NOWOŚĆ W SKLEPIE KP

Partycypacja_okladka_150px.jpg

>>Już jest: KP30!

kp30_okladka_300px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem

Katalog Książek KP

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Mouffe: Dlaczego populizm wygrywa Drukuj
Rozmawiał Sławomir Sierakowski   
13.01.2007
Sławomir Sierakowski: To panią uważa się (obok Ernesta Laclaua) za teoretyka polityki, któremu udało się rozwikłać zagadkę populizmu w Europie. Co jest przyczyną utrwalenia się tego zjawiska we współczesnej demokracji liberalnej?

Chantal Mouffe*: Populizm jest konsekwencją ustanowienia „konsensusu centrum” prawie we wszystkich krajach demokracji liberalnej. Proces ten zaczął się na dobre w latach 80. Zacieranie się różnic między prawicą i lewicą (wywołane ruchem partii socjalistycznych czy socjaldemokratycznych w stronę centrum) sprawiło, że wybór między nimi stał się czymś iluzorycznym. Jeśli występują jakieś różnice, to jedynie w retoryce przedwyborczej. To kurczenie się sceny politycznej jest związane oczywiście z ideą ekonomicznej globalizacji prezentowanej jako fatum, które trzeba zaakceptować. Tony Blair i wielu innych przywódców partii socjaldemokratycznych usprawiedliwia w ten sposób rezygnację lewicy z obowiązku ochrony słabszych. Twierdzą oni także, że wraz z zanikiem klasy robotniczej i rozrostem klasy średniej skończyło się społeczne przyzwolenie na podnoszenie podatków - co nie jest prawdą. Wszystkie badania opinii publicznej w Wielkiej Brytanii pokazują, że klasa średnia gotowa jest płacić większe podatki, jeśli poprawi to jakość usług publicznych - szkolnictwa czy służby zdrowia.

Co w takim razie powoduje, że socjaldemokracje przesuwają się w stronę centrum? Przecież nie wynika to ze złej woli ich przywódców?

Myślę, że tacy ludzie jak Tony Blair są rzeczywiście przekonani, iż wolny rynek jest najlepszym dystrybutorem dóbr. Zazwyczaj problemem jest brak wyobraźni. Europejskie partie socjaldemokratyczne mogłyby wiele zmienić, gdyby tylko zrozumiały, co może być alternatywą dla neoliberalizmu. Mogłyby obronić model socjalny, gdyby umiały współpracować i skupiły się na odpowiednim projekcie integracji europejskiej.

A wracając do przyczyn pojawienia się konserwatywnego populizmu…

Główną przyczyną jest właśnie przesunięcie lewicy w stronę centrum i pozostawienie bez opieki ludzi wykluczonych ekonomicznie. Zanik istotnych różnic między partiami w sferze publicznej powoduje rosnący brak zaufania do całej klasy politycznej. Nie byłam zaskoczona, gdy do drugiej tury wyborów prezydenckich we Francji dostał się Jean Marie Le Pen. Lionel Jospin nie wydawał się Francuzom - i słusznie - żadną alternatywą dla Jacques'a Chiraca. A Le Pen owszem. Artykułował lęki, których nie był w stanie wyartykułować żaden z polityków głównego nurtu i jakoś znajdował na nie lekarstwo. Podobnie było wcześniej w Austrii - konsekwencją zamazującej różnice wielkiej koalicji chadecko-socjaldemokratycznej był sukces Jörga Haidera. Le Pen i Haider odnieśli sukces wyborczy, bo powiedzieli ludziom, że interesuje ich realna alternatywa dla istniejącego sposobu rządzenia.

Jest to proces, który zachodzi we wszystkich współczesnych demokracjach liberalnych. Rośnie liczba osób w żaden sposób niereprezentowanych na scenie politycznej. I to oni następnie wykorzystywani są przez prawicowych demagogów, przy udziale coraz bardziej tabloidyzujących się mediów. Ich podstawowy przekaz jest taki: to my jesteśmy waszym głosem w debacie publicznej. To my w waszym interesie przeciwstawiamy się modernizacji.

