Nowość w sklepie KP!
Najnowszy numer KP
Komentarze
CYTAT DNIA
Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Sierakowski: Marks przeciw postkomunie |
|
|
Sławomir Sierakowski
|
|
08.08.2007 |
Tomasz Stawiszyński zachęca w swoim tekście
do rozpoczęcia debaty o powodach odrodzenia zainteresowania marksizmem
w Polsce. O tym, że tak się dzieje, świadczyć mają liczne zjawiska, o
których pisze publicysta „Dziennika”, w tym popularność wydawanych
przez „Krytykę polityczną” książek marksistowskiego filozofa Slavoja
Żiżka oraz rosnąca rola samej „Krytyki” i innych pism oraz środowisk
czerpiących inspirację z dziedzictwa Karola Marksa.
Stawiszyński, publicysta znający dobrze życie akademickie, widzi żywe
dyskusje, marksistowskie lektury pod pachą studentów i pełne sale na
lewicowych panelach i dziwi się temu wszystkiemu. Nie szydzi, nie kpi,
ale nie ukrywa zaskoczenia popularnością filozofii, która wydaje mu się
całkowicie skompromitowana, a przede wszystkim w oczywisty sposób
prymitywna.
„Te wszystkie proletariaty, burżuazje, walki klas, alienacje,
fetyszyzmy towarowe, materializmy historyczne i dialektyczne… Jak
można zgodzić się na wizję porażająco i wręcz archetypowo naiwną?” -
pyta Stawiszyński. „Wizję, której ośrodkowym punktem jest przekonanie,
że od stanu powszechnej szczęśliwości dzieli nas dosłownie pół kroku -
a źródłem aktualnego dyskomfortu są czynniki ekonomiczne, które przy
odpowiedniej wiedzy i świadomości można wszak należycie przekształcić”.
W zasadzie Stawiszyński sam powinien wpaść na to, że gdyby faktycznie
chodziło o tak proste i naiwne sądy, to nie byłoby całej sprawy. I…
wpada. „Wiem, że narażam się teraz na zarzuty o koszmarne upraszczanie.
Poniekąd je przyjmuję. Rzeczywiście, na pewnym poziomie upraszczam”. No
cóż, to może trzeba było nie upraszczać? „Nie ma tutaj przecież miejsca
- asekuruje się publicysta DZIENNIKA - żeby starannie zrekonstruować
wszystkie niuanse i meandry marksistowskiej i (szczególnie)
postmarksistowskiej myśli”.
Wszystkich istotnie się nie da, ale jakby na wszelki wypadek założyć,
że nie chodzi jedynie o bezmyślne recytowanie sentencji starych
mistrzów, to znalazłoby się miejsce na prezentację rzeczywiście
odradzającego się światopoglądu lewicowego. Z czego przecież
Stawiszyński zdaje sobie sprawę, skoro mówi w końcu, że chodzi mu „o
pewną esencjalną koncepcję, o pierwotny obraz zawiadujący całą resztą -
a żywię szczere przekonanie, że pierwotnym obrazem kształtującym
myślenie Marksa i jego kontynuatorów jest obraz wolnej,
niezdeterminowanej i samostanowiącej istoty, której nie ogranicza nic i
nikt”.
I tu, trzeba uczciwie przyznać, Stawiszyński trafia w punkt. Tak,
dokładnie o to chodzi, chodzi o wolność. O możliwie jak największą
podmiotowość człowieka wobec jego własnych wytworów, do których należy
i państwo, i kultura, i gospodarka. O to, aby nie był bezwolnym
przedmiotem gry rynku, polityki państwa, kultury masowej i wszelkich
innych abstrakcyjnych mechanizmów, które sam stworzył, a które dziś
panują nad nim.
Ale czy to jest takie bezsensowne, prymitywne i takie naiwne? Może
naiwne. Żyjemy w kraju, w którym już samo należenie do organizacji,
która nie kradnie, nie oszukuje swoich wyborców, nie gapi się bez
przerwy w sondaże, a jedynie wyznaje pewne idee i stara się je
popularyzować, jest radykalizmem, a dla niektórych nawet
fundamentalizmem.
Więc może i naiwne, ale nie bardzo wiem, co ma z tego zarzutu wynikać.
