Nowość w sklepie KP!
Najnowszy numer KP
Komentarze
CYTAT DNIA
Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Graff: Świat nadal bez kobiet |
|
|
Agnieszka Graff
|
|
11.03.2008 |
Ta książka miała się zdezaktualizować. Słowo daję, że tak miało być.
Polska miała się ucywilizować, unowocześnić, a następnie wymościć sobie
gniazdko w zjednoczonej, liberalnej i równościowej Europie. Pisząc
siedem lat temu ‘świat bez kobiet’, przeczuwałam co prawda, że tu czy
tam dojdzie do awantury, ale sądziłam, że w odległym roku 2008 od
reszty Unii Europejskiej odróżniać nas będzie nie nasze „szczególne”
podejście do równości płci, ale barszcz z uszkami i makowiec oraz
zdumiewająca umiejętność wymawiania słów ‘Grzegorz
Brzęczyszczykiewicz’. Seksizm po polsku wydawał mi się zjawiskiem
groteskowym, anachronicznym, niemal już świadomym własnej śmieszności.
Bo czy można traktować serio cmok-nonsens oraz wiarę w „płeć mózgu”
jako przejawy polskiej specyfiki kulturowej? Czy można uważać niemal
całkowity zakaz przerywania ciąży za światły kompromis, a nawet
zmierzać do zaostrzenia ustawy? Teraz już wiemy, że można.
Zabawne, że w „świecie bez kobiet” nazwa pewnej rozgłośni radiowej na
„M” pada tylko raz, mimochodem, a nazwa organizacji młodzieżowej na „W”
nie pada wcale (teraz też ich nie wymieniam, niech się promują sami).
Owszem, zjawiska te istniały, ale… pomysł, że miałyby mieć realny
wpływ na polską demokrację, na główny nurt polityki, nie mieścił się w
mojej wizji świata. Pisałam z poczuciem, że trzeba się spieszyć, bo to
niezwykła okazja, by uchwycić ostatnie chwile zanikającej kultury.
Traktowałam to trochę jak spacer po skansenie. Niesłusznie. Nie bacząc
na mój optymizm, historia potoczyła się - jak by to ująć? - na prawo. Z
roku na rok rozkręcała się ofensywa katolickich integrystów, walka o
polskość w wersji zamkniętej, ciasnej, głęboko nieufnej wobec świata.
Słowo „liberalizm” w ustach tych ludzi brzmiało jak obelga. Jeszcze
przez jakiś czas - za długo, za długo - udawałam, że w moim świecie ich
nie ma, bo być nie powinno. Wydawali mi się dziwaczni i anachroniczni.
‘To ich ostatnie podrygi’- mruczałam pod nosem i dalej wieszczyłam
rychły zgon patriarchatu. Tymczasem oni spokojnie malowali
transparenty: ‘UE = Aborcja’, ‘UE = Sodoma’, zakładali stacje
telewizyjne, uczelnie. Po kilku latach jeden z nich został ministrem
oświaty.
Michałki
Sporo działo się też po naszej stronie. Obok feminizmu akademickiego i
pracy organizacji pozarządowych pojawił się nowy typ działania -
uliczny, barwny, teatralny. Ja wiem, że przed nami polskie feministki
też wychodziły na ulice - na przełomie lat 80. i 90. manifestowano
tłumnie przeciw restrykcyjnej ustawie aborcyjnej. Jednak w okresie, gdy
pisałam „Świat bez kobiet”, feministki spotykały się głównie na
konferencjach naukowych. Pierwsza manifa zwołana na 8 marca 2000 roku
stanowiła w tym kontekście pewien istotny przełom. Była reakcją m.in.
na doniesienia o najściu na gabinet ginekologiczny w Lublińcu.
