|
Święte oburzenie, jakie wywołały słowa
Magdaleny Środy wśród prawicowych publicystów i polityków, dziwi, bo
teza pełnomocniczki do spraw równego statusu kobiet i mężczyzn nie jest
nowa. Pojawia się nie tylko wśród feministek, ale także w debatach
katolickich intelektualistów polskich i zachodnich. Gdyby rozumowanie
Środy nie było dobrym pretekstem do pokazania się „dziarskich chłopców”
z prawicy przed kamerami, nie wyszłoby nigdy poza salę szwedzkiej
konferencji.
System
wartości tradycyjnie hierarchizujący role mężczyzny i kobiety jest
pierwszym w logicznym porządku powodem potencjalnej przemocy wobec
kobiet. I nie ma w tym nic dziwnego. To Kościół zresztą już wie i stara
się choćby na poziomie teologicznym zrównać obie role. Jednakże
kluczowa i tak pozostaje kultura dnia codziennego, a ta nie wygląda
dobrze. „Katolicka Polska” jest ciągle krajem przemocy wobec kobiet, a
z tym walczyć ma pełnomocnik ds. równego statusu.
Kobiety mają milczeć
Chcąc
zrozumieć, czy istnieje zależność między przemocą i chrześcijaństwem,
dobrze zacząć od źródeł, pamiętając przy tym, że współczesne ich
znaczenie jest uzależnione od teologicznych interpretacji, a te bywają
czasem bardzo różne. Sięgamy zatem po Biblię. Na kartach Nowego
Testamentu widzimy, jak działalność Jezusa Chrystusa zmienia podejście
do kobiet. On - mężczyzna - przełamuje ówczesne standardy. Spotykał się
i rozmawiał z kobietami w miejscach publicznych. Więcej - nie odtrącał
kobiet, kiedy te chciały za nim podążać, stając się jego uczennicami i
pełnoprawnymi adresatkami Jego przesłania. To kobiety pierwsze,
nieprzypadkowo zapewne, zostały poinformowane o Jego Zmartwychwstaniu,
by dalej przekazały tę wieść apostołom. Okazuje się, że dla kobiety
najważniejsza nie jest rodzina i wychowywanie dzieci, ale - podobnie
jak dla mężczyzny - wiara. To jedna strona medalu.
Druga jest,
niestety, zupełnie inna. Gdy z uwagą wczytamy się w zamieszczone na
stronicach tej świętej księgi chrześcijaństwa antykobiece passusy,
widzimy - np. w Księdze Rodzaju że kobieta jest równorzędnym partnerem
mężczyzny, ale tylko do chwili zerwania zakazanego owocu. Potem jako o
sprawczyni grzechu pierworodnego mówi się o Ewie, czyli kobiecie „w
ogóle”, następująco: „Obarczę cię niezmiernie wielkim trudem twej
brzemienności, w bólu będziesz rodziła dzieci, ku twemu mężowi będziesz
kierowała swe pragnienia, on zaś będzie panował nad Tobą” (3,16). W
późniejszych tekstach coraz silniejsza staje się tendencja do
przypisywania winy za grzech wyłącznie kobiecie: „To od kobiety wywodzi
się grzech i przez nią wszyscy musimy umrzeć” (Syr 25, 24). W Księdze
Sędziów (18,11-30) znajdujemy w końcu historię bezimiennej kobiety,
która w imię zasad gościnności wydana została przez męża zgrai
mężczyzn. Ci przez całą noc gwałcili ją, doprowadzając do śmierci. Jej
mąż lewita chciał w ten sposób uchronić swoich gości przed owymi
napastnikami. Co więcej, ćwiartuje ciało swej żony na dwanaście części,
rozsyła je po całym Izraelu po to, by wywołać wojnę. Tak przemoc
została doprowadzona do granic możliwości. Nie należy sądzić -
komentuje tę historię polska teolożka Elżbieta Adamiak, autorka ważnej
książki teologicznej pod symptomatycznym tytułem „Milcząca obecność” -
że ktoś, pisząc tę historię, myślał o kobietach, które będą to czytać.
Przeciwnie: zakładał, że kobieta jest własnością mężczyzny.
