|
Setne urodziny obchodził 28 listopada Claude Lévi-Strauss. Antropolog,
socjolog, filozof i kolekcjoner wyszperanych na pchlich targach
bibelotów.
Zawsze chciał być muzykiem. Podobno za młodu wykazywał w tym kierunku niemałe uzdolnienia, a twórczość Offenbacha znał na pamięć. Pochodził zresztą z artystycznej rodziny artystów: jego ojciec był dość uznanym malarzem, a pradziadek skrzypkiem, współpracownikiem Hectora Berlioza. Przypadek zrządził, że Claude Lévi-Strauss został antropologiem i wywołał rewolucję, której efektem był jeden z najbardziej wpływowych nurtów (złośliwi powiedzą: jedna z najbardziej wpływowych mód) w XX-wiecznej humanistyce. Zadecydowały o tym dwa wydarzenia. Pewnej jesiennej niedzieli roku 1934 Lévi-Strauss otrzymał od Celestina Bougle’a, dyrektora paryskiej Ecole Normale Supérieure, telefon z propozycją nie do odrzucenia. Chodziło o objęcie profesury na katedrze socjologii uniwersytetu w Sao Paolo. Wyprawa do Sao Paolo musiała Lévi-Straussowi jawić się jako zesłanie. W autobiograficznym „Smutku tropików” wyznaje: „Nienawidziłem egzotyki i podróżników”. Tam jednak profesor socjologii został antropologiem i przeprowadził wśród brazylijskich Indian jedyne w swoim życiu badania terenowe.
Drugie wydarzenie wymusiła wojna. Po upadku Francji w 1940 roku Lévi-Strauss, jako osoba pochodzenia żydowskiego, musiał opuścić kraj, do którego powrócił zaledwie rok wcześniej. Krętymi drogami, przez Martynikę i Puerto Rico, dotarł do Stanów Zjednoczonych i nowojorskiej New School for Social Research. Szkołę tę założono dla wykładowców uciekinierów z okupowanej Europy. Tam spotkał Romana Jakobsona. To właśnie dzięki niemu Lévi -Strauss (używający w Ameryce nazwiska Claude L. Strauss, by nie mylono go ze znanym i u nas producentem odzieży dżinsowej) po raz pierwszy zetknął się z osiągnięciami współczesnego językoznawstwa, którego Jakobson był jednym z najbardziej znamienitych przedstawicieli. Językoznawstwo zafascynowało Lévi-Straussa, bo choć było dziedziną nauk społecznych, to wypracowało bardzo ścisłą metodologię pozwalającą nawet na różnego rodzaju predykcje.
Rewolucjonista
Na czym zatem polegała rewolucja Lévi-Straussa? Na pewno nie na tym, że wprowadził on do nauk społecznych pojęcie struktury. Jak zauważył w 1956 roku w artykule opublikowanym w „Les Temps Modernes” Jean Pouillon: „Lévi-Strauss nie jest na pewno ani pierwszym, ani jedynym uczonym, który podkreśla strukturalny charakter zjawisk społecznych; jego oryginalność polega na tym, iż bierze to na serio i nieustępliwie wywodzi stąd wszelkie konsekwencje”. Zasadniczo sprowadzało się to do zastosowania w analizie danych antropologicznych metody zaproponowanej przez rosyjskiego fonologa Nikołaja Trubieckiego. Metoda, nazwana przez Lévi-Straussa „analizą strukturalną”, traktuje badane człony jako wzajemnie zależne i możliwe do pojęcia jedynie w relacji (najczęściej jest to relacja opozycji). Miała ona wprowadzić antropologię do grona nauk ścisłych. Po raz pierwszy zastosowana została do badania instytucji „zakazu kazirodztwa” przeanalizowanej przez Lévi-Straussa w „Elementarnych strukturach pokrewieństwa”. W tej rozprawie doktorskiej Lévi-Strauss za pomocą swojej metody stara się dowieść, że obserwowane praktycznie we wszystkich społecznościach tabu kazirodztwa da się sprowadzić do systemu prostych binarnych opozycji wyznaczających w zależności od konfiguracji konkretną postać zakazu.
