Nowość w sklepie KP!
Najnowszy numer KP
Komentarze
CYTAT DNIA
Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Pospieszalski nie rozmawia |
|
|
Kinga Dunin
|
|
02.09.2006 |
Jeżeli nawet ktoś zna Jana Pospieszalskiego jedynie z programu “Warto rozmawiać” i tak wie, jakie ma on poglądy. Właściwie skąd? Przecież pan Jan zadaje tylko - z zafrasowaną miną i ze szczerą troską – pytania. Albo przytacza fakty. Muszą to być zatem bardzo słuszne poglądy, skoro tak jasno wynikają z faktów i – przecież bardzo rozmaitych - odpowiedzi na pytania. Mimo to, w każdej chwili gotowa jestem podjąć z nimi dyskusję, oczywiście pod warunkiem, że nie będzie to w programie “Warto rozmawiać”. Tak się bowiem składa, że prawie każdy, kto ma oddmiene zdanie od Pospieszalskiego, po powrocie z jego programu pisze skargę, list, protest lub w jakikolwiek inny sposób narzeka na swoją krzywdę. Czasami jest to tylko poczucie lekkiego niesmaku, ale często uczestnicy mają wrażenie, że padli ofiarą pogromu, a nie programu Jana P. On sam zaś jest rekordzistą, jeżeli chodzi o liczę składanych na niego do różnych organów zażaleń.
Krytyka programu Pospieszalskiego często traktowana jest jako zamach na wolność słowa. Nie wiadomo jednak, czy chodzi o wolność samego prowadzącego, czy programu, jako miejsca sprzyjającego owej szlachetnej wartości. Zastanówmy się nad tym, czyniąc wcześniej jedną uwagę. Wszelkie dyskusje na temat swobody wypowiedzi zdominowane są przez podejście indywidualistyczno-liberalne. Bronimy praw jednostkowych - abyśmy my mogli mówić, co chcemy, a oni nie mogli nas obrażać - zapominając o wspólnotowym wymiarze tego prawa. O tym, że wolność słowa istnieje po coś i ma służyć wszystkim. Zapewnienie swobodnej komunikacji i różnorodności opinii - jednym słowem wolnej debaty – jest kwintesencją realizacji tej wartości. Wartości takiej nie osiąga się ani poprzez absolutną swobodę wypowiedzi dla każdego, ani przez puszczoną samopas grę sił, bo – jak choćby pokazują problemy współczesnej ekonomii – może oznaczać to dyktaturę monopolistów. Wolna debata musi być podporządkowana pewnym regułom gry, innym niż prawo dżungli – właśnie po to, żeby była wolna.
Poza zasadą rzeczywistości
Pierwszą, podstawową regułą, niezbędną do tego, aby wolna debata mogła istnieć, jest rzetelna i prawdziwa informacja. Jest to powszechnie akceptowane – od prawa do lewa, zapisane w prawie prasowym i dziennikarskich kodeksach etycznych. Informacja, rzecz jasna, nie jest kopią 1:1 przedstawianego wydarzenia, ale powinna być jego w miarę wierną reprezentacją.
Kiedy Jan Pospieszalski zapowiada, że obejrzymy materiał z Parady Równości, to z całą pewnością nie zobaczymy tego, co wszyscy mogli widzieć, a jedynie wychwycone marginalne sytuacje i zachowania. Wydarzyły się, mogą zostać pokazane, ale nie jako obraz całej parady. To podstawianie części za całość i to części zawsze dobranej w ten sam, tendencyjny sposób jest stale stosowaną w programie manipulacją. Stosunkowo najbardziej niewinną. Pojawiają się jednak także informacje fałszywe, pomówienia, półprawdy, z którymi wcześniej nie uprzedzony uczestnik debaty nie potrafi sobie poradzić, a prowadzący będzie się od niego z uporem domagał komentarza.
