|
Kiedy opadł już kurz po oburzeniach, jakie sprowokowała wypowiedź Magdaleny Środy na temat zależności między katolicyzmem a przemocą wobec kobiet, zrodziła się szansa na poważną dyskusję. W oparciu o rzetelną książkę pod względem historycznym Paula Evdokimova „Kobieta i zbawienie świata” („W drodze”, Poznań 1991) oraz inne źródła postaram się pokazać, jak chrześcijaństwo i współtworzona przez nie kultura europejska wspierały się wzajemnie, pisząc niechlubną historię poniżenia kobiet. Jednocześnie będzie to próba nakreślenia drogi, jaką tu przeszedł Kościół w ostatnich dziesięcioleciach.
„Chwałą kobiety jest milczenie”
Dla Greków kobieta należała do odrębnego świata, odmawiano jej intelektualnego rozwoju, wzór stanowiła wierna, ale bierna Penelopa. Wielki Arystoteles poświecił kobietom kilka akapitów w „Polityce”. Kończąc wywód, zanotował: „chwałą kobiety jest milczenie”. Zaś Arystofanes z nieukrywaną złośliwością opisuje w „Lizystracie” bezsensowne i próżne rozmowy kobiet. Analogicznie było w Rzymie, gdzie przypisywano kobiecie osobowościową kruchość, pozbawiając ją podstawowych praw. Stanowi dla męża część inwentarza, on ma nad nią władzę życia i śmierci. Także dla kultury żydowskiej kobieta jest podejrzanym obiektem. Żydowski antyfeminizm bazował na przeświadczeniu, że została ona wydobyta z ciała mężczyzny jako jego żebro, co sprawia, że jest dla niego zgubą. W modlitwach ośmiu błogosławieństw pobożny Żyd mówi: „błogosławiony bądź, Panie, że nie stworzyłeś mnie kobietą”. Również liczne fragmenty Biblii stwarzają wrażenie lekceważenia kobiety czy wręcz wrogości wobec niej, która przeradza się niekiedy w nienawiść do istoty uchodzącej niemal za demoniczną. „Obarczę cię niezmiernie wielkim trudem twej brzemienności, w bólu będziesz rodziła dzieci, ku twemu mężowi będziesz kierowała swe pragnienia, on zaś będzie panował nad Tobą” (Rdz, 3,16). W późniejszych tekstach coraz silniejsza staje się tendencja do przypisywania winy za grzech wyłącznie kobiecie: „To od kobiety wywodzi się grzech, i przez nią wszyscy musimy umrzeć” (Syr 25, 24). Myli się ten, kto sądzi że Biblii emanuje tylko antykobiecymi tekstami. Znajdziemy całe passusy mówiące o równouprawnieniu: „Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz, na obraz Boży go stworzył: stworzył mężczyznę i niewiastę” (Rdz 1,27) - który to fragment uchodzi za kamień węgielny chrześcijańskiej antropologii. Odnajdziemy też wiele znakomitych postaci kobiecych: matriarchinie (używając określenia Elżbiety Adamiak) narodu Izraela, prorokinie, zbawczynie swojego ludu czy Debora, która piastowała zastrzeżoną dla mężczyzn funkcję sędziego. Wielcy prorocy są z kolei wrażliwi na kobieco-matyczyne oblicze Boga - na przykład Izajasz mówi: „Jak kogo pociesza własna matka, tak Ja was pocieszać będę” (Iz, 66,13). Albo