|
(..)
Że już nie ma czci dla księdza,
Że
się w kraju płodność zmniejsza,
Że
nie tylko czas się spędza,
Że
miast kurwy ma być gejsza!…
Boya
wina, Boya wina,
Boya
bardzo wielka wina!
Że
żyć można z tamtą i z tą
Potem
znowu z tamtą i z tą
Że
być można masochistą,
Lub – bezkarnie!!! - pederastą!…
Boya
wina, Boya wina,
Boya
bardzo wielka wina!
Janusz
Minkiewicz Konfessyja wigilijna Polaka-Katolika
(1932)
W 1928
roku w felietonie Kolonia Tadeusz Boy-Żeleński pisał: „Dziwna
rzecz, jak u nas pozwala się spływać wszystkiemu bez śladu, jak
mało jest potrzeby utrwalania życia! Życie jest, zdaje się, za
szczere dla naszego nawyku zakłamywania wszystkiego”. Paradoks
biografii Boya polega na tym, że piętnowana przez niego
prawidłowość dotycząca spuścizny Żmichowskiej, Mickiewicza czy
Przybyszewskiego dziś dotyczy samego autora Brązowników.
Żeleński jak mało kto został doceniony po swojej śmierci, jego
imieniem nazywano szkoły, ulice i szpitale, dorobił się kilku
biografów, a jego książki i tłumaczenia były wielokrotnie
wznawiane. A jednak trudno pozbyć się wrażenia, że spora część
jego twórczości leży właściwie odłogiem, a niezwykła
aktualność tych pism pozostaje nierozpoznana. Wciąż nie
przerobiliśmy lekcji zadanych przez Boya, zarówno jeśli
chodzi o biografistykę, jak i stosunek do przemian obyczajowych.
Na swój
sposób to wręcz niesamowite, że tak niewiele zwraca się
uwagi na życiorys autora, który biografię pisarza uważał
za integralną część badań literackich, równie ważną co
analiza twórczości. A przecież we wszystkich swoich
kampaniach Boy przeciwstawiał się pruderii i przemilczaniu
informacji uznawanych za niemoralne. Na niewiele się to jednak
zdało, dość powiedzieć, że o głośnym romansie z Ireną
Krzywicką, postacią kluczową dla ostatnich dziesięciu lat życia
pisarza, milczano aż do czasu, gdy o swoją osobę upomniała się…
sama zainteresowana. W wydanej dwa lata przed śmiercią
autobiografii Krzywicka konstatowała zdziwiona: „[…] mimo iż
mój stosunek z Boyem był publiczną tajemnicą, nikt z tych,
którzy pisali o nim, nie porozumiał się ze mną. A pisali o
nim głównie ludzie obcy mu i dalecy duchem, jak Stawar (długi
czas zaangażowany w stosunku do mnie), Zimand i inni. Czy to
głupota, czy pruderia, że nie należy zwracać się o informacje do
kochanki? Wyobrażam sobie, jak byłabym oblegana przez historyków
literatury, krytyków i dziennikarzy we Francji, gdybym tam
była przyjaciółką tej miary człowieka co Boy”. Przez
całe dziesięciolecia nie zainteresowano się także małżeństwem
Żeleńskich, którzy pobrali się młodo i dość szybko
przeszli na stosunki czysto przyjacielskie. Zofia Pareńska (prototyp
Zosi z Wesela Wyspiańskiego) pomagała mężowi nie tylko
przy przepisywaniu tekstów, była także niezastąpiona przy
okazji działania „Biblioteki Boya”. Pozbawione hipokryzji liczne
romanse Żeleńskiego i związki jego żony w niczym nie zakłócały
ustalonego rytmu ich życia, były raczej jego nieodłącznym
elementem. Dość łatwo zgadnąć, że entuzjazm Boya wobec zjawiska
„małżeństw koleżeńskich”, a także uznanie zazdrości za
przeżytek („Miłości nie da się wymusić. Miłość dba o drugą
istotę, zazdrość – o siebie”) bierze się właśnie z tych
jego doświadczeń. W 2001 roku Tadeusz i Zofia Żeleńscy doczekali
się monografii Boyowie Barbary Winklowej. Cóż z tego,
skoro w książce pełno anachronizmów, a autorka w istotnych
kwestiach erotycznych wykazuje powściągliwość większą niż Boy
siedemdziesiąt lat wcześniej. Podobnie jest ze stosunkiem do
związków pozamałżeńskich, które nazywa się tu
„ciężką próbą dla wszystkich bohaterów dramatu”.