Z powodu takich właśnie praktyk złożono na Pospieszalsakiego multum skarg. Opisywano je wielokrotnie. I co? Ano nic. Zatem w imieniu wszystkich, którzy już raz zadawali takie pytania, chciałabym zapytać jeszcze raz: czy używanie mieszaniny prawdziwych lecz skrajnie tendencyjnie dobranych faktów, półprawd i kłamstw do tworzenia zdeformowanego, ideologicznego obrazu świata mieści się w ramach etyki dziennikarskiej, czy nie?
To, że informacje zostały wplecione do publicystycznej wypowiedzi, nie zwalnia z odpowiedzialności za sposób ich podania. I większym skandalem niż program Pospieszalskiego wydaje mi się milczenie na ten temat wszelkich odpowiedzialnych organów oraz władz telewizji, również tych byłych. Jeżeli to, co robi Pospieszalski, zdaniem Rady Etyki Mediów czy Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji nie jest zaprzeczeniem podstawowego standardu związanego z nakazem rzetelnego relacjonowania faktów, to znaczy, że standard ten w ogóle nie istnieje.
Zasadę tę można porównać do freudowskiej “zasady rzeczywistości”. Człowiek dorosły, dojrzały bierze pod uwagę świat taki, jaki on jest, a nie oddaje się konfabulacjom i mrzonkom, co jest oznaką psychicznej niedyspozycji. I to trzymanie się rzeczywistości, powinno być podstawą wolnej debaty. Bo wolność nie oznacza prawa do opowiadania bajek. Do zajmowania się tym, dlaczego Kazimiera Szczuka nie przeprosiła Madzi Buczek, kiedy przeprosiła. Do imputownia przeciwnikowi pedofilii, że jest jej zwolennnikiem. Do przedstawiania tak zmontowanych wypowiedzi, że stają się one sprzeczne z intencjami wypowiadającego się.
Jaka bezstronność?
Naruszanie tej podstawowej zasady znajduje swoje odbicie w stosunku do uczestników programu. I nie chodzi tu tylko o wielokrotnie wypominane Pospieszalskiemu przewinienia: stronnicze traktowanie gości, ich niereprezentatywny dobór, stronniczość publiczności, nierówne rozdzielanie głosu, wspieranie swoich przeciwko obcym. Nawet gdyby Pospieszalski niczego takiego nie robił, a czasem nawet miewam wrażenie, że się stara, to stronniczość wpisana jest właśnie poprzez kreowany obraz świata w cały program. W rezultacie zwolennicy poglądów podobnych do Pospieszalskiego zawsze znajdą tam informacje, mniejsza o to czy prawdziwe, które wesprą ich opinie. Natomiast inaczej myślący będą musieli walczyć na dwóch frontach: o odkłamanie obrazu świata – nie dysponując w studio takimi możliwościami, jak prowadzący wraz z ekipą - oraz o prawo do poważnego potraktowania własnych opinii. Jak mogą być one jednak poważnie potraktowane, jeśli są tak sprzeczne z obrazem świata, który jest nam jednocześnie przekazywany?
A wolna debata to taka, w której wszyscy naprawdę, a nie tylko pozornie, mają równe możliwości.
Poczuj to!
Pospieszalski rezerwuje dla siebie nie tylko prawo do poinformowania – na własnych zasadach – o problemie, którego będzie dotyczyła rozmowa, ale także prawo do sterowania emocjami.
Trudno w imię rzetelności debaty wykluczyć z niej wszelkie emocje. Stałaby się ona wówczas nieludzka. Odwoływanie się do empatii, uczuć, ale nie jedynie do intelektu, jest powszechnie stosowanym środkiem perswazji. Powinien jednak być stosowany z dobrą wolą, raczej jako uzupełnienie argumentacji intelektualnej niż jej przeciwieństwo.