Nadzieja wyprowadzenia antropologii z mroków podróżniczych ciekawostek i awanturniczej komparatystyki na światło naukowości odcisnęła również piętno na stylu jego pisarstwa. Na początku tekstu zasypywał on czytelnika ogromem etnograficznych szczegółów, które następnie porządkował w zestawy opozycji - ciemność/jasność, natura/kultura itd. Gdzie wszystkie te pozornie chaotyczne szczegóły miały swoje miejsce i składały się na partyturę struktur ludzkiego myślenia.
Czasem strategia ta przynosiła dość niespodziewane efekty. Jak złośliwie zauważył kiedyś brytyjski antropolog Edmund Leach, Lévi-Strauss, analizując imiona nadawane zwierzętom domowym, koniom wyścigowym i zwierzętom gospodarskim, dowiódł wreszcie ponad wszelką wątpliwość czegoś, co dotąd przeczuwały tylko całe pokolenia Francuzów, a mianowicie, że Anglicy „są bandą barbarzyńców pozbawionych wszelkiej logiki”. Niestety, uniwersalne struktury ludzkiego myślenia wyprowadzone przez Lévi-Straussa ze zwyczajowych imion nadawanych różnym rodzajom zwierząt nijak się miały do sposobów, w jakie nazywano zwierzęta na Wyspach Brytyjskich.
Narodziny gwiazdy
W „Polowaniu na muchy” Andrzeja Wajdy pada słynne zdanie wypowiedziane przez główną bohaterkę Irenę (gra ją Małgorzata Braunek). Siedzi ona ze swoją ofiarą (niezapomniana kreacja Zygmunta Malanowicza) na łóżku, coś uwiera ją w plecy. „To »Antropologia strukturalna «. Zawsze z nią śpię!”. Jest w tym oczywiście, jak w całej postaci Ireny, recytującej bez przerwy jak nie Ingardena to Poppera, odrobina przesady. Ale właśnie odrobina.
Opublikowany w 1954 roku „Smutek tropików”, relacja z wyprawy do brazylijskiej dżungli, zapewnił Lévi-Straussowi we Francji status megagwiazdy. I to nie tylko na polu naukowym. Jurorzy najważniejszej francuskiej nagrody literackiej - Prix de Goncourt - z żalem stwierdzali, że regulamin przyznawania tego wyróżnienia wyklucza możliwość nagrodzenia dzieła Lévi-Straussa. Bez wątpienia tekst ten, pod względem stylistycznym różny od wcześniejszych, mocno naukowych tekstów Lévi-Straussa, sytuujący się gdzieś między naszym Arkadym Fiedlerem a „Wyznaniami” Jana Jakuba Rousseau, trafił w swój czas. Poszukiwano nowego bohatera: Sartre w połowie lat 50. brnął w coraz bardziej ekwilibrystyczne obrony Związku Radzieckiego, mówiąc o „totalnej wolności każdego obywatela ZSRR do krytyki władz państwowych” i interpretując monumentalne dekoracje moskiewskiego metra jako dowód na przezwyciężenie przez społeczeństwo radzieckie kapitalistycznej alienacji. Spór między Sartre’em a Lévi-Straussem o rząd dusz będzie potem przez całe lata 60. dzielił francuską inteligencję na dwa obozy. Sartre zarzuci Lévi-Straussowi, że bada ludzi, jakby to były mrówki. Lévi-Strauss nie pozostanie dłużny. W „Smutku tropików” egzystencjalizm wynoszący jego zdaniem troski osobiste do godności problemów filozoficznych nazywa „metafizyką na użytek panienek sklepowych”, a w opublikowanej w 1962 roku „Myśli nieoswojonej” cały rozdział poświęcił temu, by udowodnić, że jest od Sartre’a dużo lepszym… marksistą. W owym czasie trudno było o bardziej dotkliwy policzek.