W rzeczywistości poza potraktowaniem tej relacji jako formy
alternatywnej dla tradycyjnego małżeństwa, należy się raczej
skupić na – tak lubianych przez autora Słówek – anegdotach, których także w tym przypadku nie brakowało.
Jedną z nich wspominał w swoim Dzienniku Jan Lechoń: „Boy
miał kiedyś przyjaciółeczkę, miłego, poczciwego, ale
bardzo głupiutkiego kurdupelka [chodzi o Janinę Szreniawę
(1894-1990), aktorkę teatrów krakowskich i warszawskich – przyp. K.T.]. Niusia Jackowska tłumaczyła mu kiedyś, że to
dziewczę nie jest na jego poziomie, że ośmiesza go. Biedny Boy
złapał się wtedy za głowę i zawołał: »No, nie
obrzydzajcie mi jej. Czemu mi ją obrzydzacie? Przecież w końcu z
kimś żyć trzeba!«” (7 XII 1950).
Czytając
kolejne biografie Żeleńskiego, trudno pozbyć się wrażenia, że
autorzy tych książek cenią przede wszystkim Boya-tłumacza,
ewentualnie Boya-krytyka teatralnego, odczuwają jeszcze obowiązek
wyczerpująco napisać o Boyu-lekarzu. A Boy-antybrązownik? Z tym
jest już znaczenie gorzej. Gdyby nie ta część jego działalności
prawdopodobnie dziś nawet nie wiedzielibyśmy o istnieniu Ksawery
Deybel, ale np. na Andrzeju Z. Makowieckim nie robi to wrażenia:
„[..] stwierdził z triumfem, że oficjalna nauka w osobach
wybitnych polonistów przemilczała skrupulatnie istnienie
kochanki Mickiewicza! Znaczenie tego odkrycia było w istocie dla
interpretacji i stanu badań nad twórczością poety raczej
drugoplanowe”. Do podobnych wniosków dochodzi Henryk
Markiewicz. Inna biografka Boya, Barbara Winklowa, prezentując
monografię przyjaźni Wandy Żeleńskiej (matka Boya) i Narcyzy
Żmichowskiej, pomija całkowicie hipotezę (dziś już uznaną) na
temat homoseksualizmu autorki Poganki, którą jako
pierwszy tak wyraźnie i jednoznacznie postawił… Żeleński. Nie
należy się więc dziwić, że nie ma także szansy na pojawienie
się gdziekolwiek Boya-feministy. Zdaję sobie oczywiście sprawę,
że nazywanie w ten sposób pisarza urodzonego w XIX wieku może
być uznane za nadużycie, ale właśnie w jego pismach odnajduję
świadomość, której tak brakuje większości współczesnych
publicystów. Nie chodzi jedynie o konkretne stanowisko Boya w
sprawie aborcji, prostytucji czy rozwodów, lecz swego rodzaju
wrażliwość i uczciwość, która pchnęła go w stronę
właśnie tych tematów; tematów należących do
sztandarowych kwestii ruchu feministycznego. I choć zdarzały mu się
też felietony, które można uznać za mizoginiczne (choćby
taki zadziwiający fragment: „w odrodzonej Polsce kobiety od samego
początku nie tylko głosują, ale niestety i zasiadają w sejmie”),
zazwyczaj umiał obnażyć prawo czy zwyczaj godzący przede
wszystkim w kobiety. Jego wystąpienia są często zaskakująco
aktualne. W tekście Pani a historia żartobliwie wyłożył
tezę, która kilkadziesiąt lat później przyświecać
będzie na Zachodzie pomysłowi tworzenia women i gender
studies, że historia „jak wszystko prawie, co żyje, jest
dwupłciowa: męska i żeńska”. I choć potem błaznuje,
wymyślając przykładowe lekcje „kobiecej historii”, to zaczyna
od stwierdzenia serio: „Mężczyźni, którzy w ogóle
gospodarują na kuli ziemskiej jak w podbitym kraju, zagarnęli w
ręce nauczanie; kobiety zaś dały je sobie narzucić w historii,
jak w innych gałęziach wiedzy”. Szczególnie ważny wydaje
się fakt, że Boy ma zwyczaj dostrzegania kobiet i zadawania
pytania, jak w danej kwestii przestawia się ich sytuacja. Kiedy
pisze o sądzie przysięgłych, krytykuje brak kobiet; gdy zajmuje
się podręcznikiem dobrego wychowania, zauważa trudne położenie
rozwódki i dość surowe zalecenia dla panien. Wspominając
czasy młodości, którą wielu idealizuje, racjonalnie ocenia
społeczną funkcję prostytutki, „która stała się na wiek
cały filarem moralności społecznej, niemal urzędnikiem
państwowym. Równocześnie, utrwalając jej nieodzowność,
społeczeństwo wdeptało ją w błoto tak głęboko jak nigdy”.