Ozeasz: „Miłowałem Izraela, gdy jeszcze był dzieckiem… uczyłem chodzić Efraima, na swe ramiona ich brałem… Byłem dla nich jak ten (ta!), co podnosi do swego policzka niemowlę - schyliłem się ku niemu i nakarmiłem go… albowiem Bogiem jestem, nie mężczyzną…” (11, 1nn). Naród wybrany jest w tym opisie na podobieństwo dziecka, a Bóg Matki - stąd raczej należałoby przełożyć „ta!”, a nie jak jest w polskim przekładzie „ten”.Ponadto przywołany fragment uważany jest za bardzo charakterystyczny - wyjaśnia w rozmowie ze mną Elżbieta Adamiak. Zawarty w nim obraz macierzyństwa został zapomniany do tego stopnia, że tekst uznano za mówiący o Bożym ojcostwie… ! Mówiąc o wielkich kobietach Biblii, nie możemy pominąć kluczowych dla historii zbawienia bohaterek Nowego Testamentu; oczywiście Maria, Matka Jezusa, dalej Maria Magdalena - Apostołka Apostołów (ona pierwsza spotyka zmartwychwstałego Chrystusa i pierwsza przynosi o tym wiadomość Jego uczniom). Przedziwne spotkanie i rozmowa Jezusa z Samarytanką, pierwszą apostołką pogan, które napawało zdziwieniem nawet uczniów Mistrza z Nazaretu: jak On mógł rozmawiać z obcą kobietą? (por. J, 4,27). A jeszcze jest Maria i Marta, siostry Łazarza, realizujące różne, ale ważne powołania. Św. Paweł, wychowany na mądrości rabinicznej, także ujmuje się za kobietami, pisząc w Liście do Galatów: „Nie ma już Żyda ani poganina, nie ma już niewolnika ani człowieka wolnego, nie ma już mężczyzny ani kobiety, wszyscy bowiem jesteśmy czymś jednym w Jezusie Chrystusie” (3,27-28). Ale zarazem w Liście do Efezjan ten sam Paweł (czy też jakiś jego uczeń, bo co do autentyczności listu są duże wątpliwości) potwierdzi dominujący wtedy sposób myślenia o kobiecie: „Żony niechaj będą poddane swym mężom, jak Panu, bo mąż jest głową żony” (4,22nn). Co prawda jeden wers wcześniej mówi o poddaniu wzajemnym, ale w rezultacie przesłanie jest mocno patriarchalne. Czy można jakoś wyjaśnić te ewidentne sprzeczności na kartach Pisma Starego i Nowego Testamentu? Dlaczego, mimo że - jak widzimy - teksty biblijne, jak i postawa samego Jezusa, stanowiąca źródło inspiracji wyzwolenia kobiet, nie uchroni chrześcijaństwa przed akceptacją patriarchalizmu? Ciekawa wydaje się argumentacja katolickiej teolożki Elisabeth Schüssler Fiorenzy. Dokonała ona rekonstrukcji początków chrześcijaństwa, pokazując, że pierwotne chrześcijaństwo było wspólnotą równych uczennic i uczniów: od początku jednak zmagano się z kwestią równości. Sęk w tym, że wraz z upływem czasu chrześcijaństwo dopasowywało się do świata, chcąc być względem niego wiarygodnym. A jako że powstało i rozwijało się w kulturze patriarchalnej, przejmowało jej patriarchalizm. Innymi słowy: nie tyle samo jest źródłem patriarchatu, ale jego zasadnicza wina polega na zbyt małym krytycyzmie wobec otaczającego świata.