Z dwojga: fałszywość czy naiwność, wolę naiwność. I z przyjemnością
zacytuję publicyście DZIENNIKA słowa Adama Michnika, który tak opisywał
Danielowi Cohn-Benidtowi postawę swoją i swoich kolegów z okresu
studenckich protestów z Marca: „To ludzie, którzy mieli jedną wspólną
cechę: niewątpliwą inteligencję zespoloną z niewątpliwą głupotą i
naiwnością. Ale ta głupota i naiwność to była właśnie ich siła, bo
dzięki tej głupocie i naiwności byliśmy ludźmi bardzo odważnymi.” Czasy
nie tak romantyczne, bilans nadziei i zagrożeń przed niezgadzającymi
się inny - zamiast celi więziennej i moralnej gratyfikacji tylko cela
śmiechu i niezrozumienie, ale dystrybucja rozsądku i naiwności między
mówiącymi „tak” i mówiącymi „nie” w każdej epoce jest podobna. Dziś
Adam Michnik posiada mniejszą tolerancję na naiwność, bliższą raczej
tolerancji Stawiszyńskiego, co polecam uwadze jednemu i drugiemu, a
sobie zostawiam stale aktualne przesłanie płynące z zacytowanego
fragmentu. Bowiem w naszej epoce i rozum, i odwaga staniały, za to
bardzo zdrożała taka właśnie naiwność.
W czasach najostrzejszego stalinizmu Leopold Tyrmand w swoim dzienniku
tak opisywał odrzucenie przez szefującego „Twórczości” Adama Ważyka
opowiadania Tadeuszowi Konwickiemu: „Napisał opowiadanie o miłości. Z
wszystkimi akcesoriami jak trzeba: szlachetny oficer UB, kochankowie
pierdolą się niemal pod kontrolą podstawowej organizacji partyjnej,
nigdy przeciw, zawsze za i ze Związkiem Radzieckim, w łóżku nieustannie
mowa o proletariacie. A jednak okazało się „nie takie”. Ludzie w wieku
przydrożnych kamieni, o powierzchowności karłów i maszkar – Melania
Kierczyńska, Adam Ważyk - informowali ludzi w średnim wieku i o
normalnym wyglądzie o tym, co to jest spółkowanie - dojrzałe, klasowo
odpowiedzialne, a nie animalistyczne, wynaturzone,
amerykańsko-imperialistyczne”.
Jeśli Tomasz Stawiszyński nie chce popełnić podobnego faux pas,
powinien uważać, aby ze strachu przed światopoglądem, który nominalnie
odrzuca, nie znaleźć się nagle w sytuacji Ważyka. Otóż definiując
marksizm w sposób, który zaprezentował - czyli kładąc nacisk na teorię
determinizmu dziejowego i teorię rewolucji - Stawiszyński staje się
nieświadomie niewolnikiem owego monolitycznego transwestyty
marksizmu-leninizmu, który długo rościł sobie pretensję do całości
filozoficznej hipoteki pozostałej po Karolu Marksie, i który jej nigdy
na własność nie posiadał.
Wielu wybitnych, i nie, intelektualistów pisało o ciągłości między
myślą Marksa, Lenina i Stalina. Spór o to należy, obok dyskusji o
zaangażowaniu intelektualistów w totalitaryzm, do najszerzej
przedyskutowanych w dwudziestowiecznej humanistyce. Niewielu jednak
zauważa, że nawet jeśli istnieje logiczna ciągłość między
symbolizowanymi przez te trzy nazwiska etapami rozwoju myśli (uważa tak
nie tylko Leszek Kołakowski czy Andrzej Walicki, ale także na przykład
Slavoj Żiżek) i wcielania jej w życie (a im później, tym bardziej w
śmierć), to przecież nie istnieje taka konieczność. A już z pewnością
przeciwnicy jakichkolwiek poglądów powiązanych z marksizmem nie
powiedzą chyba, że w tym wypadku uwierzyli nagle w determinizm. Taka
konieczność nie istnieje, ale owszem istnieje takie zagrożenie. Przy
czym towarzyszy ono każdemu spójnemu światopoglądowi, bo żaden nie jest
zabezpieczony przed patologizacją. Porównywanie zaś patologicznych form
różnych szlachetnych idei (jak liczenie ofiar inkwizycji i dzielenie
ich przez ofiary terroru stalinowskiego, żeby wykazać wynikającą
rzekomo z tego moralną przewagę chrześcijaństwa nad marksizmem)
pozostawmy nawiedzonym internautom.
