Jedyną zaskakującą rzeczą w kryzysie, który dotknął w 2008 r. rynki
finansowe, było to, jak łatwo wszyscy uwierzyli, że nie dało się go
przewidzieć - grom z jasnego nieba. Przypomnijcie sobie wszystkie
demonstracje regularnie towarzyszące waszyngtońskim spotkaniom MFW i
Banku Światowego: protestujący poruszali nie tylko typowe
antyglobalistyczne motywy (rosnący wyzysk krajów Trzeciego Świata
itd.), ale również krytykowali banki, które tworzyły złudzenie wzrostu,
grając fikcyjnymi pieniędzmi. Widzieli zbliżającą się katastrofę.
Nie tylko ekonomiści tacy jak Paul Krugman i Joseph Stiglitz ostrzegali
przed zagrożeniami i mówili jasno, że ci, którzy obiecują niekończący
się wzrost, nie zdają sobie sprawy z powagi sytuacji: w 2004 r.
demonstrantów ostrzegających przez załamaniem finansowym było tak
wiele, że waszyngtońska policja musiała zmobilizować osiem tysięcy
dodatkowych policjantów i sprowadzić sześć tysięcy kolejnych z Maryland
i Virginii.
Piąty element: Kapitał
Kiedy walczymy z AIDS, głodem, brakiem wody pitnej, globalnym
ociepleniem itd., to choć uznajemy te problemy za palące, zawsze mamy
czas na zastanowienie, odłożenie decyzji w czasie (przypomnijcie sobie
najważniejszą konkluzję obwołanej sukcesem ostatniej konferencji
klimatycznej na Bali: ustalono, że kolejne spotkanie odbędzie się za
dwa lata, by kontynuować rozmowy…). Jednak w przypadku kryzysu
finansowego bezwarunkowo trzeba było działać natychmiast. W mgnieniu
oka znaleziono niewyobrażalne sumy.
Ocalenie zagrożonych
gatunków zwierząt, ocalenie planety przez globalnym ociepleniem, ludzi
umierających z powodu braku funduszy na leczenie, ocalenie głodujących
dzieci… to wszystko może trochę poczekać, ale wezwanie „Ratować
banki!” jest bezwarunkowym imperatywem, który skutecznie domaga się
natychmiastowego działania. Wybuchła panika, natychmiast zawiązała się
ponadnarodowa koalicja, natychmiast zapomniano o wszystkich urazach,
byle tylko uniknąć KATASTROFY.
Realizując zasadę ustalania
jednego stanowiska obu partii amerykańskich w trudnych sprawach, de
facto zawieszono tam demokratyczne procedury. Bush, McCain i Obama
szybko połączyli siły, tłumacząc zagubionym kongresmanom, że nie ma
czasu na długie demokratyczne debaty - to stan wyjątkowy, trzeba
działać szybko…
Nie zapominajmy też, że niewiarygodnie
olbrzymią sumę pieniędzy wydano nie na jakieś „realne” cele, ale
głównie na odbudowanie zaufania rynków - chodziło o kwestię wiary!
Czy potrzebujemy jeszcze jakiegoś dowodu na to, że to Kapitał jest tym,
co Realne w naszym życiu? To właśnie potrzeby Kapitału są dużo bardziej
bezwzględne niż nawet najbardziej palące potrzeby naszej rzeczywistości
społecznej czy przyrodniczej. Josip Brodski udzielił swego czasu
odpowiedzi na mistyczne poszukiwania „piątego żywiołu”, kwint-esencji
naszej rzeczywistości: „Oprócz powietrza, ziemi, wody i ognia to
pieniądz jest piątą naturalną siłą, z którą najczęściej musi się liczyć
człowiek”.
Błąd Greenspana nie polegał po prostu na tym, że
przecenił racjonalność podmiotów rynkowych, tzn. ich zdolność do
oparcia się krótkoterminowej pokusie szalonej spekulacji. Zapomniał
raczej ująć w swoich rachunkach, że spekulanci (całkiem racjonalnie)
będą skłonni ryzykować, ponieważ wiedzą, że w razie wpadki i tak
państwo pokryje koszty (co się właśnie stało).
Tymczasem to,
co jest dobre dla Wall Street, wcale nie musi być dobre dla Main
Street, czyli zwykłych ludzi. Main Street nie przeżyje, jeśli na Wall
Street sprawy nie będą dobrze szły i już ta asymetria daje z góry
przewagę Wall Street. Przypomnijmy sobie klasyczny argument teorii
„skapywania” [trickle-down] przeciw redystrybucji (np. za pomocą
progresywnej i wysokiej stawki podatkowej) - zamiast czynić biednych
bogatymi, czyni ona bogatych biedniejszymi.