Zatrzymuje się nad okrucieństwem wobec kobiet niezamężnych:
„Odebrać kobiecie naturalny cel życia, nie dać jej nic w zamian,
uczynić ją bezrobotną w każdym pojęciu słowa, piątym
kołem u wozu rodziny, skazać ją na »cnotę« i
zarazem tę cnotę ośmieszyć, skazać ją na nieuchronną
deformację fizyczną i psychiczną i kazać się jej obnosić z tym
wszystkim wśród ludzi! Inkwizycja wydaje się mniej potworna
niż instytucja »starej panny«, taka, jaka dziś jest
już niemal mitem, ale której tyle widziałem jeszcze
tragicznych egzemplarzy”. Wreszcie Boy nie ma złudzeń, do czego
prowadzi i w kogo uderza podwójna moralność: „Wciąż
zachodzą jeszcze do domów publicznych bogobojni młodzieńcy,
szanujący dziewiczą cześć swej narzeczonej i w rezultacie często
dokumentujący ten szacunek wniesioną w małżeństwo chorobą weneryczną”.
Obecnie,
w związku z obowiązującą od 14 lat ustawą antyaborcyjną,
szczególnie aktualny stał się zbiór felietonów
Piekło kobiet (1930). Marna to satysfakcja, ale dzisiejsza
rzeczywistość przyznała rację właśnie Żeleńskiemu, który
w kwestii aborcji akcentował przede wszystkim sprawę klasowości i
niesprawiedliwości tej „największej zbrodni prawa karnego”.
„Jak wszystkie paragrafy wspierane na obłudzie społecznej, tak i
ten godzi jedynie w biedaków”, więc obecnie znowu to
najbiedniejsze są zmuszone rodzić, bo nielegalność przerywania
ciąży jest fikcją w kraju, gdzie w oficjalnie wydawanych gazetach
znajdują się odpowiednie ogłoszenia, zabiegi wykonywane są w
gabinetach lekarskich, a wszystko jest tylko kwestią ceny. Także w
ogólnym opisie podejścia do problemu z łatwością
odnajdziemy dzisiejszą Polskę, zarówno przemilczanie kwestii
aborcji przez większość czasopism dla kobiet, jak i swój
osobisty stosunek do sprawy: „ta drażliwa kwestia ma to do siebie,
że ktokolwiek zabiera w niej głos oficjalnie, natychmiast
czuje się skrępowany naciskiem obyczajowej obłudy i traci odwagę
publicznego bronienia zapatrywań, które nieraz wyznaje
prywatnie”. Przez ponad 70 lat nie zmieniła się też tak bardzo
retoryka „obrońców życia”: „Głosić wzniosłe teorie
o »prawie płodu do życia«, znów grozić matce
więzieniem w imię praw tego płodu, ale równocześnie nie
troszczyć się o to, aby nosicielka tego płodu miała co do ust
włożyć… I rzecz szczególna, ten sam płód, nad
którym trzęsą się ustawodawcy, póki jest w łonie
matki, w godzinę po urodzeniu traci wszelkie prawa do opieki
prawnej, może zginąć pod mostem z zimna, gdy matka – którą
jej »święte« macierzyństwo czyni nieraz wyrzutkiem
społeczeństwa – nie ma dachu nad głową”.
Aktualności
nie straciła także ocena dominacji kościoła katolickiego, której
Boy dokonał w Dziewicach konsystorskich (1929) i Naszych
okupantach (1932). Całe fragmenty tych zbiorków można
dziś cytować i mało kto zorientowałby się, że nie zostały
napisane wczoraj: „Utarła się taka kurtuazja, bardzo wygodna;
wobec kleru, który – zbiorowo czy pojedynczo – jest
najbardziej nieubłagany, gdy idzie o sprawy pieniężne, stale
przystoi udawać, że te rzeczy nie istnieją, że wszystko rozgrywa
się w wymiarach zaziemskich”. Także całościowa ocena sytuacji
pozostaje bez zmian: „Ofensywa klerykalizmu (niewiele mającego
wspólnego z religią) na wszystkie dziedziny naszego życia
staje się tak gwałtowna, że danie jej odporu stanowi w obecnej
chwili jedną z najważniejszych pozycji w kształtowaniu naszej
przyszłości. Nasze klerykalne pisma dają nam przedsmak
obskurantyzmu z najgorszych czasów dawnej Polski, jak gdyby
dla zilustrowania, dokąd nas chcą zaprowadzić”. A jednak ta
bijąca w oczy aktualność w dużej mierze pozostaje niezauważona.