Pomyśli ktoś
- wszak to Stary Testament, nie ma się czemu dziwić. Ale i w Nowym
spotkamy niepokojące sformułowania. Tym bardziej że wiążące się z tak
fundamentalną kwestią jak kategoria „obrazu Bożego”. A - jak przekonuje
siostra Elizabeth Johnson w tekście z „Tygodnika Powszechnego” (nr 50 z
2002 r.) - „nie jest bez znaczenia, w jaki sposób symbol Boga
funkcjonuje w ludzkich umysłach. Jeśli ciągle myślimy o Bogu w formie
męskiej, nie ulega wątpliwości, przynajmniej dla mnie, że w ten sposób
faworyzowani są mężczyźni”. W Liście do Koryntian św. Pawła czytamy:
„Tak jak to jest we wszystkich zgromadzeniach świętych, kobiety mają na
tych zgromadzeniach milczeć; nie pozwala się im bowiem mówić, lecz mają
być poddane, jak to Prawo nakazuje. A jeśli pragną się czegoś nauczyć,
niech zapytają w domu swoich mężów! Nie wypada bowiem kobiecie
przemawiać na zgromadzeniu” (1Kor 14,34-36).
Na podstawie
analogicznych słów, których znajdziemy w Biblii bez liku, uznawano -
przekonuje Adamiak - że wspólny obu płciom jest przejaw
nadprzyrodzonego imago Dei, natomiast doczesny dotyczy już tylko
mężczyzn. „Tak teologicznie uzasadniano porządek społeczny: mężczyzna
jest człowiekiem aktywnym i przeznaczonym do panowania, kobieta -
istotą bierną i podporządkowaną.” - wyjaśnia Adamiak w jednej z rozmów
z „Tygodnikiem” (nr 49 z 2002).
Grzech seksizmu
Prawdopodobnie
jeszcze długo Kościół będzie musiał oczyszczać swoją pamięć i swoje
nauczanie z antykobiecych naleciałości. Rozmaici doktorzy Kościoła i
święci mężczyźni nierzadko widzieli w kobietach pośledniejszy gatunek.
„Kobieta jest nieudanym mężczyzną”, „Z natury jest podległa mężowi,
gdyż z natury mężczyzna ma większe rozeznanie rozumu” (św. Tomasz z
Akwinu)., „Trwa ciągle na tym świecie wyrok Boga przeciwko twojej płci.
A więc z konieczności żyjesz jako oskarżona. Ty jesteś komnatą diabła!”
(Tertulian). Czy taki typ nauczania poniżający wobec kobiet jest tylko
wspomnieniem?
Powagę
sprawy potwierdza Jan Paweł II, który w 2000 Roku Jubileuszowym w
bezprecedensowym dla Kościoła wyznaniu win i prośbie o przebaczenie za
grzechy popełniane w historii przez „synów Kościoła” wyraził także żal
z powodu dyskryminacji i poniżania kobiet. Wcześniej w „Liście do
kobiet” z 1995 roku napisał: „Jesteśmy, niestety, spadkobiercami
dziejów pełnych uwarunkowań, które we wszystkich czasach i na każdej
szerokości geograficznej utrudniały życiową drogę kobiety zapoznanej w
swojej godności, pomijanej i niedocenianej, nierzadko spychanej na
margines, a wreszcie sprowadzanej do roli niewolnicy. (…) Ale jeśli,
zwłaszcza w określonych kontekstach historycznych, obiektywną
odpowiedzialność ponieśli również liczni synowie Kościoła, szczerze nad
tym ubolewamy.”
W tym samym
czasie Kongregacja Generalna Towarzystwa Jezusowego przyznawała wprost:
„Jesteśmy wszakże częścią tradycji społecznej i kościelnej, która
zawiniła wobec kobiet. Podobnie jak inni mężczyźni usiłujemy zwykle
przekonywać samych siebie, że problem nie istnieje. A jednak częstokroć
- choć być może nieświadomie - przyczyniliśmy się do powstania pewnej
formy klerykalizmu, który umacniał dominację mężczyzn, powołując się na
wyraźną jakoby aprobatę ze strony Boga”.