Upośledzony chłopiec
Ten brak krytycznego zmysły w podejściu do opresyjnej wobec kobiet kultury - przede wszystkim uczniów Chrystusa, a więc mężczyzn - sprawił, że chrześcijaństwo bezboleśnie godzi się na antykobiecą spuściznę Aten i Jerozolimy. Tym bardziej, że w pierwszych wiekach mamy do czynienia z bogatym życiem ascetycznym, co sprawia, że sprawy związane z płciowością schodzą na dalszy plan zainteresowań. Teologia pisana jest przez mnichów i mistyków, którzy o kwestiach związanych z małżeństwem przeważnie milczą. Jak notuje Evdokimov, „wspaniały heroizm ascetów wypowiada stanowczą wojnę we wnętrzu człowieka i egzorcyzuje siły demoniczne, lecz za cenę, która doprowadza do odczłowieczenia - i to kobieta jest tą, która płaci”. Do głosu dochodzą także skrajności: niektórzy doktorzy Kościoła głoszą, że przedłużenie rodzaju ludzkiego jest wręcz niepotrzebne i postrzegają związek małżeński jedynie jako środek zaradczy na niepowściągliwość seksualną. Zbyt gorącą miłość małżeńską pojmuje się jako cudzołożną. Najdalej poszli heretycy, średniowieczni katarzy, którzy uznali małżeństwo za obrzydliwość szatańską. Pomimo uznania ich poglądów za niezgodne z Objawieniem, teologia chrześcijańska zaczyna pojmować świętość niemal wyłącznie jako zachowanie celibatu, a małżeństwo traktuje jako ledwo tolerowany wybryk. Możemy sobie także wyobrazić, co czuły kobiety, kiedy słuchały niektórych twierdzeń głoszonych z pozycji niekwestionowanego autorytetu: „Kobieta jest bramą piekieł - grzmiał Tertulian - a Królestwo niebieskie jest ojczyzną rzezańców”; „Osoby żyjące w małżeństwie powinny rumienić się ze wstydu - przekonywał św. Ambroży - z powodu stanu, w jakim się znajdują”; „Każdą kobietę powinno napawać obrzydzeniem sama myśl, że jest kobietą” - notuje Klemens Aleksandryjski; „Współżycie płciowe - dodaje św. Tomasz z Akwinu - jest zawsze ze szkodą dla umysłu”. Czy może więc dziwić, że pojawiły się też utwory teologiczne pisane cepem, a wprost odsłaniające kościelny mizoginizm, jak niechlubny „Maleus maleficarum” („Młot na czarownice”), który ukazał się w 1487 roku, a jego autorami byli dwaj dominikanie - Jakub Sprenger i Henryk Instytor. Nie muszę dodawać, że za tą osobliwą instrukcją postępowania z „czarownicami”, poszły także czyny! Prócz tych „wyrafinowanych” poglądów na temat kobiet najwybitniejszych umysłów świata chrześcijańskiego, istniały jeszcze społeczne nawyki, które miały na wskroś wykluczający charakter kobiety li tylko za to, że są kobietami. Małe dziewczynki odkrywają swoje ciało jako upośledzonego chłopca, postrzegając siebie jako istoty kalekie. Kiedy zaczynają dojrzewać, towarzyszy im poczucie, że ich zmiany cielesne oznaczają degradację, pomniejszenie ich bytu, nawet nieczystość. Tradycja rabiniczna widzi w tym skutki obcowania Ewy z wężem. Krew miesiączkowa, która broczy pomimo swej normalnej funkcji organicznej, uważana jest za symbol śmierci - coś z istoty swej nieczystego. Nieczystym jest i ten, kto odważy się wtedy dotknąć źródła nieczystości - kobiety. Traktowano ją jako nieczystą również przez 40 dni po urodzeniu dziecka, w czasie których nie wolno jej było przyjmować komunii świętej. Sprawę domyka fakt, że wyobraźnia ludowa i uproszczone katechizmy przypisały, rzekomo na mocy Objawienia, rysy męskie Stwórcy człowieka - a więc mężczyzny i kobiety. W świadomości społecznej naturalny ojciec miał reprezentować wobec dziecka autorytet boski, a kobietę przyzwyczajano, by czciła z pełnym drżenia szacunkiem istotę męską.