W 1959 roku Andrzej Kijowski na łamach „Przeglądu Kulturalnego”
pisał, że kwestie, o które batalie stoczył Boy, są
słuszne, ale dziś już oczywiste. Można odnieść wrażenie, że
większość zgadza się z tym twierdzeniem. Nie powinno więc
dziwić, że najciekawsza w ostatnich latach analiza dotycząca
twórczości Żeleńskiego wyszła spod ręki Kazimiery
Szczuki, która w książce Milczenie owieczek. Rzecz o
aborcji wiele miejsca poświęciła kampanii na rzecz świadomego
macierzyństwa z przełomu lat 20. i 30. Podczas gdy większość
biografów autora Ludzi żywych powtarzało machinalnie
tezy przeciwników Boya o „życiu ułatwionym”, Szczuka
wykazała, że w istocie było odwrotnie, a w przypadku Żeleńskiego
powinniśmy raczej mówić o „życiu utrudnionym”: „[..]
pojęłam, studiując pisma Boya, tudzież jego biografię ze względu
na temat aborcji, że był to człowiek, który niejako spalił
się na scenie życia publicznego tylko i wyłączenie dlatego, że
stanął po stronie kobiet. W czasach, gdy »wielkie idee»
szykowały się do ostatecznego starcia, pisanie o karmieniu piersią,
poronieniach, antykoncepcji, oświacie seksualnej było – w oczach
prawdziwych mężczyzn zarówno z „Myśli Narodowej”, jak i
„Robotnika” – rodzajem niesmacznej farsy, pokazaniem, że jest
się nikim, co najwyżej kawiarnianym babskim królem,
rzecznikiem legalizacji cha, cha, cha – spędzania płodu. Nie
żadnym społecznikiem, lecz jakimś hedonistą, a może
rozpustnikiem. Jednym słowem – niepoważną figurą, za którą
nie stoi żadna »wielka idea«. Jaka idea może być
bowiem mniejsza od laickiej idei praw kobiet i dzieci?”
Wreszcie – last but not least – homoseksualizm. To temat, który
nie tylko nie jest opracowany pod kątem publicystyki Boya, w ogóle
bowiem nie istnieje żadne kompendium przedstawiania kwestii
mniejszości seksualnych w przestrzeni publicznej, zarówno w
Polsce XIX, jak i XX wieku. W efekcie dochodzi do zaskakujących
nieporozumień. Jednym z nich jest tekst Wojciecha Śmiei
opublikowany na portalu gejowsko-lesbijskim Homiki.pl. Autor
analizuje w nim dwa felietony Boya o homoerotyzmie i odkrywa, że z
„konsekwentnie liberalnym programem szła wewnętrzna niechęć i
niesmak wobec tego, o co walczy”. Ta interesująca nawet
konstatacja nie ma jednak realnego uzasadnienia, Śmieja bowiem
zapomina, że Żeleński był w Polsce pierwszą (!) osobą, która
wprowadziła temat homoseksualizmu do debaty publicznej. Sprzeczności
musiały się pojawić, jako że całość dopiero wypracowywał, od
dostrzeżenia kwestii poczynając, a na języku kończąc (to on
choćby spopularyzował termin „mniejszości seksualne”). W
efekcie rola Boya jest w tym względzie nie do przecenienia, tym
bardziej, że tematykę homoseksualną wprowadzał do pism niemal od
początku swojej kariery publicysty. Gdy podejmował temat pierwszy
raz (Przyjaźń i miłość, 1925), obowiązywało jeszcze
prawo zaborcze penalizujące seks między mężczyznami. W
znowelizowanym kodeksie wprowadzonym w 1932 roku ten paragraf został
zniesiony, co było ewenementem na skalę światową i do czego
walnie przyczynił się Boy. „I nigdy zaiste żadna mniejszość
nie była tak uciskana”, pisał w tymże 1932 roku. O jego
nowoczesnym podejściu świadczy również fakt, że gdy wraz z
pierwszymi publikacjami zaczęły pojawiać się plotki, że sam
autor jest pederastą, Żeleński nie tylko się tym nie przejmował,
ale potrafił z tego żartować, także w życiu prywatnym, o czym
świadczy wpis w Dzienniku Lechonia: „[…] Niusia Jackowska
spotkawszy go (pamiętam, było to na raucie na Zamku), powiedziała
mu: »Wie pan, panie Tadeuszu, że jak tak dalej pójdzie,
to pan też skończy jako homoseksualista.« A na to Boy bardzo
żywo i wcale niestropiony: »Wie pani, że to bardzo możliwe – bo mój stryj jest jednym z najpoważniejszych
pederastów na świecie«” (3 VII 1951). Dziś ostrze
krytyki (lub analizy) należy skupić nie na Boyu, któremu
można wiele zarzucić (choćby skupianie się w tym temacie tylko na
mężczyznach), ale innych udzielających się w przestrzeni
publicznej homoseksualistach. Dlaczego nie wsparli tej kampanii,
która dotyczyła ich bezpośrednio? Jarosław Iwaszkiewicz,
Paweł Hertz, Jan Lechoń czy Witold Gombrowicz nie tylko nie starali
się kontynuować rozpoczętego dzieła, ale wręcz z lekceważeniem
wypowiadali się na temat tej części działalności Żeleńskiego.