Paradoksalnie powrót zainteresowania marksizmem w Polsce za sprawą
„Krytyki Politycznej” i innych środowisk jest kolejnym ciosem
wymierzonym w postkomunizm, który przecież jest światopoglądem
cynicznym i bezideowym, czego o marksizmie powiedzieć nie sposób.
Istotnie, przez niektórych wydanie przez nas „Rewolucji u bram”
odebrane zostało jako jakiś nostalgiczny gest prowokatorów chorych na
amnezję (jeśli oczywiście połączyć można prowokację z amnezją). Ci
niektórzy, zazwyczaj mało zorientowani we wcześniejszych dyskusjach, za
to bardzo chętni do ogłaszania skandalu i hańby, nie wiedzieli zapewne,
że dotąd byliśmy krytykowani przez jednych i chwaleni przez drugich za
antykomunizm. A raczej za to, że inaczej niż wiele lewicowych środowisk
nie czuliśmy się w obowiązku bronić reżimu PRL-owskiego, a swoje ideowe
korzenie wywodziliśmy z opozycji antykomunistycznej. I chyba tylko
dlatego mogliśmy sięgnąć właśnie po Żiżka, a nie po felietony z
„Wprost” Leszka Millera.
Zauważmy więc, że come back marksizmu jest objawem normalności. Polska
krok po kroku, rok po roku wraca do Świata Zachodniego, a tam marksizm
jest istotnym i nigdy nieodrzuconym prądem intelektualnym. Francuski
anarchista Georges Sorel cytuje w jednym ze swoich pisma Marksa, który
miał powiedzieć: „Każdy, kto planuje, co będzie po rewolucji, jest
reakcjonistą”. Nie wiemy, czy Marks rzeczywiście kiedykolwiek
wypowiedział te słowa – szukał ich w listach Marksa inny wybitny
filozof Izajasz Berlin, i nie znalazł - ale wiemy, że jeśli marksizm
umarł na wieki, to właśnie ten marksizm z przytoczonego cytatu:
światopogląd pewny siebie do granic decydowania o życiu i śmierci
narodów. Taki marksizm niewątpliwie był albo bywał. Nieszczęście
zaczęło się, gdy zawsze mocno zakorzeniony w filozofii danej epoki,
marksizm uległ esencjalistycznym przesądom przełomu XIX i XX wieku,
dzielącym się z grubsza na dwa wątki: dziedzictwo heglizmu (teorie
konieczności dziejowej) lub naturalizmu (przekonanie o naukowości
marksizmu).
Światopogląd wyrastający z przekonania, że dysponuje naukową albo
historiozoficzną pewnością stał się doskonałym narzędziem do zabijania,
zniewalania, wszelkiej eliminacji, tak jak wyrzuca się na śmietnik
błędne dowody naukowe. Ale to, co dziś powraca pod nazwą postmarksizmu
i symbolizowane jest przez takie nazwiska, jak Chantal Mouffe, Ernesto
Laclau, Slavoj Żiżek czy Alain Badiou, wprost przeciwstawione jest
wszystkiemu temu, co umożliwiło uczynienie z marksizmu doktryny państw
totalitarnych. Zaś to, co odżywa w Polsce, to nie tyle jakiś -izm, co
-ica. Nie tyle marksizm, co po prostu lewica, która formułuje swoje
poglądy, opierając się na wielu nurtach filozofii politycznej, spośród
których marksizm jest tylko jednym z nich. I nie ma tu ambicji, aby
dochowywać wierności starym mistrzom. Jest za to ambicja, by nie poddać
człowieka w obawie przed tym, że komuś się to źle kojarzy albo wydaje
naiwne.
Tekst ukazał się w „Dzienniku” z 8 sierpnia 2007.
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 08.08.2007 )
|
|
Najnowsze teksty i opinie
|
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...