Wyjątki potwierdzające regułę
Ktoś może powiedzieć, że przedstawiona tu krótka historia poniżenia kobiet jest wybiórcza. Zgoda, bo przecież nie tylko w Biblii, ale także w późniejszych wiekach odnotujemy obecność kobiet, które odgrywały niebagatelną rolę w kształtowaniu chrześcijaństwa i kultury. Choćby św. Paula, kobieta bardzo uczona, która pomagała św. Hieronimowi w tłumaczeniu Pisma Świętego. Angielskie i irlandzkie klasztory zakładają szkółki dla zdolnych niewiast, nastawione na studiowanie teologii, prawa kanonicznego i literatury łacińskiej. Wiek XII przynosi uroczą historię Novelle, córki słynnego znawcy ekonomii z Bolonii. Ona, gruntownie wykształcona, kiedy ojciec wyjeżdżał, zastępowała go w nauczaniu bolońskich studentów prawa. Była jednak tak piękna, że - ojciec bojąc się - iż może wprowadzać studentów w zakłopotanie, zmusił ją by nosiła „małą zasłonę na twarzy”. By postawić kropkę nad „i”, trzeba powiedzieć, że kobiety są wręcz doktorami, świętymi nauczycielami Kościoła: Katarzyna ze Sieny, Teresa z Avila i Teresa z Lisieux. Ale zostały nimi ogłoszone dopiero w ostatnich dziesięcioleciach ubiegłego wieku. Oczywiście można jeszcze długo mnożyć pozytywne przykłady. Cóż jednak z tego, skoro stanowiły one bardziej wyjątek niż regułę. A świadectwem tego fakt, że status społeczny i prawny kobiet, oparty na idei patriarchatu, pisze Evdokimov, utrzymuje się w Europie w niezmienionej formie aż do XIX wieku. I wygląda następująco: mąż rządzi, kobieta gospodarzy, dzieci zobowiązane są do całkowitego posłuszeństwa. Ten schemat obowiązywał przez wieki, a proces emancypacji napotykał na szereg trudności. To dlatego uprawnienia polityczne kobiety wywalczają sobie dopiero stopniowo - w krajach skandynawskich w 1906 r.; w Anglii w 1928 r.; w Ameryce w 1933 r.; we Francji w 1945 r.; w Belgii w 1948 r. Kościół zaś kwestią kobiecą - choć jest ona obecna w pismach Jana XXIII (encyklika „Pacem in terris”, 1963 r.) i w nauczaniu II Soboru Watykańskiego - jako osobnym problemem społecznym i teologicznym zajął się dopiero w latach 80. za pontyfikatu obecnego papieża. Jan Paweł II przemawiając do studentek w brazylijskim Belo Horizonte w 1980 r., użył zwrotu „nowy feminizm” - pierwszy raz w sensie pozytywnym.
Nie taki feminizm straszny
Po prostu Kościół katolicki nie mógł dłużej zbywać milczeniem takiego fenomenu społecznego, jakim okazał się ruch feministyczny, który w różnych postaciach był obecny w życiu społecznym już od lat 50., jak również zbywać ignorować prężnie rozwijającej się - szczególnie w Stanach Zjednoczonych - teologii feministycznej, która zrodziła się właśnie ze spotkania z ruchami emancypacyjnymi. Dlatego w minionym stuleciu przeszedł szybko i daleką drogę do uznania społecznej roli kobiet - od traktowania wszelkiej emancypacji za grzech przeciw wierności małżeńskiej (jak czynił to jeszcze Pius XI w encyklice „Casti connubii” z 1930 r!.) do pełnego uznania „wzrostu obecności kobiet w życiu społecznym, ekonomicznym i politycznym na szczeblu lokalnym, krajowym i międzynarodowym (…) jako proces dobroczynny” (Jan Paweł II, Orędzie na 28. Światowy Dzień Pokoju, 1995 r.).Postulując pełny udział kobiet w życiu publicznym, Kościół odnosi go także do siebie samego. „Kościół, dla dobra swojego i swojej misji, musi uznać wszystkie talenty kobiet i mężczyzn i zastosować je w praktyce” (Jan Paweł II, „Christifideles laici”). Jak zatem wygląda promocja kobiet w Kościele, skoro z jego nauczania