Anonimowy donos o rzekomej aborcji sprawił, że policja wtargnęła do
gabinetu lekarskiego i przewiozła oszołomioną kobietę na przymusowe
badania ginekologiczne, nie informując jej nawet o przysługujących jej
prawach. Hasło manify brzmiało:‘„Demokracja bez kobiet to pół
demokracji’. Na pomniku Kopernika ku uciesze fanów „Seksmisji” zawisł
transparent: ‘Kopernik była mężczyzną’. Matka Polka (w tej roli
niezapomniana Katarzyna Miller) w niebieskim fartuchu udzieliła pod
kolumną Zygmunta wywiadu, wyjaśniając, że istotnie ma dość:
dyskryminacji na rynku pracy, nawału obowiązków domowych i pustej
gadaniny o „szczególnej roli kobiety”.
Epokę wczesnomanifową wspominam ze wzruszeniem jako wielką polityczną i
osobistą przygodę. Coś się we mnie wtedy przełamało, otworzyło. Ileż to
razy słyszałam: po co wam te peruki, te wygłupy, ten cały teatr, czy
nie można na serio, spokojnie wytłumaczyć, o co chodzi? Po co ta
zadyma? Ja jednak podobnie jak Kinga Dunin „zadymę” sobie cenię.
‘Zadyma zawsze jest dla biorących w niej udział ryzykowna. Grozi
śmiesznością, marginalizacją, uznaniem za wariata. (…) Jest to jednak
nie tylko szkoła walki, ale i myślenia. Czucia. I jedyna okazja, żeby
choć na chwilę znaleźć się poza systemem i zobaczyć go z zewnątrz’.
Tymczasem rosło medialne zapotrzebowanie na feministki - ze szczególnym
uwzględnieniem tych „walczących” i „radykalnych”. Ku własnemu zdumieniu
stałam się osobą publiczną. Rola feministki medialnej miała pewną
istotną wadę - raz po raz padałam łupem mechanizmów, które sama
opisałam.
Po pierwsze, michałki. Bardziej od feminizmu dziennikarzy interesuje
życie osobiste feministek. Czy sprząta? Czy gotuje? Ma faceta? Maluje
się? Goli? Kocha, lubi, dominuje? Głupio się przyznać, ale miałam kilka
wpadek; przez nieuwagę stawałam się współtwórczynią michałków. Po
drugie, fałszywa polaryzacja. Feministka w polskich mediach występuje
zwykle w pakiecie. Pół biedy, gdy przeciwstawia się jej „zwyczajną
kobietę”, która „nie czuje się dyskryminowana”. Dużo gorzej jest się
znaleźć w zestawie (czyli na przykład w telewizyjnym studiu) z
płowowłosym młodzieńcem, który nadużywa słów: Bóg, honor i ojczyzna.
Media kochają kontrasty, uwielbiają konflikty i dbają o symetrię. Osoba
X rzuciła kamieniem w osobę Y? Wyśmienicie! Obie zapraszamy do studia,
niech sobie podebatują, dojdzie do owocnej wymiany zdań, bo przecież
‘warto rozmawiać’.
Pieronki
Zimą 2002 roku zrobiło się nieprzyjemnie. Kiedy Izabela Jaruga-Nowacka,
pełnomocniczka ówczesnego rządu do spraw równego statusu kobiet i
mężczyzn, publicznie opowiedziała się za wprowadzeniem do szkół
rzetelnej edukacji seksualnej i za złagodzeniem ustawy antyaborcyjnej,
biskup Tadeusz Pieronek nazwał ją „feministycznym betonem, który nie
zmieni się nawet pod wpływem kwasu solnego”. Odpowiedzią był „List stu
kobiet” do Parlamentu Europejskiego. Słysząc po raz kolejny słowa
listu: ‘Integracja europejska to również integracja w dziedzinie
równego statusu kobiet i mężczyzn, przywrócenia kobietom prawa do
samostanowienia o swoim życiu’, uświadomiłam sobie, że wcale
niekoniecznie tak jest. Że akurat w polskim przypadku integracja może
spokojnie nastąpić z pominięciem tej właśnie sfery życia. Na manifie
pojawił się chłopak przebrany za biskupa z mopem i wiaderkiem (na
wiaderku napis: „kwas solny”). Do dziś mam też w szafie koszulkę z
pamiętną wypowiedzią Heleny Łuczywo: „Więcej feminizmu, mniej kwasu
solnego”.
