają, że przeszłość należy zamknąć, zostawić, bo zajmowanie się nią może prowadzić tylko do niepotrzebnych komplikacji. Przeprosiny funkcjonują w tym kontekście bardziej jak reset niż zmaganie się z trudnym dziedzictwem. Nostalgia z kolei nie oznacza ukrytych tęsknot za dawnym porządkiem, ale pamięć pogodzoną już ze stratą. Dawny system odszedł i można wspominać go z łezką w oku. W ten sposób PRL staje się martwą przeszłością. Albo ma być porzucony jako zbędny bagaż, albo zostaje przerobiony na cepelię.
Mit i pragmatyzm
Inne strategie wobec przeszłości realizowało środowisko lewicy wywodzące się z Solidarności. Z konieczności nieco upraszczając można powiedzieć, że wyrastało ono z lewicowej krytyki socjalizmu opartej na rewizji oficjalnego marksizmu. Ta krytyczna postawa po marcu 1968, kiedy okazało się, że realny socjalizm posługuje się nacjonalizmem i antysemityzmem ustąpiła antypolityce, czyli łączeniu różnych odłamów społeczeństwa obywatelskiego w sprzeciwie wobec „totalitarnego” reżimu. Strategia ta znalazła najpełniejszą realizację w ruchu „Solidarności”. Po stanie wojennym Solidarność została zamieniona w mit, który legł u podstaw zmiany systemowej porozumień z 1989 roku.
Według tego mitu społeczeństwo, które przegrało w 1981 roku z brutalną władzą, odniosło w końcu zwycięstwo przy okrągłym stole. Wprowadzenie demokracji i reform rynkowych było kontynuacją wolnościowego zrywu i spełnieniem marzeń wielu pokoleń starających się w kolejnych odsłonach zrzucić komunistyczne jarzmo. Środowiska dawnych dysydentów przede wszystkim te związane z „Gazetą Wyborczą” i Unią Demokratyczną rozstały się z marzeniami i wybrały mały realizm, to znaczy budowę kapitalizmu. Polegało to przede wszystkim na uprawomocnianiu określonych reformatorskich posunięć jako jedynej z możliwych dróg w sytuacji bankructwa socjalizmu państwowego.
Umieszczenie Solidarności na cokole umożliwiło praktyczne zdystansowanie się do jej tradycji. Zmitologizowana Solidarność zredukowana została wyłącznie do antykomunizmu. Na co dzień nie trzeba już było pytać, jak mają się konkretne posunięcia do dziedzictwa Sierpnia, wystarczyło jedynie co roku w sierpniu przypominać strajki. W ten sposób historia dla tej części lewicy także staje się przeszłością martwą, chociaż pogrzebaną w złotym sarkofagu. Historia wypełniła się w 1989, a potem otwiera się przestrzeń normalności, której należy bronić co najwyżej przed zbytnim radykalizmem i ideologizacją.
Reanimacja przeszłości
Niezależnie od tego czy mamy do czynienia z lewicą wywodzącą się z PZPR-u czy lewicą wyrosłą ze sprzeciwu wobec PRL-u historia jest przez nie traktowana jako zamknięty rozdział. Dziś rozliczenie z przeszłością oznacza oczywiście jej krytyczną ocenę, ale przede wszystkim ożywienie jej jako wciąż żywego źródła współczesności. Taka perspektywa zakłada, że w historii wciąż znaleźć można klucz pozwalający zrozumieć, w jakiej sytuacji się znajdujemy i skąd się wzięły nasze problemy.
Nie ma rozliczenia bez opowiedzenia sobie historii na nowo. Nasza historia zaczyna się w latach 70. wraz z nową falą modernizacji, szerszego otwarcia na Zachód i zwiększenia powiązań gospodarczych między Polską a systemem kapitalistycznym. Państwo socjalistyczne zaczęło wtedy na wzór kapitalistycznych welfare statów opierać swoją legitymizację nie na radykalnych reformach społecznych (lata 50.) ani na nacjonalizmie (lata 60.), ale na poziomie konsumpcji i zabezpieczeniach społecznych. Coca-cola, czterdziestolatek i emerytury dla rolników to symbole tych zmian. Końcówka lat 70. przynosi kryzys tego systemu spowodowany przede wszystkim niezdolnością lokalnej gospodarki do amortyzacji globalnych napięć ekonomicznych. Choć władze nie miały wpływu na szok naftowy z 1973 czy zwiększenie stóp procentowych przez USA w 1979 roku odpowiedzialność spadała na nie automatycznie, ponieważ legitymizacja systemu opierała się na gwarantowaniu przez państwo dostępu do dóbr konsumpcyjnych.