znikają tezy dyskryminujące ? Na poziomie oficjalnej wykładni nie jest źle. Ruch feministyczny jest dla Jana Pawła II „znakiem czasu”, na który nie tylko Kościół może, ale powinien udzielić odpowiedzi. Dlatego Papież poświęca tematyce kobiecej oddzielny dokument - list apostolski „Mulieris dignitatem”, mówiący o godności i powołaniu kobiety, wydany w 1988 roku z okazji Roku Maryjnego. To tam możemy przeczytać ważne słowa, mówiące o „istotnym, ogromnym bogactwie kobiecości”, „geniuszu kobiety”, „osobowych zasobach kobiecości”, które „na pewno nie są mniejsze od zasobów męskości - są tylko inne”. Choć był to z pewnością krok milowy w podejściu Kościoła do kwestii kobiecej, to nadal rodził szereg krytycznych pytań, które tu jednak z braku miejsca pominę. W encyklice „Evangelium vitae” (1995) Jan Paweł II wprost nawołuje do budowania „nowego feminizmu”: „W dziele kształtowania nowej kultury sprzyjającej życiu kobiety mają do odegrania rolę wyjątkową, a może i decydującą, w sferze myśli i działania: mają stawać się promotorkami >nowego feminizmu<, który nie ulega pokusie naśladowania modeli >maskulinizmu<, ale umie rozpoznać i wyrazić autentyczny geniusz kobiecy we wszystkich przejawach życia społecznego, działając na rzecz przezwyciężania wszelkich form dyskryminacji, przemocy i wyzysku”. Żaden Papież przed Janem Pawłem II nie mówił z taką aprobatą o feminizmie i równouprawnieniu. Choć Papież zarazem ma świadomość, że droga wiodąca do wyzwolenia kobiety to „proces trudny i złożony, czasem nie wolny od błędów, ale zasadniczo pozytywny, choć do dziś nie zakończony” (Orędzie na 28. Światowy Dzień Pokoju, 1995). Ostatnim kluczowym dokumentem Papieża dotyczącym kobiet jest słynny „List do kobiet” (1995), gdzie wyraża on „podziw dla kobiet dobrej woli, które poświęciły się obronie kobiecej godności, walcząc o podstawowe prawa społeczne, ekonomiczne, i które podjęły tę odważną inicjatywę w okresie, gdy ich zaangażowanie było uważane za wykroczenie, oznakę braku kobiecości, a nawet grzech!”. Tego rodzaju reakcje na zaangażowanie kobiet na rzecz kobiet nie należą, niestety, tylko do historii… Dlatego fundamentalne w „Liście” jest to, że Papież nie boi się mówić o winach Kościoła wobec kobiet: „Z pewnością niełatwo ustalić odpowiedzialność za ten stan rzeczy, z uwagi na głęboki wpływ wzorców kulturowych, które w ciągu wieków kształtowały mentalność i instytucje. Ale jeśli, zwłaszcza w określonych kontekstach historycznych, obiektywną odpowiedzialność ponieśli również liczni synowie Kościoła, szczerze nad tym ubolewam. Niech to ubolewanie stanie się w całym Kościele bodźcem do odnowy wierności wobec ducha Ewangelii, która właśnie w odniesieniu do kwestii wyzwolenia kobiet spod wszelkich form ucisku i dominacji, głosi zawsze aktualne orędzie płynące z postawy samego Chrystusa”. Tak oczyszcza się kościelną świadomość z historycznych i kulturowych nawyków, które prowadziły do poniżania kobiety. Tylko mówiąc prawdę, do której nawołuje św. Jan Ewangelista („poznaj prawdę, a prawda Cię wyzwoli”, 8,32), Kościół staje się wolny i wiarygodny. Zarazem chce powiedzieć, że nic podobnego nie może mieć miejsca w przyszłości. Jeżeli Jan Paweł II poświęca kwestii kobiecej tyle miejsca i uwagi, to dlatego, że widzi w niej szansę na pełniejszy udział kobiet w życiu Kościoła i społeczeństwa. Czy głos Papieża został w Polsce usłyszany? Czy i jak jego nauczanie znalazło odbicie w codziennej praktyce duszpasterskiej?