Feminizm, owszem, rozwinął się. Ale kwasu z roku na rok sączyło się
coraz więcej. Dziś, po doświadczeniach lat 2005-07, czyli po triumfach
populistycznej, narodowej prawicy, widać jasno, że debata o prawach
kobiet to w gruncie rzeczy dyskusja o „polskości” i „narodzie”. O tym,
jaka rola w definiowaniu tych pojęć przypada Kościołowi katolickiemu.
Nie chodzi tylko o to, że większość Polaków to katolicy, a ruch kobiecy
buntuje się przeciw tradycyjnej, katolickiej kulturze. Chodzi o to, że
jest to bunt przeciw pewnej definicji narodu - tej, w której „honor”
upokarzanej przez wieki wspólnoty jest silnie spleciony z
konserwatywnym wyobrażeniem męskości i kobiecości. Strażnikami tegoż
honoru stali się przedstawiciele skrajnej prawicy i ultrakonserwatywni
biskupi.
Gdyby Pieronek wystąpił po prostu jako wysokiej rangi kapłan, byłby to
zwykły nietakt. Kłopot polega na tym, że biskup, który wypowiada się w
kwestiach praw kobiet, przemawia jako ucieleśnienie polskości i
patriotyzmu. Dlatego może mówić rzeczy skandaliczne, posługiwać się
mową nienawiści i nadal uchodzić za człowieka światłego i łagodnego
oraz wybitnego intelektualistę. Zabawne, że gdy piszę te słowa, w
połowie lutego 2008 roku, prasa znowu cytuje słowa Pieronka:
‘Wypowiadając się o zamierzonej inicjatywie legislacyjnej LiD,
dotyczącej promowania w szkole wiedzy o życiu seksualnym oraz
refundacji środków antykoncepcyjnych przez państwo, stwierdził: » Psy i
szczury opuszczają swoje kryjówki i idą na polowanie «’. Nie dziwi mnie
ta wypowiedź. Już nie. Mamy wszak za sobą rządy PiS-Samoobrona-LPR i
próbę ubezwłasnowolnienia kobiet za pomocą zapisu o „życiu poczętym” w
konstytucji - oczywiście w imię patriotyzmu i suwerenności Polski w
Unii.
Lubiewki
W nieuchronny, a przy tym często jałowy spór z katonacjonalizmem
uwikłany jest nie tylko feminizm, ale też ruch na rzecz praw gejów i
lesbijek. Dotyczyło to też ekologicznego zrywu w obronie Doliny
Rospudy: prawicowe media uznały ekologów po prostu za „obcych”, a
przeciwnicy na ich widok machali flagami narodowymi i krzyżami. Debaty
o książkach „Sąsiedzi” i „Strach” Jana Tomasza Grossa pokazały
dobitnie, jak istotne miejsce w tych podziałach zajmuje stosunek do
antysemityzmu, do Zagłady. I do wielkiej kulturowej opowieści, w której
Polska jest zawsze niewinna, a Polacy występują wyłącznie w roli ofiar,
nigdy sprawców. Praw kobiet nie da się oddzielić od tych sporów, od
dominującej w sferze publicznej wizji polskiej tożsamości narodowej. Ta
zaś, zamiast otworzyć się na Europę, coraz bardziej się wobec niej
okopuje. W „Świecie bez kobiet” nieobecna jest tematyka praw
mniejszości seksualnych. Owszem, czułam, e problem jest istotny,
przeczuwałam, że wkrótce stanie się mocno polityczny.