Kryzys przeradza się na początku lat 80. w masowe protesty i karnawał Solidarności. Pojawia się marzenie o możliwości zbudowania lepszego ładu społecznego, w którym dałoby się przekroczyć ograniczenia zarówno kapitalizmu, jak i socjalizmu. Miała być więc praca bez wyzysku i samorządność, wolność od cenzury i demokratyczna partycypacja. Próba realizacji tych ideałów ugrzęzła w ślepej uliczce, na końcu której było przywołanie ludzi do porządku przemocą. Stan wojenny to rozbicie marzeń i zablokowanie odruchu, aby problemy rozwiązywać wspólnie w zbiorowym działaniu. Jego konsekwencją był kres Solidarności jako wielkiego ruchu społecznego oraz - co mniej oczywiste – kres PZPR-u, w której rozpoczyna się trwający w zasadzie do końca PRL-u okres komisarycznego zarządu wojskowych.
Wyobraźnia polityczna ukształtowana przez stan wojenny nie opuściła nas w zasadzie do dziś. Jej awers stanowi dążenie do normalności i stabilizacja. Rewersem jest traktowanie ludzi jako przedmiotu, a nie podmiotu zmian.
W tym sensie istnieje ciągłość miedzy 13 grudnia, reformami Balcerowicza, czterema reformami Buzka i likwidacją funduszu alimentacyjnego. Elity podejmują decyzje o dalekosiężnych konsekwencjach, ale nie starają się wypracować kształtu reform przy udziale ludzi. Ten model zmian ma swoje korzenie w strachu, jaki w elitach wzbudził początek lat 80. i głęboka niesterowność systemu w sytuacji dużego społecznego pobudzenia. Dotyczyło to, co zrozumiałe, elit partyjnych, ale także elit opozycyjnych, które widziały, jak tracą kontrolę nad ruchem społecznym.
To wspólne doświadczenie strachu legło u podstaw zmian systemowych określanych mianem transformacji. Zaczynają się one już w połowie lat 80., kiedy władza otwiera swobodną dyskusję nad kierunkami reform gospodarczych i stopniowo przybliża gospodarkę do modelu kapitalistycznego. Sens transformacji polega na redystrybucji odpowiedzialności z państwowej na indywidualną i sojuszu elit w celu ochrony zasadniczych decyzji wyznaczających dynamikę zmian społeczno-ekonomicznych. Początkiem naszego świata nie jest zbrodnia założycielska, ale założycielski deal motywowanym raczej strachem niż chęcią zysku.
Trzy filary sojuszu
Sojusz nie łączył ze sobą wyłącznie elit politycznych, ale wymagał rozszerzenia także na hierarchię kościelną. Podstawą sojuszu elit partyjnych, opozycyjnych i kościelnych stała się pasterska wizja władzy, patriarchat i forma restytucji kapitalizmu w Polsce.
W latach 80. partia zmieniła politykę wobec kościoła. W warunkach deficytu legitymizacji po stanie wojennym poszukiwała wsparcia, żeby ustabilizować system i przełamać osamotnienie na arenie międzynarodowej. W celu zdobycia przychylności kościoła, instytucji posiadającej pewną władzę symboliczną, skłonna była do ustępstw. Dlatego w latach 80. zaczyna działać prężnie komisja wspólna rządu i episkopatu zajmując się bieżącymi sprawami, ale także kwestiami zabezpieczenia interesów kościoła i nadania jego obecności w życiu społecznym formy prawnej. W 1984 roku powstaje projekt ustawy o stosunku państwa do kościoła, a w 1989 przyjmuje ustawę jeszcze sejm PRL. W latach 80. papież decyduje się na dwie pielgrzymki do Polski, co potrzebne jest ekipie Jaruzelskiego, izolowanej w stosunkach międzynarodowych. Wysoka pozycja kościoła zostaje potwierdzona przy okazji rozmów okrągłego stołu, na które partia decyduje się, by zdobyć osłonę do wprowadzanych już reform ekonomicznych. Kościół nie jest wyłącznie pośrednikiem między zorganizowanym społeczeństwem a obozem władzy, ale gwarantem ważności porozumień, jakie partia zawiera z opozycją. Kościół w zamian za poparcie zmian zostaje odpowiednio wynagrodzony przez zwrot majątku, sowite dotacje państwowe, powrót religii do szkół, wpływ na restrykcyjną ustawę antyaborcyjną czy wreszcie konkordat.