Jednak - jak
przekonuje siostra Johnson we wspomnianym tekście z „Tygodnika
Powszechnego” - „dyskryminacja nie ulotniła się wraz z aktami skruchy
Jana Pawła II i watykańskich hierarchów. Kobiety dalej są wyłączone
zarówno z uczestnictwa w kościelnych posługach (np. posługi diakonatu)
czy pełni udziału w systemie sakramentalnym, jak również - a może tym
bardziej - z procesów decyzyjnych, które kształtują dzisiejsze oblicze
Kościoła. Nie trzeba być przenikliwym obserwatorem życia kościelnego,
by się o tej niesprawiedliwości przekonać”.
Ostatni
dokument dotyczący kobiet wydany 31 lipca br. w Watykanie - „List do
biskupów Kościoła katolickiego o współdziałaniu mężczyzny i kobiety w
Kościele i świecie” - spotkał się ze stanowczą krytyką jeszcze innej
teolożki feministycznej Rosemary Radford Ruether, która napisała: „List
jest adresowany do biskupów Kościoła katolickiego, nie zaś do całego
kleru i katolików świeckich. Dlatego kobiety nie są adresatkami listu,
stanowią po prostu przedmiot opisu, aby biskupi wiedzieli, jakie
powinno być nauczanie na temat kobiet. (…) Chociaż list wzywa do
«dialogu z wszystkimi mężczyznami i kobietami dobrej woli, w
szczerym poszukiwaniu prawdy oraz we wspólnym zaangażowaniu w
rozwijanie bardziej autentycznych związków«, w istocie podejście
w nim przedstawione wyklucza dialog z kimkolwiek, a już z kobietami w
szczególności. W tekście tym przyjmuje się raczej, że »poprawne
rozumienie« natury kobiet i sposób, w jaki mężczyźni i kobiety
powinni ze sobą współpracować w Kościele i społeczeństwie, są już
całkowicie znane Urzędowi Nauczycielskiemu (tzn. znane kard.
Ratzingerowi dokonującemu interpretacji nauczania Jana Pawła II).
Dlatego też problemem pozostaje jedynie bliższe określenie tego
poprawnego stanowiska i obwieszczenie go biskupom, jak również, dzięki
nauczycielskiemu autorytetowi Papieża, nakłonienie wszystkich innych w
Kościele i w świecie do aprobaty tej poprawnej wykładni lub, w wypadku
jej odrzucenia, potępienie”. („Dialog z głuchym. Odpowiedź na
watykańską deklarację w kwestii kobiet” w najbliższym numerze „Krytyki
Politycznej” 7-8/2005).
Na ołtarzu dobra rodziny
Zatem
nawet na teologicznych wyżynach wiary katolickiej pojawia się
dyskryminacja kobiet, która usprawiedliwia traktowanie ich z góry.
Sądzić, że nie sprzyja to przemocy, jest hipokryzją. Dlaczego wszyscy
ci, którzy krytykowali Środę i zarzucali jej ideologiczne uprzedzenie,
milczeli, gdy w czerwcu 2000 roku Jerzy Kropiwnicki jako wysłannik
polskiego rządu na sesję ONZ na temat sytuacji kobiet (sic!) mówił, że
„przemoc w rodzinie jest w Polsce sprawą marginalną” oraz - odcinając
się od stanowiska UE - sprzeciwił się wpisaniu do dokumentu końcowego
sesji zakazu dyskryminacji ze względu na orientację seksualną? Polska
zajęła wówczas podobne stanowisko jak delegaci m.in.: Algierii, Iranu,
Libii, Sudanu, Pakistanu. Dodajmy, że z ówczesnych badań opinii
publicznej wynikało, że ponad połowa kobiet zna ofiarę przemocy
domowej.
Dopóki
politycy prawicy będą - tak jak czynił to Kropiwnicki i stale
powtarzają politycy i publicyści prawicy - uzasadniać sądy, że „przemoc
w rodzinie jest w Polsce sprawą marginalną”, troską o chrześcijański
model rodziny, dopóty Magdalena Środa będzie miała nie tylko prawo, ale
i obowiązek mówić, że istnieją pośrednie związki między religią i jej
sposobem ekspresji a przemocą wobec kobiet. W atmosferze nawoływania do
odnowy życia politycznego w Polsce aż gęsto od nawoływania polityków,
żeby przestali kraść i kłamać. Kiedy jednak mówią prawdę, nawet własny
obóz zamiast poparcia udziela im reprymendy, a następnie degraduje.