Jak to jest u Pospieszalskiego? Przekaz silnie oddziałujący na emocje widzów jest stosowany jako narzędzie walki z niesłusznymi poglądami. Na przykład w programie, w którym rozmawiano o stosunku do historii, nieco akademickie, ale bardzo sensowne rozważania młodego socjologa o historycznym konstruktywizmie były przerywane przebitkami z widowni. Widzieliśmy na nich zapłakane twarze starych sybiraków. Młody mądrala przeciwko cierpieniu starych ludzi nie miał żadnych szans, Wszystko, co mówił, natychmiast traciło wiarygodność. I o to przecież chodziło.
Kochające rodziny z ciężko upośledzonymi dziećmi. Zdjęcie płodu wielkości słonia – to dziewczynka, mówi prowadzący. Wywoływanie odruchów oburzenia, obrzydzenia… Wszystko to są narzędzia perswazji i emcjonalnego szantażu, a nie argumenty, z którymi można polemizować.
Posługiwanie się takimi środkami, nie służy tworzeniu pola dla wolnej debaty i wymiany jakichkolwiek opinii. Jest to właściwe raczej dla popularnych tokszołów, a nie programu, w którym pojawiają się politycy z pierwszych stron gazet, najważniejsi publicyści, intelektualiści. A obok Kamil Sipowicz i Majka Jeżowska, bo każdy może mieć coś do powiedzenia.
Nie ma symetrii
W jednym z programów Pospieszalskiego przedstawiciel środowisk gejowskich powiedział, że chciałby się w Polsce poczuć dobrze. Ripostował profesor Legutko: a ja chcę Polski, w której to ja będę się czuł dobrze. Skwitował to śmiech widowni.
Między tymi dwoma zdaniami została stworzona sztuczna, niezakwestionowana przez prowadzącego symetria. Oczywistą intencją pierwszego wypowiadającego się było opowiedzenie się za Polską, w której wszyscy uczciwi ludzie mogą czuć się równie dobrze, bez względu na swoją orientację seksualną. Odpowiedź zamienia to w alternatywę albo-albo. Albo pan będzie się czuł tutaj dobrze, albo ja. Przy czym niedopowiedzianą przesłanką Legutki było odwołanie się do prerogatyw większości, która ma w związku z tym większe prawo do tego kraju i dobrego samopoczucia.
Spór o takiej strukturze jest istotą właściwie wszystkich programów Pospieszalskiego. Jest on prosty, zrozumiały i od wielu lat obecny w Polsce - jeden system wartości czy pluralizm? Ci, którzy chcą miejsca dla rozmaitych poglądów, stawiani są na równi z tym, którzy chcą miejsca tylko dla siebie. Występujący przeciwko Giertychowi młodzi ludzie – którym poświęcony był ostatni program przed wakacjami – chcieli przypomnieć tę prawdę ministrowi, który przez narzucenie szkole jednej ideologii ogranicza nadmiernie wolność inaczej myślących. Nie jest to, jak sugerował program, “inna ideologia”, ale inna koncepcja życia społecznego. Pewne ograniczenie wolności ministra Giertycha jest niezbędne, abyśmy wszyscy mogli cieszyć się wolnością. Telewizja publiczna powinna być miejscem dla wszystkich. Ma się w niej czuć równie dobrze gej jak profesor Legutko. A w programie Pospieszalskiego z pewnością tak nie jest.
Grzech to nie argument
Podobnie świeckie państwo powinno być dla wszystkich, zachowując równy dystans wobec rozmaitych religii i prawnie dozwolonych poglądów.
Pospieszalski nieustannie walczy “o prawo do wyrażania swoich poglądów dla katolików”. Katolik musi mieć prawo powiedzieć, że homoseksualizm jest grzechem – twierdził w jednym z programów. I to prawo ma. Nie powinien jednak na podstawie tego sądu, opartego na niedowodliwej przesłance religijnej, domagać się podporzadkowania swojemu religijnemu przekonaniu państwa i prawa. Powinien pamiętać, że państwo jest także własnością ludzi, którzy jego poglądów nie podzielają. I dlatego pewien typ argumentacji religijnej powinien być usunięty z wolnej debaty publicznej. Nie można domagać się ograniczenia publicznej obecności homoseksualistów, “bo to grzech”. Wolno domagać się tego, “bo to pedofile”. Ten drugi argument może być racjonalnie dyskutowany. A następnie obalony i wycofany z debaty jako oczywisty fałsz. Stwierdzeniu, że coś jest grzechem nie da się przypisać ani waloru prawdziwości, ani fałszu.