To podejście
wcale jednak nie jest wrogiem wszelkich interwencji państwa. Chodzi o
to, że bez sensu jest bezpośrednie pomaganie biednym - potrzebujemy za
to interwencji pomagających jeszcze bardziej wzbogacić się bogatym. A
potem profity automatycznie spłyną w dół… Dziś oznacza to
przekonanie, że jeśli rzucimy dostatecznie dużo pieniędzy na Wall
Street, coś w końcu skapnie również na Main Street, pomoże robotnikom i
właścicielom domów. Innymi słowy, jeśli chcesz, żeby ludzie mieli
pieniądze na budowę, nie dawaj ich do ręki im, ale tym, którzy
udzielają im pożyczek.
Pod koniec 2008 r. grupa badaczy z
uniwersytetów Cambridge i Yale, która studiowała prawidłowości
zachorowań na gruźlicę w ostatnich dziesięcioleciach w Europie
Wschodniej, opublikowała wyniki swoich badań. Po przeanalizowaniu
danych z ponad 20 państw naukowcy ustalili wyraźną korelację między
pożyczkami udzielanymi tym państwom przez MFW a wzrostem liczby
zachorowań na gruźlicę. Kiedy tylko pożyczki się kończyły, liczba
zachorowań spadała. Wyjaśnienie tej pozornie dziwnej korelacji jest
bardzo proste: warunkiem udzielenia pożyczek było wprowadzenie przez te
państwa „dyscypliny finansowej” (czyli redukcji wydatków publicznych),
a pierwszą ofiarą środków, które miały „uzdrowić finanse”, były wydatki
na publiczną służbę zdrowia. W ten sposób otwierano pole dla
organizacji humanitarnych, które mogły ubolewać nad katastrofalnym
stanem usług zdrowotnych w tych krajach i oferować pomoc charytatywną.
Toksyczny Bliźni
W tym kontekście trzeba podjąć ponownie temat miłości bliźniego. Dziś
de facto coraz bardziej oddalamy się od bliźniego. Nawet akcje
charytatywne służą trzymaniu bliźnich na dystans. Możemy kupić sobie
odpust, zamiast skonfrontować się realnie z problemami społecznymi. Nic
dziwnego, że znów popularny staje się temat „osób toksycznych”. W
sposób charakterystyczny dla „postmodernizmu” przymiotnik „toksyczny”
obejmuje cały szereg właściwości należących do kompletnie różnych
poziomów (natury, kultury, psychologii, polityki).
„Toksyczny
podmiot” może być śmiertelnie chorym imigrantem, którego trzeba poddać
kwarantannie; terrorystą, którego śmiercionośne plany trzeba
pokrzyżować i którego miejsce jest w Guantanamo; fundamentalistycznym
ideologiem, którego trzeba uciszyć, bo sieje nienawiść; rodzicem,
nauczycielem lub księdzem, który molestuje i wykorzystuje dzieci…
Jeśli pójdziemy za tą logiką do samego końca, okaże się, że toksyczny
jest Bliźni jako taki, ponieważ nie jesteśmy w stanie urefleksyjnić
otchłani jego pragnienia.
A zatem ostatecznym celem
wszystkich reguł kierujących relacjami międzyludzkimi jest poddanie
kwarantannie lub przynajmniej zneutralizowanie tego toksycznego
wymiaru, sprowadzenie Bliźniego do poziomu zwykłego sąsiada. Wszyscy
kochamy naszych sąsiadów, ale nie chcemy, aby byli toksyczni, tak jak
lubimy pić kawę bez kofeiny, piwo bez alkoholu, colę bez cukru…
Uwaga na demokrację po włosku
Dziś być może najbardziej postępowymi krajami są Włochy
i Polska, oczywiście nie w tym sensie, że są najbardziej rozwinięte. Po
prostu pokazują, w którym kierunku rozwija się świat. Upraszczając,
możemy powiedzieć, że w Polsce lewica odeszła w niebyt i wybór
sprowadza się do oświeconego, liberalnego kapitalizmu w wydaniu Donalda
Tuska oraz populizmu braci Kaczyńskich. Włochy poszły jeszcze krok
dalej. Tam Berlusconi jest jednocześnie i jednym, i drugim. Ci, którzy
jeszcze wierzą w demokrację, powinni przyjrzeć się temu, co się dzieje
we Włoszech.