Tylko w konfesjonale
Kościół w Polsce ma większy niż gdzie indziej wpływ na kształtowanie światopoglądu i obyczajów ludzkich, z czego powinien być dumny - ale też wynika stąd i większa niż gdzie indziej odpowiedzialność. I choć na płaszczyźnie doktrynalnej doszło do przełomu, co starałem się pokazać, to codzienna praktyka zdaje się tego jeszcze nie dostrzegać. Że słowa, jakie kieruje do swych wiernych Watykan, nie są automatycznie przenoszone w czyn, pokazują choćby rodzime kłopoty z respektowaniem wykładni II Soboru Watykańskiego. W Polsce, mimo że od zakończenia Soboru minęło prawie 40 lat, nadal rozprawiamy o teologicznych i duszpasterskich zapóźnieniach w realizacji soborowych wskazań. Czy podobny los czeka nauczanie Papieża na temat kobiet? Trudno być optymistą, jeśli słowa polskiego jezuity, ks. Jacka Prusaka są prawdziwe. Komentując recepcję decyzji Watykanu, który zezwolił na posługę ministrantek w czasie Eucharystii, pisze: „Milczenie kobiet na zgromadzeniach (por. 1 Kor 14, 34-35; 1 Tm 2, 12) staje się koronnym argumentem dla zachowania kapłańskiej tożsamości i sposobem rozwiązania problemu. Co bardziej radykalni mówią nawet, że ‘jedynym miejscem, w którym słuchają kobiet, jest konfesjonał’. I nie jest to dowcip! Klerykalna mentalność czyni z kapłańskiej władzy sprawowania sakramentów przywilej wyrokowania o wszystkim, co dzieje się w ‘jego’ kościele (a nawet i poza nim). Kobiety nie mają takiej władzy kwestionowania stanu rzeczy. Drogę do ołtarza zawsze przemierza się w męskim towarzystwie. My, mężczyźni, jesteśmy w naszym mniemaniu samowystarczalni - nawet jako ministranci” („TP” nr 43/2003). Na inny przykład, ilustrujący, jak trudno kapłanom przychodzi zmiana postrzegania roli kobiety w Kościele, wskazuje Elżbieta Adamiak: „Kościół po Soborze Watykańskim II nie dopuszcza podziału na powołania bardziej lub mniej wartościowe (zauważymy jednak, że kobiety świeckie mogą przyjmować sakrament małżeństwa, śluby zakonne nie mają tej rangi), ale w praktyce - daleko nam do tego. Siostry oddają życie Chrystusowi i Kościołowi, co może je czynić godniejszymi zaufania i skłaniać do powierzania im odpowiedzialnych funkcji. Z drugiej strony, wielu księży traktuje siostry jako ‘swoje’, co prowadzi do braku szacunku dla nich i niedostrzegania, ile pracy wykonują w Kościele” („TP”, nr 49/2002). Adamiak w tym samym tekście wykazuje też, jak nauczanie Kościoła odbija się na życiu rodzinnym: „nie lubimy krytykować stosunków rodzinnych, ponieważ uwarunkowania kulturowe i historyczne sprzyjają traktowaniu rodziny jako wspólnoty, dzięki której udało się zachować narodową tożsamość. Przyczyny oporów tkwią w obowiązujących do niedawna przekonaniach: o niepodważalnej władzy ojca w rodzinie, stąd trudno było wkraczać między strony sporu, oraz w idei, że za sferę życia prywatnego, rodzinnego odpowiedzialne są przede wszystkim kobiety, dlatego same poszkodowane czuły się winne przemocy wobec nich lub ich dzieci i nie szukały pomocy”. Dalej poznańska teolożka mówi o swoistej „duchowości cierpiętniczej” niektórych kobiet, gdyż znoszenie cierpienia i pokorne poddawanie się przemocy - jako często zalecane przez księży - może przynieść owoce w postaci odmiany życia rodzinnego. Jeżeli ktoś uważa, że to tylko my borykamy się z realizacją oficjalnego nauczania Kościoła na temat kobiet, proszę posłuchać, co powiedziała mi niemiecka biblistyka, prof. Hannelies Steichel, kreśląc szanse, jaki Kościołowi może dać większy udział kobiety w jego strukturach, a który dziś jest marginalizowany: „my, kobiety, o wiele mniejszą wagę przywiązujemy do struktur, kwestii formalnych i prawnych. Kobiety od razu widzą drugiego człowieka, a potem dopiero struktury (.) Kościół cierpi dziś z powodu nadmiernie rozbudowanych struktur, a nie dość uwagi poświęca człowiekowi i jego potrzebom” („TP” nr 25/2000).