Zbliżenie między elitami politycznymi i kościelnymi dokonało się za sprawą pasterskiego modelu sprawowania władzy. Model ten opiera się na relacji między potrzebującym opieki ludem i przewodzącą mu elitą. Elita posiada niezbędną wiedzę co do kierunku, w jakim prowadzić należy lud i jak nim zarządzać, aby lud sam sobie nie zaszkodził. Relacja pasterska nie zakłada całkowitej bierności i podporządkowania ludzi, ale wymaga od elity utrzymywania ludu z dala od kluczowych decyzji określających kształt rzeczywistości. Większość fundamentalnych reform okresu transformacji wprowadzana była przez partie zdobywające demokratyczną legitymizację w wyborach, ale rządzące w imię wyższej konieczności. Tak było z planem Balcerowicza, na który zgodnie głosowali w sejmie kontraktowym przedstawiciele starego reżimu i ich niedawni oponenci. Podobny model podejmowania decyzji występował od czterech wielkich reform AWS/UW po likwidację dotacji do barów mlecznych przez rząd Marka Belki. Rola kościoła w osłanianiu tych reform polega przede wszystkim na wzywaniu do umiarkowania i niezaangażowaniu się w procesy mogące zbytnio upodmiotowić lud jak protesty społeczne i strajki.
Drugim filarem sojuszu jest patriarchat. Oznacza on oczywiście władzę i kontrolę nad kobietami, ale także pewien tryb podejmowania decyzji traktowanych jako efekt bliskich relacji między mężczyznami i nieformalnych ustaleń między nimi. W rozmowach w Magdalence kluczowych dla powstania umów okrągłego stołu brali udział księża, ale nie uczestniczyła w nich żadna kobieta. Religię do szkół wprowadzono rozporządzeniem ministra edukacji po zakulisowych ustaleniach, a nie na skutek referendum i demokratycznej debaty. Kiedy w sprzeciwie wobec planów wprowadzenia restrykcyjnej ustawy antyaborcyjnej zorganizował się duży ruch społeczny na rzecz referendum i zebrał milion dwieście tysięcy podpisów, został po prostu zlekceważony przez mężczyzn, którzy dali sobie słowo, że żadnego powszechnego głosowania w tej sprawie nie będzie. Komisja majątkowa przez lata podejmowała istotne decyzje dotyczące majątku publicznego bez wystarczającej formalnej kontroli.
Trzeci filar to forma restytucji kapitalizmu. Nie chodzi tutaj wyłącznie o rynkowy model organizacji gospodarki w powiązaniu z własnością prywatną, ale przede wszystkim o system polityczny. W latach 80. a zwłaszcza 90. kapitalizm znowu zaczął odwoływać się do uzasadnień, które elitom poszukującym stabilności systemu musiały wydać się atrakcyjne. W neoliberalnej wersji kapitalizmu nierówna dystrybucja dóbr i napięcia ekonomiczne znowu zaczęły być łączone z indywidualną odpowiedzialnością. Istnienie bogatych i biednych jest traktowane jako efekt indywidualnych osiągnięć, a gdy komuś się nie wiedzie staje się to jego osobistym problemem. W ten sposób za nierówności, strukturalne bezrobocie czy biedę nie można obciążać systemu, ale trzeba podjąć indywidualne strategie zaradcze. Mądrość tę przyswoili dziś ludzie, którzy łapią ryby, żeby uniknąć niedojadania, pracujący za minimalne stawki w szarej strefie, albo wyjeżdżający na emigrację pracować na zmywaku.
Lewica wybrała skok w kapitalizm, kierując się przeświadczeniem, że jest to naturalny, ahistoryczny i niezróżnicowany system. W ten sposób straciła zdolność kształtowania modelu kapitalizmu jaki rozwija się w Polsce. Na krótką metę ta strategia okazała się wydajna, ale w dłuższym horyzoncie pociągnęła za sobą utratę społecznego poparcia na rzecz prawicowych partii protestu takich jak np. Prawo i Sprawiedliwość.
Istotą rozliczenia z przeszłością nie jest wyznaczanie na nowo kandydatów na ławy oskarżonych, wyciąganie trupów z szafy i dokonywanie wykluczeń na bazie moralnego oburzenia. Chodzi raczej o zrozumienie, jak lewicowa polityka trafiła na mieliznę. Trzeba zauważyć jej elitaryzm i strach przed ruchem społecznym, męskocentryczność i patriarchalne wzory podejmowania decyzji oraz ślepą akceptację dla kapitalizmu, bo uniemożliwiają one zmierzenie się z dzisiejszymi problemami. Jeśli lewica nie rozliczy się z tego dziedzictwa lepiej, żeby nadal tkwiła na mieliźnie.
Tekst ukazał się w „Europie”, dodatku do „Newsweeka”, z 1 lutego 2010.
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 04.02.2010 )
|
|
Najnowsze teksty i opinie
|
|
Przepraszam, jeśli moja uwaga zabrzmi...
Osmin: chodzi o to, aby zdolne dzieci...