Wtedy jednak nie było go jeszcze w obiegu, a ja nie potrafiłam znaleźć
dlań stosownego języka. Rozwiązaniem była ucieczka od polityczności i
lektura „Orlanda” Virginii Woolf - podejście liryczne i osobiste do
seksualnej odmienności. Ten tekst zestarzał się inaczej niż pozostałe.
Czytam go dziś z pewną czułością i zdziwieniem - wydaje mi się niemal
prehistoryczny, bo zakłada niewidzialność gejów i lesbijek. Pamiętacie
lato 2003 roku i akcję Kampanii przeciw Homofobii ‘Niech nas zobaczą’?
A potem przełomowy rok 2004 i brutalne ataki faszyzującej młodzieży na
marsze tolerancji - wiosną w Krakowie i jesienią w Poznaniu? W marcu
2005 roku warszawska manifa po raz pierwszy uczyniła z praw lesbijek
jedno z głównych haseł; a dzięki zakazowi ówczesnego prezydenta
Warszawy Lecha Kaczyńskiego Parada Równości przyciągnęła w czerwcu
tłumy. Koniec ery obciachu. Koniec niewidzialności. Na paradach chętnie
fotografują się znani politycy, dziennikarze, aktorzy. Posypało się w
literaturze, teatrze, świecie nauki: niezrównane ‘Lubiewo’ Michała
Witkowskiego i kilka innych powieści gejowskich, głośna inscenizacja
„Aniołów w Ameryce” w reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego w TR, Anna
Laszuk oddała głos polskim lesbijkom w zbiorze ‘Dziewczyny, wyjdźcie z
szafy!’.
We mnie zaś została pewna tęsknota za płciową odmiennością,
ambiwalencją i przekraczaniem granic (nie żebym sama miała je zaraz
przekraczać, ale z przyjemnością patrzę, jak robią to inni). Jakiś rok
temu zostałam fanką Rafalali - malowniczej ‘kobiety z penisem’,
performerki, co do której nie ma jasności, czy jest trans-seks czy
trans-gender. Rafalala zrobiła przewrotny film dokumentalny pt. ‘I Bóg
stworzył transwestytę’ - nie tyle o własnej odmienności, ile o
kobiecości jako rzeczy nabytej. W jednej z najzabawniejszych sekwencji
filmu autorka pyta przechodniów, co sądzą o kobiecie z penisem. Otóż
sądzą rozmaicie, a w reakcjach większości z nich jest więcej
zaciekawienia niż wrogości. Kwas solny? Niekoniecznie.
Handlowanie kozą
W grudniu 2006 roku zabierałam się do pisania optymistycznego tekstu o
sukcesach ruchu kobiecego - o tym, jak polskie media przyswoiły sobie
kategorie takie jak „dyskryminacja”, „molestowanie” oraz ‘szklany
sufit’, jak opowiadają się po stronie kobiet, kiedy chodzi o nierówność
na rynku pracy. I wtedy właśnie wybiło szambo - „Gazeta Wyborcza”
ujawniła tzw. aferę rozporkową w Samoobronie. Okazało się, że wiele
kobiet funkcjonowało w tej partii wedle prostej zasady: praca za seks.
Owszem, nasze genderowo wyedukowane media bąkały raz po raz o
„molestowaniu”, ale większość z nich bardziej od upodlenia kobiet i
relacji między władzą a seksem interesowały wyniki kolejnych testów DNA
mających ustalić tożsamość ojca dziecka Anety Krawczyk. Bohaterka tych
zdarzeń, ofiara megamolestowania, stała się ofiarą po raz kolejny - tym
razem szyderstwa. To już nie był przaśny cmok-nonsens, który analizuję
w „Świecie bez kobiet”. To była czysta mizoginia.