Gdzie podziały się siostry
Czy istnieje zatem szansa, by zmienić sposób postrzegania kobiety w rodzimym Kościele, skoro natrafia on także opór w „liberalnym”, jak sądzi większość polskich katolików, Kościele zachodnim? Tak, jeśli rodzimi decydenci, czyli biskupi, wykażą dobrą wolę. Na poziomie społecznym należałoby zacząć mówić o „duchowości czynu”, sugeruje Adamiak, czyli popierać próby wyjścia z bolesnej sytuacji rodzinnej, jeśli trzeba - nawet za cenę separacji. Przyczyną milczenia na ten temat jest brak alternatywy: czy kobiety poddawane przemocy w rodzinie wiedzą, do kogo mogą się zgłosić? Ciągle mało jest organizacji, które pomagałyby im w rozpoczęciu życia od nowa. Ponadto polska teolożka sugeruje, by do listy ważnych tematów, rzadko pojawiających się w listach duszpasterskich, dołączyć na przykład problem feminizacji ubóstwa i dyskryminacji kobiet na rynku pracy. Że jest to możliwe, świadczy postawa abp Damiana Zimonia, który w liście „Kościół katolicki na Śląsku wobec bezrobocia” (19 marca 2001 r. ) sformułował postulat uznania domowej pracy kobiet „za pracę zawodową, z wszystkimi konsekwencjami takiego stanu rzeczy - wsparciem zasiłkowym, ulgami podatkowymi, prawem do ubezpieczenia i emerytury”. By jednak zmienić polską mentalność klerykalną, powinien zmienić się też proces edukacji i formacji kleryków tak, by uczestniczyły w nim kobiety - zakonne i świeckie. Także żeńskie wspólnoty zakonne powinny zacząć utrzymywać na tyle wysoki poziom wykształcenia swoich członkiń, by w pełni mógł się objawić ‘geniusz kobiecości’ o którym pisze papież. Do tego nie trzeba ani wielkich pieniędzy, ani zmian zakonnych reguł, ale zdrowego rozsądku. „Co i rusz można usłyszeć ‘po co całe to zamieszanie z teologią feministyczną, skoro kobietom i tak już udało się sporo wywalczyć’, ale w Polsce tego ‘zamieszania’ nie ma! Gorzej, jeśli okaże się, że z powodu niedoceniania poruszanych przez kościelne feministki problemów stracimy całe pokolenie kobiet” - przestrzega Adamiak. Jednak osoby domagające się większych praw dla kobiet w Kościele spotykają się z obojętnością, a czasami wrogością nie tylko ze strony mężczyzn, ale także kobiet zakładających, że jest dobrze tak, jak jest i nie ma potrzeby czegokolwiek zmieniać. To jednak fałszywa droga, przekonuje wybitny austriacki teolog pastoralny Paul Zulehner, mówiąc, że kłopot leży dziś w rzeczywistym włączeniu kobiet w procesy decyzyjne Kościoła w skali światowej i stworzenia niezbędnych do tego warunków. I podaje przykład: w diecezji wiedeńskiej instytucje odpowiedzialne za szkołę, edukację i finanse nie znajdują się w rekach prałatów, ale kobiet. Obecnie jest szereg możliwości, by kobiety mogły sprawować ważne funkcje w Kościele, ale się tego nie wykorzystuje - dodaje austriacki teolog. I wreszcie sprawa stricte teologiczna, dotycząca języka liturgicznego, na którą zwraca uwagę ks. Prusak: „Sprawując Eucharystię, która ma jednoczyć wszystkich ochrzczonych, a ich z resztą świata, zastanawiam się jak czują