Czasy narodzin gwiazdy Lévi-Straussa to również epoka konferencji w Bandung i powstania ruchu krajów rozwijających się, państw Trzeciego Świata, który miał być alternatywą dla obozów starego pierwszego i drugiego świata: kapitalizmu i socjalizmu. Do tego dorzućmy jeszcze rozpad ostatnich imperiów kolonialnych, a ujrzymy, na jak podatny grunt trafił napisany przez Lévi-Straussa w 1952 roku na zamówienie UNESCO tekst „Rasa a historia”, manifest jedności rodzaju ludzkiego niezależnie od rasy. Odrzucał on takie pojmowanie historii, według którego społeczeństwa pierwotne stanowią niższy szczebel ewolucji rodzaju ludzkiego, a także wiążące się z tym powszechnie podzielane przez antropologów przekonanie, że społeczeństwa pierwotne nie potrafią myśleć w sposób abstrakcyjny. A ich myślenie jest w sposób nieunikniony „skażone” infantylizmem, naiwnością, przesądnością. We wspomnianej już „Myśli nieoswojonej” Lévi-Strauss rekonstruuje kosmologie rozmaitych społeczności pierwotnych i pokazuje, że swoim skomplikowaniem przewyższają one czasem nawet abstrakcyjne teorie budowane na zachodnich uniwersytetach. Zasadniczo jednak ich struktura jest identyczna, gdyż opiera się na systemach binarnych opozycji.
Cóż po antropologu?
Gwiazda Lévi-Straussa mocno dziś wyblakła. Piękne studentki już raczej nie sypiają z „Antropologią strukturalną” pod poduszką. Jego prace poddano zmasowanej krytyce. Brytyjscy antropolodzy wychowani w kulcie Malinowskiego i pracy w terenie wyśmiewali jego wątły staż terenowy, nazywając go antropologiem gabinetowym. Wielokrotnie zarzucano mu naginanie faktów etnograficznych, by lepiej pasowały do jego binarnych opozycji. Feministki krytykowały jego teorię pokrewieństwa opartą na wymianie kobiet jako androcentryczną i seksistowską. Socjologowie wykazywali, że społeczeństwa współczesne są jednak zbyt skomplikowane, by badać je za pomocą narzędzi proponowanych przez Lévi-Straussa do analizy społeczeństw pierwotnych. Większość z tych zarzutów jest przy tym moim zdaniem dość trafna. Czy zatem faktycznie powinniśmy odłożyć dorobek Lévi-Straussa na półkę obok innych niespełnionych marzeń humanistyki? Przynajmniej z dwóch powodów warto wracać do Lévi-Straussa.
Po pierwsze, jest to myśliciel, który ciągle wierzy w uniwersalizm. W epoce, gdy bardzo łatwo przychodzi nam stwierdzenie, iż nie jesteśmy w stanie porozumieć się z innym, nadzieja Lévi-Straussa na możliwe przymierze z każdym wydaje się czymś niesłychanie ważnym. To właśnie ta nadzieja, zbudowana na założeniu powszechnie podzielanych struktur ludzkiego myślenia, każe mu niestrudzenie szukać reguł owego „innego” języka. Choć zdecydowanie łatwiej byłoby to, co nie mieści się w wąskich ramach zachodniego racjonalizmu, po prostu zepchnąć w niszę niezrozumiałego szaleństwa, ekscentrycznej ciekawostki itd.
Po drugie, mój niekłamany podziw budzi rozmach tej teorii. I to nawet wówczas, gdy rozmach ten sprawia, że teoria staje się wszechogarniająca i zaczyna lekko dominować nad faktami. Dlaczego? Podam jeden przykład. Podobno gdy doniesiono Heglowi, że jego dedukcja mówiąca o możliwości krążenia wokół Słońca jedynie ośmiu planet została obalona przez odkrycie Plutona (dziewiątej planety), wygłosił on słynne zdanie: „A zatem tym gorzej dla faktów!”. Twierdzenie to stało się obiektem kpin i zawsze wzbudza wesołość wśród ludzi niechętnie nastawionych do teorii w ogóle, a do Hegla w szczególności. Tymczasem nie tak dawno astronomowie uznali, że Pluton faktycznie nie jest planetą. I kto się śmieje ostatni?
Tekst ukazał w „Gazecie Wyborczej” z 29 listopada 2008.
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...