Pogarda i nienawiść wobec kobiety, która złamała plugawą zmowę
milczenia. Jak pisała Kazimiera Szczuka: „Najbardziej zadziwiające były
reakcje oskarżanych działaczy, a także ich żon lojalnie broniących
swoich po męsku jurnych chłopów. Ci przybierali pozy mężów stanu, ludzi
honoru, odpowiedzialnych za kraj, elektorat i własne rodziny. Z
oburzeniem lub szyderstwem apelowali do opinii publicznej, aby nie
ulegała nagonce sterowanej przez politycznych wrogów, a rozpętanej
przez żałosne zera: rozwódki, samotne matki, biurowe popychadła,
zazdrosne brzydule, prostytutki, » kobiety zboczone «”. Spontaniczne
reakcje ulicy były w gruncie rzeczy podobne. ‘Było się nie puszczać. A
jak się puszczało, było cicho siedzieć. Taki wstyd, dobrze jej tak,
k… jedna’ - usłyszałam od pani w kiosku.
Jesienią 2007 roku po epoce konserwatywnych populistów nastała, jak
wiadomo, era konserwatywnych liberałów. Nie przemawiają już do mnie z
ekranu panowie, którzy nie rozumieją, jak można zgwałcić prostytutkę;
nie słyszy się, by minister edukacji zamierzał wyrzucać ze szkół
nauczycieli gejów. Obecny premier w odróżnieniu od poprzednika nie
reaguje na protesty pielęgniarek mroczną wizją aktywności ‘innych
szatanów’. Ulga jest zatem znaczna. Jak jednak sugeruje na
feministycznym blogu „Bez jaj” Magdalena Środa, przypomina ona ulgę
pewnego Żyda, który w znanym dowcipie kupił, a następnie sprzedał kozę,
dzięki czemu poczuł się dużo lepiej. Z nami jest podobnie - ‘pisowska
koza co prawda na podwórku, ale za to dom wypełnił się biskupami’.
W swoim trzygodzinnym exposé premier Tusk poświęcił problemowi
dyskryminacji kobiet dokładnie zero minut i zero sekund. Organizacje
kobiece, które jeszcze w listopadzie 2007 roku wystosowały do premiera
list z prośbą o spotkanie i dyskusję na temat równościowej polityki
przyszłego rządu i apelem o powołanie organu, który z ramienia rządu
odpowiadałby za tę politykę (grzecznie przypominając, że wynika to ze
zobowiązań Polski w UE), otrzymały od nowej władzy zero odpowiedzi.
Władza nie ma czasu dla organizacji kobiecych, ale chętnie się wdaje w
dialogi na temat praw kobiet z biskupami.
Ostatnio wyglądało to tak: Platforma ogłosiła, że państwo będzie
refundować niepłodnym parom zabiegi in vitro. Biskupi na to, że te
zabiegi to grzech i niegodziwość. Platforma: w takim razie państwo nie
będzie ich refundować, bo nie ma pieniędzy. O, jakże praktyczna i
rozsądna jest Platforma, ignorując głos kobiet, czujnie zaś wsłuchując
się w głos biskupów. Jest wszakże partią konserwatywnych liberałów, a
konserwatywny liberalizm polega na tym, by wsłuchiwać się w głos
biskupów, o ile nie zaszkodzi to rynkom finansowym. Tym razem nie
zaszkodzi, więc konserwatywno-konserwatywny dialog kwitnie, a element
liberalny przysypia. Gdy kończę pisać ten wstęp, obraduje właśnie
specjalna komisja rządu i Episkopatu, która ma uzgodnić kształt
polityki prorodzinnej oraz zdecydować, co dalej z zapłodnieniem in
vitro. Media donoszą, że arcybiskup Sławoj Leszek Głódź uznał te obrady
za ‘merytoryczne’ i ‘konkretne’.
Artykuł ukazał się w „Wysokich Obcasach” z 8 marca 2008 r.
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 11.03.2008 )
|
|
Najnowsze teksty i opinie
|
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...