się kobiety, gdy wypowiadam słowa pięknej modlitwy eucharystycznej: ‘Uczyń nas otwartymi i pełnymi gotowości wobec braci, których spotykamy na naszej drodze, abyśmy mogli dzielić ich bóle i strapienia, radości i nadzieje oraz postępować razem na drodze zbawienia’ lub ‘Otwórz nasze oczy na potrzeby i cierpienia braci; oświeć nas światłem swego słowa, abyśmy pocieszali utrudzonych i uciśnionych. Spraw, abyśmy z miłością podejmowali posługę wobec ubogich i cierpiących’”. I chyba retoryczne pytanie jezuity: gdzie w tej modlitwie uwzględnia się kobiety? No właśnie: gdzie w przywołanych modlitwach podziały się „siostry”, które stanowią połowę wiernych wspólnoty katolickiej? Czy nie można dodać jednego słowa - „siostry” - by nikogo nie wykluczać ze wspólnej modlitwy? Czy to aż tak wiele?
Cząstkowa klerykalizacja kobiet
Może rację ma przywołany w tekście ks. Jacka Prusaka twórca współczesnej embriologii, Karl Ernst von Baer, który powiada, że nowe i wartościowe idee muszą być wpierw odrzucone jako błahe i pozbawione sensu; następnie określone jako wrogie religii, a ostatecznie uznane za wartościowe i prawdziwe, z zastrzeżeniem ze strony tych, którzy je początkowo odrzucali, że od początku zdawali sobie sprawę z ich ważności i użyteczności. Promocja kobiet w Kościele należy do takich idei zaliczyć. Czy zatem ostatecznym akordem prowadzącym do równouprawnienia kobiet i mężczyzn, byłoby zezwolenie Kościoła na ordynację kobiet? Sprawa, niestety, nie jest taka prosta. Ponad rok temu zapytałem Elisabeth Schüssler Fiorenzę, autorkę fundamentalnej pracy „In Memory of Her: A Feminist Theological Reconstructions of Christian Orgins” (1983) czy kobiety winny domagać się od Kościoła możliwości świeceń diakonatu i kapłaństwa? Oto jej odpowiedź: „Ten kij ma dwa końce. Kobiety muszą dwa razy pomyśleć, nim zdecydują się ślubować posłuszeństwo wobec autorytetów kościelnych, jako warunek dopuszczenia ich do posługi diakonatu - najniższego stopnia w hierarchii kościelnej. Dlatego należy pytać, czy ordynacja jest w ogóle dla nich dobra? Czy nie podwaja wykorzystywania i przemocy wobec tych kobiet, które zdecydują się na taki krok” („Krytyka Polityczna”, nr 3, s. 173). Istnieje więc realne niebezpieczeństwo, mimo że pozornie prawo kobiet decydowania o wyborze swej drogi zostanie poszerzone - hierarchicznej zależności. Dlatego, dodaje teolożka z Harvarda: „mój punkt widzenia jest inny. Jestem bardziej za radykalną demokratyzacją Kościoła, niż za cząstkową klerykalizacją kobiet”.
I trudno się z tym postulatem nie zgodzić. Choć droga do pełnej jego realizacji będzie zapewne długa i wyboista, jak los wszystkich nowych idei, które walczą w Kościele dopiero o prawo obywatelstwa. Ale Jan Paweł II mówi, że promocja kobiet, także w Kościele, to ten kierunek działań, w którym trzeba iść dalej (zob. „List do kobiet”). Tekst ukazał się w „Gazecie Wyborczej” z 15-16 stycznia 2004.
Na podobny temat
|
Chyba mnie nie zrozumiałeś, właśnie c...
Brakuje pieniędzy na edukację, brakuj...