Mówiąc o projekcie „demokracji agonistycznej” jako odpowiedzi na kryzys demokracji, definiuje pani pojęcie agonizmu nie tylko w opozycji do pojęcia konsensusu, ale i do pojęcia antagonizmu. O ile ten ostatni jest stanem nieograniczonego konfliktu, agonizm zakłada istnienie przestrzeni wzajemnego uznania, w której przebywają wszyscy polityczni przeciwnicy. Czy konstrukcja ta nie powiela negatywnych konsekwencji demokracji konsensualnej?

Popierany przeze mnie projekt demokracji agonistycznej oczywiście nie wyklucza w całości idei konsensusu. Jakiś obszar wspólny jest konieczny. Pełen antagonizm prowadziłby wprost do destrukcji. Wiele zależy też od tego, o jaki konsensus chodzi. Jeśli o taki, który zakłada jeden i tylko jeden sposób prowadzenia polityki gospodarczej, to dla mnie jest to gwałt na demokracji, bo tylko fanatyk albo człowiek zupełnie nieznający się na współczesnej teorii ekonomii mógłby twierdzić, że obowiązuje w niej jeden niezmienny i naukowy paradygmat. Za dominacją modelu neoliberalnego stoi nie naukowa obiektywność, ale siła finansowa i polityczna tych, którym ten stan rzeczy przynosi największe zyski.

Czego jeszcze ten konsensus nie powinien dotyczyć?

Jeśli za wartości fundamentalne dla liberalnej demokracji uznamy postulaty wolności i równości dla każdego, to oczywiście nigdy nie będzie powszechnej zgody co do ich definicji. Inaczej na wolność patrzą liberałowie, inaczej konserwatyści, jeszcze inaczej socjaldemokraci. Nie będzie też zgody co do tego, kim są „wszyscy”.

„My” z natury rzeczy ma charakter ekskluzywny. Zawsze pozostaje jakaś grupa na zewnątrz… Ale właśnie fakt, że wszyscy podpisaliby się pod hasłem wolności, oraz świadomość różnych jej interpretacji traktowanych powszechnie jako prawomocne jest wystarczającym polem dla konsensusu. Problem rodzi się wtedy, gdy jedna z tych interpretacji zyskuje monopol w sferze publicznej, który prezentowany jest następnie jako konsensus.

Jak rozbić ten monopol?

Należy ożywić podział na lewicę i prawicę. Są tacy, którzy wręcz celebrują jego zanik. Zazwyczaj proponują inny, „postpolityczny” podział - na przykład na zwolenników i przeciwników modernizacji. Oczywiście jest to sposób na utrwalenie swojej władzy, bo stoi za nim niedemokratyczne rozróżnienie na wyznających słuszne i niesłuszne poglądy. Zanik podziału na lewicę i prawicę nie jest żadnym osiągnięciem współczesnej demokracji liberalnej. Nie jest krokiem naprzód, ale zagrożeniem, krokiem w tył, wywołującym kryzys.

Ale jak ożywić tę różnicę, gdy media masowe urosły współcześnie do roli kreatorów polityki, a ich przekaz daleki jest od pluralizmu w sprawach gospodarczych?

Niech pan spojrzy na ostatnie wydarzenia we Włoszech. Berlusconi kontrolował większość mediów i przegrał.

We Włoszech akurat zdominowanie mediów przez jedną stronę stało się samo w sobie tematem politycznym. Wiadomo było, że media Berlusconiego reprezentują poglądy jednej strony. To przypomina raczej toutes proportions gardées czasy reżimów komunistycznych, w których partyjny kaganiec założony mediom był na tyle czytelny, że spotykał się z brakiem zaufania obywateli. Tymczasem dziś częściej mamy do czynienia z sytuacją, w której wielość mediów powszechnie mylona jest z pluralizmem głosów - a jednocześnie w wielu sprawach obowiązuje demaskowany przez panią konsensus.