Pospieszalski musi odejść
Powróćmy jednak do obrońców Pospieszalskiego, mówiących, że ma on po prostu prawo do głoszenia swoich poglądów. Owszem ma takie prawo, ale na równi z innymi, a nie w programie, który stanowi parodię publicznej debaty. Nie w programie, w którym ma władzę pozwalajacą na manipulowanie informacjami, deformowanie wiedzy o świecie i dopiero z tego zdeformowanego obrazu czynienia przedmiotem dyskusji. Gdzie może manipulować emocjami, popierać jednych dyskutantów przeciwko innym. Nie, bo formuła tego programu – pozór obiektywnego opisu rzeczywistości i starcia równoprawnych opinii – stoi w sprzeczności z jego jednoznacznie stronniczą wymową. Dlatego napisałam, że jest to parodia debaty, oparta na fałszu. Nie jest to uczciwy konserwatywno-katolicki program, który uczciwie próbuje przedstawić swoje racje. Ten program daje wolność Pospieszalskiemu, niszczy jednak wolną debatę, uderza więc w samą istotę przysługującego wszystkim prawa do swobody wypowiedzi. Kradnie wolność nas wszystkich.
Maciej Grzywaczewski, b.dyrektor TVP 1, dość cynicznie powiedział: “Z przeprowadzonych na nasze zlecenie badań wynika, że dobry program publicystyczny powinien zawierać trzy elementy: emocje, polaryzację stanowisk i wyrazistego prowadzącego. I te kryteria program Jana Pospieszalskiego spełnia.”
Czy na tym ma właśnie polegać misja publicznej telewizji? Czy poza atrakcyjnością nie powinna dbać ona także o pewne standardy etyczne i intelektualne? Z własnymi poglądami Jan Pospieszalski może pojawiać się w innych programach. Atrakcyjny program sprzedać telewizji prywatnej. Może przenieść się do telewizji “Trwam”. Dla jego programu nie powinno być jednak miejsca w telewizji publicznej.
Jest on dla mnie symbolem wszystkiego co najgorsze w polskiej debacie, łącznie z tabloidyzacją, bo ma on też w sobie coś z atmosfery szmatławego tabloidu. I w taki symboliczny sposób należy go potraktować. Hasło “Pospieszalski musi odejść” powinno stać się znakiem sprzeciwu wobec wszelkich zamachów na wolność sfery publicznej. Oczywiście, o ile są jesteśmy zwolennikami istnienia wolnej sfery publicznej. A jeśli tak nie jest, jeśli państwo i publiczne media chcą dzisiaj – jak mówił Bronisław Wildstein – wprowadzenia jednego systemu wartości? To przynajmnie powiedzmy otwarcie, że nie ma to nic wspólnego z wartością, jaką jest wolność wypowiedzi, rozumiana jako wartość wspólna i dostępna dla wszystkich. .Dziś odnoszę wrażenie, że nie jest to tylko sprawa Pospieszalskiego. Polska debata publiczna terroryzowana jest przez katolicką prawicę, która z ręką w cudzej kieszeni krzyczy: łapaj złodzieja! Liberałowie natomiast, którzy nigdy w tym kraju zbyt wiele wolności nie wywalczyli, a to, co dostali, jest nam właśnie, krok po kroku, odbierane, zmuszani są do nieustannego tłumaczenia się ze swojej agresji, złych manier i ataków na… wolność słowa.
Tekst ukazał się w „Gazecie Wyborczej” z 2-3 września 2006.
Na podobny temat
|
|
Najnowsze teksty i opinie
|
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...