Trudno więc powiedzieć, kogo na myśli miała Irena Krzywicka
pisząc: „pederaści, dlatego, że stanął w ich obronie, uznali
go niejako za swego patrona”, z pewnością nie osoby z ich
najbliższego, literackiego kręgu. Była to zresztą jedna z
największych bolączek Boya – brak zainteresowania ze strony
środowisk, o których prawa walczył. Przez lata niewiele się
w tej kwestii zmieniło. Na szczęście w przypadku Żeleńskiego
czas działa na jego korzyść, z czego świetnie zdawał sobie
sprawę. Do Jakuba Wojciechowskiego pisał: „[..] pracuje się nie
tylko na tę chwilę dzisiejszą, a wciąż widzimy, że to, co dziś
uważa świat za niemoralne, to potem jest za chlubę autorowi
poczytane” (12 II 1931).
BIBLIOGRAFIA
I. Krzywicka, Wyznania
gorszycielki, wyd. 5, Warszawa 2002.
J. Lechoń, Dziennik 1949-1952,
wstęp R. Loth, t. 1-2, Warszawa 1992-1993.
A. Z. Makowiecki, Tadeusz
Żeleński (Boy), Warszawa 1974.
M. Marcinkowska-Gawin, „Boyownicy
i boyowniczki”. Środowisko „Wiadomości Literackich” wobec
problemu regulacji urodzeń [w:] Kobieta
i kultura życia codziennego. Wiek XIX i XX, t.
5, pod red. A.
Żarnowskiej i A. Szwarca, Warszawa 1997.
H. Markiewicz, Boy-Żeleński,
Wrocław 2001.
W. Natanson, Boy-Żeleński.
Opowieść biograficzna, wyd. 2, Warszawa
1983.
K. Szczuka, Milczenie owieczek.
Rzecz o aborcji, Warszawa 2004.
W.
Śmieja, Ten
przerażający homoerota,
tekst on-line:
<http://www.homiki.pl/modules.php?name=News&file=article&sid=2068>.
B. Winklowa, Boyowie. Zofia i
Tadeusz Żeleńscy, Kraków 2001.
B. Winklowa, Nad Wisłą i nad
Sekwaną. Biografia Tadeusza Boya-Żeleńskiego, Warszawa
1998.
B. Winklowa, Narcyza Żmichowska
i Wanda Żeleńska, Kraków 2004.
B. Winklowa, Tadeusz Żeleński
(Boy). Twórczość i życie, Warszawa
1967.
T. Żeleński (Boy), Brązownicy
i inne szkice o Mickiewiczu, t. 4, Warszawa
1956.
T. Żeleński (Boy), Dziewice
konsystorskie; Piekło kobiet; Jak skończyć z piekłem kobiet?;
Nasi okupanci, t. 15, Warszawa 1958.
T. Żeleński (Boy), Felietony
1-3, t. 16-18, Warszawa 1958-1959.
T. Żeleński (Boy), Listy,
oprac. Barbara Winklowa, Warszawa 1972.
T. Żeleński (Boy), Ludzie żywi,
t. 3, Warszawa 1956.
T. Żeleński (Boy), Obrachunki
fredrowskie, t. 5, Warszawa 1956.
T. Żeleński (Boy), Szkice
literackie, t. 6, Warszawa 1956.
Tekst ukazał się w magazynie Ha!art.
Na podobny temat
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...