A co pan powie na taki przykład: zdecydowana większość mediów była we Francji za głosowaniem „tak” w sprawie traktatu konstytucyjnego dla Europy. A mimo to przebił się głos krytyczny i Francuzi zagłosowali przeciw. Zatem wiele rzeczy jest możliwych. Tu jednak poczynię trzy zastrzeżenia. Po pierwsze pozorny pluralizm zawsze można zmienić, dzięki dobrze przemyślanym działaniom, w pluralizm realny. Podstawowym atutem są tu właśnie powszechnie podzielane wartości wolności i równości - które, choć monopolistycznie definiowane, mogą jednak służyć jako ostateczna instancja i mogą być egzekwowane w sposób bardziej uczciwy. Po drugie rośnie rola nowych mediów takich jak internet, które być może będą bardziej pluralistyczne. I po trzecie ten kształt demokracji liberalnej kopie sobie grób w postaci populistycznej reakcji, zatem nie może w niezmienionej postaci trwać wiecznie. W każdym razie lewica musi spróbować. Nikt nie obiecywał, że będzie łatwo…

Slavoj Zizek poddaje w „Rewolucji u bram” krytyce pani ideę „agonistycznej demokracji”. Twierdzi, że próba stworzenia jakiegoś trzeciego stanowiska między liberalną konkurencją i antagonistyczną walką jest zabiegiem sztucznym. W tym sensie spycha panią na pozycje zbieżne z liberalizmem, który pani krytykuje…

Jak zwał, tak zwał. Można uzdrowić współczesną demokrację, przywracając do sfery publicznej otwarty konflikt społeczny, i uniknąć rewolucji. Jeśli przekonanie to czyni ze mnie liberała, to niech Z·iz·kowi będzie. On chce upadku kapitalizmu, ja nie potrafię sobie tego wyobrazić, nie mam w sobie aż tyle optymizmu.

Co jeszcze składa się na pani projekt walki o lewicową hegemonię?

Nie należy ograniczać się jedynie do walk kulturowych. Jak mówiłam, ewolucja partii lewicowych przebiegła w taki sposób, że zajmują się one głównie klasami średnimi, a nie krzywdami robotników. Wynika to jednak z niezdolności tych partii do sformułowania alternatywy dla neoliberalizmu i bezkrytycznej akceptacji wymogów „elastyczności”, a nie z domniemanego zaślepienia kwestiami „tożsamościowymi”. O tym pisałam wraz z Ernestem Laclauem w książce „Hegemony and Socialist Strategy” (Hegemonia i strategia socjalistyczna). Dowodziliśmy, że w ramach nowego lewicowego projektu hegemonicznego walkę z seksizmem, rasizmem, dyskryminacją seksualną i w obronie środowiska należy prowadzić równolegle z walką robotników o poprawę warunków pracy. Aby wyrazić to w modnej ostatnio terminologii, podkreślaliśmy, że lewica musi zajmować się zarówno problemami „redystrybucji”, jak i „uznania”. Dla nas „radykalna i pluralistyczna demokracja” oznacza właśnie to.

Wielokrotnie podkreślała pani potrzebę zaistnienia europejskiego horyzontu dla lewicowych projektów. Mówi pani o Europie jako najważniejszym polu walki o lewicową hegemonię. Co powinniśmy zrobić na przykład z europejską konstytucją?

W sprawie konstytucji dla Europy popełniono wiele błędów. Po pierwsze ona wcale nie była wówczas priorytetem, należało najpierw włożyć więcej wysiłku w realną integrację Europejczyków, we wzmocnienie więzi między społeczeństwami. A tak konstytucja została wpisana w ciąg kolejnych przedsięwzięć elit europejskich decydujących ponad głowami obywateli. Nie należało zresztą w ogóle używać słowa „konstytucja”, bo to wprowadziło niepotrzebne napięcie u wszystkich uczestników tego sporu. Należało raczej ustanowić szereg konkretnych i przejrzystych reguł decyzyjnych, które pozwoliłyby 25 państwom funkcjonować lepiej niż w ramach zwykłego sojuszu międzypaństwowego. Kluczowe znaczenie miałaby tu zasada kwalifikowanej większości w podejmowaniu decyzji. Bez niej żadna poważna integracja, a w konsekwencji i poczucie solidarności nie są w Europie możliwe. Po tym wszystkim dopiero można było wziąć się za eurokonstytucję.