Hierarchowie
Kościoła, proboszczowie w parafiach, prawicowi politycy i publicyści
wielokrotnie dawali dowody na to, że wyżej stawiają dobro rodziny niż
dobro jednostek. I oczywiście ma to być rodzina tradycyjna, czyli
zachowująca dawny podział ról. Oznacza to ekonomiczne uzależnienie
kobiety od męża i utrzymanie jego realnej władzy, w jakiekolwiek piękne
bibułki słów o „naturalnej różnicy” byśmy tego nie ubierali.
Dodajmy dwa
do dwóch. Kobieta gorsza od mężczyzny, zależna od niego, podlegająca
jego realnej władzy znajduje się w warunkach, w których przemoc łatwo
może się pojawić. I nic jak dotąd nie wskazuje na to, że w jej obronie
otwarcie stanie polski Kościół czy prawica. Zostanie ona złożona na
ołtarzu dobra wspólnego rodziny, jej cierpienie stanie się ubocznym
kosztem propagowania nierozrywalności związków małżeńskich.
W
komentarzach do „sprawy Środy” pojawiły się też słowa o tym, że „biją
idioci, a nie katolicy” (komentarz Andrzeja Stefańskiego i Jakuba
Cegieły w „Gazecie” z 12 grudnia). To zresztą stała figura towarzysząca
odpieraniu jakichkolwiek krytyk Kościoła. Gdy ktoś mówi o tym, jak
faktycznie wygląda realizacja ewangelicznego przesłania, zaraz się go
odsyła do słów Ewangelii albo do słów Papieża i idealnej wizji
Kościoła, który zajmuje się wyłącznie uczeniem miłości bliźniego. Mamy
Kościół idealny (ten z dokumentów) i realny (ten z parafii), i w
zależności od tego, co mamy wykazać, podstawiamy jeden albo drugi. Gdy
mówi się o tych, co biją albo wzywają do nienawiści lub propagują
antysemityzm i nietolerancję, dramatycznie zmniejsza się liczba
katolików w Polsce - okazuje się, że to wszystko bezbożnicy. Gdy
natomiast mówi się o kształcie prawa, neutralności światopoglądowej,
zaraz Polska okazuje się niemal w całości katolicka i należy zaraz
postulaty tej licznej całości spełnić.
Prawicowo-katolicki
dyskurs jest w Polsce wyrazisty, dobrze słyszalny i wszyscy znamy go na
pamięć. Dobrze oddaje to Adam Ostolski w opublikowanym w witrynie
internetowej „Krytyki Politycznej” liście otwartym: „Słyszałem, jak
ktoś mówił (często), że bicie dzieci jest właściwą metodą wychowawczą.
Słyszałem, jak ktoś mówił, że problem przemocy w rodzinie to wymysł
liberałów, którzy chcą rodzinę zniszczyć. Słyszałem, jak ktoś mówił, że
rozwody są sprzeczne z wolą Boga, nie jest więc dobrze, kiedy żona
odchodzi od męża, który pije i bije. Słyszałem, jak ktoś mówił, że
kobieta powinna dźwigać swój krzyż. Słyszałem, że ktoś wstrzymywał
finansowanie ośrodków i organizacji pomagających bitym kobietom, bo nie
należy szkodzić rodzinie.
Słyszałem,
że ktoś mówił, że gwałt jest sam w sobie czymś złym, ale może z niego
wyniknąć coś dobrego, a mianowicie dziecko. (To wszystko nie jest żadna
ezoteryczna wiedza; nawet nie trzeba czytać gazet ani chodzić do
kościoła, żeby to wiedzieć.) A teraz słyszę jeszcze, że zwolennicy
takich poglądów oburzają się, kiedy ktoś mówi, że ma to coś wspólnego z
religią katolicką i z przemocą wobec kobiet”. Tekst ukazał się w „Gazecie Wyborczej” z 17 grudnia 2004.
Na podobny temat
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...