Jak gdyby czyniąc ironiczny ukłon w stronę teorii
Giorgio Agambena, włoski rząd ogłosił w lipcu 2008 r. stan wyjątkowy,
aby uporać się z problemem Bliźniego w formie, jaką przyjmuje on
dzisiaj w Europie Zachodniej: chodzi o napływ nielegalnych imigrantów z
północnej Afryki i Europy Wschodniej. Następnie rozmieścił 4 tys.
uzbrojonych żołnierzy, by kontrolowali strategiczne punkty w dużych
miastach (stacje kolejowe, centra handlowe), a tym samym podnieśli
poziom bezpieczeństwa publicznego. Podobno są plany, by użyć wojska dla
ochrony kobiet przed gwałtami… Warto zauważyć, że stan wyjątkowy
wprowadzono bez jakiegoś wielkiego halo: życie toczy się normalnym
rytmem…
Czy właśnie nie do tego zmierzają kraje rozwinięte
na całym świecie? Ta lub inna forma stanu wyjątkowego jest akceptowana
jako niezbędny środek przeciw zagrożeniu terrorystycznemu czy przeciw
imigrantom.
Jak w rzeczywistości wygląda taki stan wyjątkowy? Pewien incydent z 20
września 2007 r. jest w tej mierze wielce wymowny. Tego dnia sąd na
Sycylii oskarżył siedmiu tunezyjskich rybaków o przestępstwo polegające
na uratowaniu 44 afrykańskich imigrantów od pewnej śmierci w morzu. Za
„pomoc i współudział w nielegalnej imigracji” oskarżeni otrzymali
wyroki od roku do15 lat pozbawienia wolności.
7 sierpnia
rzucili kotwicę na szelfie jakieś 30 mil na południe od wyspy Lampedusa
niedaleko Sycylii i poszli spać. Obudziły ich krzyki i zobaczyli tonący
ponton wypełniony całkowicie wygłodniałymi ludźmi, wśród których były
kobiety i dzieci. Kapitan zdecydował o odstawieniu rozbitków do
najbliższego portu na Lampedusie. Tam też aresztowano całą załogę.
Wszyscy obserwatorzy zgadzają się, że prawdziwym celem tego
absurdalnego procesu jest zastraszenie załóg innych łodzi. Nie
podejmowano żadnych akcji przeciw rybakom, którzy w podobnej sytuacji
odpychali imigrantów kijami i pozwalali im utonąć. Incydent ten
pokazuje, że Agambenowskie pojęcie homo sacer, człowieka wyjętego spod
prawa, którego można bezkarnie zabić, działa w samym środku Europy. Ta
sama Europa mieni się ostatnim bastionem praw człowieka i pomocy
humanitarnej i stawia się w opozycji wobec nadużyć popełnianych przez
Stany Zjednoczone w wojnie z terroryzmem.
Czy sposób, w jaki
nasze rządy zajmują się „zagrożeniem ze strony imigrantów”, nie
przypomina tak zwanego „rozsądnego antysemityzmu”? Jego formułę
zaproponował w 1938 roku Robert Brassilach, sam uważający się za
„rozsądnego antysemitę”:
„Pozwalamy sobie na oklaskiwanie w
kinie Charlie Chaplina, pół-Żyda; na wielbienie Prousta, pół-Żyda; na
oklaskiwanie Yehudi Menuhina, Żyda; a głos Hitler niesie się na falach
radiowych nazwanych nazwiskiem Żyda Hertza. […] Nie chcemy nikogo
zabijać ani organizować żadnych pogromów. Uważamy jednak, że najlepszym
sposobem zapobieżenia nieprzewidzianym aktom odruchowego antysemityzmu
jest właśnie urządzenie antysemityzmu rozsądnego.”
Choć rządy
odrzucają bezpośredni populistyczny rasizm jako „nierozsądny” i nie do
przyjęcia wedle naszych demokratycznych standardów, promują „rozsądnie”
rasistowskie środki zapobiegawcze… Dzisiejsi Brassilachowie, z
których niektórzy są nawet socjaldemokratami, mówią nam: „Pozwalamy
sobie oklaskiwać afrykańskich i wschodnioeuropejskich sportowców,
azjatyckich lekarzy, indyjskich programistów. Nie chcemy nikogo zabijać
ani organizować pogromów. Uważamy jednak, że najlepszym sposobem
zapobieżenia zawsze nieprzewidywalnym wybuchom skierowanym przeciw
imigrantom jest zorganizowanie rozsądnej ochrony przed imigracją”. Tak
właśnie wygląda przejście od jawnego barbarzyństwa do barbarzyństwa z
ludzką twarzą.
Skrócona wersja wykładu
wygłoszonego 12 maja na Uniwersytecie Warszawskim, zorganizowanego
przez „Krytykę Polityczną” z okazji wydania książki Žižek. Przewodnik
Krytyki Politycznej.