A jak odnosi się pani do pomysłów zróżnicowania szybkości integracji wewnątrz Unii?

Jeśli nie da się wcielić w życie zasady kwalifikowanej większości dla wszystkich państw, powinna powstać grupa państw gotowych na głębszą integrację. To oczywiście zadziała mobilizująco na pozostałych, a także stworzy sytuację prawdziwego wyboru: głosujesz „tak” - idziesz dalej, głosujesz „nie” - ryzykujesz pozostanie w tyle. Ludzie byliby wówczas prawdopodobnie bardziej zainteresowani sprawami europejskimi, co miałoby wpływ na politykę ich rządów. Realistycznie rzecz biorąc, tylko przez zróżnicowanie poziomów integracji możemy posunąć się naprzód. A tym samym zerwać z zasadą jednomyślności.

Zapewne więc podobał się pani słynny manifest napisany przez Jürgena Habermasa i Jacques'a Derridę „Europa, jaka śni się filozofom” postulujący między innymi Europę dwóch prędkości?

Istotnie była to jedna z niewielu sytuacji, gdy zgadzałam się z Habermasem i Derridą. Choć nie podobał mi się jeden z ich argumentów. Nie zgadzam się, że Europa powinna narzucić światu wizję kosmopolitycznego prawa. Uważam, że lepsze jest wspieranie modelu wielobiegunowego. Nie powinniśmy definiować naszej tożsamości jako najlepszej, jedynej racjonalnej, która powinna być przyjęta wszędzie na świecie. Korzystniej dla rozwoju demokracji w świecie byłoby, gdyby ukonstytuowały się inne regionalne bloki polityczne.

Wróćmy do bliskiej pani idei Europy dwóch prędkości. Czym owe prędkości miałyby się różnić?

Koalicja „szybszych” mogłaby podjąć się stworzenia wspólnej polityki fiskalnej i społecznej, a także prowadzić wspólną politykę zagraniczną i obronną.

Czy pociąga to za sobą konieczność daleko idącej centralizacji?

Zdecydowanie nie. To jest właśnie sedno mojego sporu z Habermasem. Idea postnarodowej Europy, Unii jako superpaństwa jest mi obca. Myślę, że narodowe identyfikacje są i będą bardzo ważne, choć coraz większego znaczenia nabierać będą także inne typy identyfikacji. Nie wolno lekceważyć roli namiętności w polityce, a to, co nazywam libidinalnym osadzeniem narodowości, jest jedną z naszych najmocniejszych pasji. Nie da się oddzielić namiętności od opinii, jedne i drugie uczestniczą w demokratycznym procesie artykulacji woli publicznej. Każdy projekt polityczny eliminujący emocje z polityki kończy się ich gwałtownym powrotem. Stąd właśnie biorą się sukcesy populistów.

Wywiad ukazał się w „Europie” z 13 stycznia 2007.

 — -

Chantal Mouffe, ur. 1943, socjolożka, politolożka, aktywistka studenckiego buntu 1968 roku, działaczka feministyczna i jedna z czołowych postaci postmarksistowskiego nurtu w filozofii politycznej. Jest profesorką w University of Westminster. Jej najbardziej znaną książką jest napisana wraz z Ernestem Laclauem „Hegemony and Socialist Strategy” (1985) prezentująca program „radykalnej polityki demokratycznej”. Oprócz tego opublikowała m.in. „The Return of the Political” (1993) oraz „La politique et ses enjeux” (1994). W Polsce wydano jej „Paradoks demokracji” (2005). W 2007 roku nakładem „Krytyki Politycznej” i korporacji Ha!art ukaże się jej najnowsza książka „O polityczności” (wydanie ang. 2005). 
Komentarze
Dodaj nowy
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 17.06.2007 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 0.67461 Seconds