Nowość w sklepie KP!

miosz_okladka_300px.jpg

Katalog Książek KP

Najnowszy numer KP

kp29www150px.jpg

Komentarze

polska_OST_NEW01m.jpg

CYTAT DNIA

Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Graff: Świat nadal bez kobiet Drukuj
Agnieszka Graff   
11.03.2008
Ta książka miała się zdezaktualizować. Słowo daję, że tak miało być. Polska miała się ucywilizować, unowocześnić, a następnie wymościć sobie gniazdko w zjednoczonej, liberalnej i równościowej Europie. Pisząc siedem lat temu ‘świat bez kobiet’, przeczuwałam co prawda, że tu czy tam dojdzie do awantury, ale sądziłam, że w odległym roku 2008 od reszty Unii Europejskiej odróżniać nas będzie nie nasze „szczególne” podejście do równości płci, ale barszcz z uszkami i makowiec oraz zdumiewająca umiejętność wymawiania słów ‘Grzegorz Brzęczyszczykiewicz’. Seksizm po polsku wydawał mi się zjawiskiem groteskowym, anachronicznym, niemal już świadomym własnej śmieszności. Bo czy można traktować serio cmok-nonsens oraz wiarę w „płeć mózgu” jako przejawy polskiej specyfiki kulturowej? Czy można uważać niemal całkowity zakaz przerywania ciąży za światły kompromis, a nawet zmierzać do zaostrzenia ustawy? Teraz już wiemy, że można.

Zabawne, że w „świecie bez kobiet” nazwa pewnej rozgłośni radiowej na „M” pada tylko raz, mimochodem, a nazwa organizacji młodzieżowej na „W” nie pada wcale (teraz też ich nie wymieniam, niech się promują sami). Owszem, zjawiska te istniały, ale… pomysł, że miałyby mieć realny wpływ na polską demokrację, na główny nurt polityki, nie mieścił się w mojej wizji świata. Pisałam z poczuciem, że trzeba się spieszyć, bo to niezwykła okazja, by uchwycić ostatnie chwile zanikającej kultury. Traktowałam to trochę jak spacer po skansenie. Niesłusznie. Nie bacząc na mój optymizm, historia potoczyła się - jak by to ująć? - na prawo. Z roku na rok rozkręcała się ofensywa katolickich integrystów, walka o polskość w wersji zamkniętej, ciasnej, głęboko nieufnej wobec świata. Słowo „liberalizm” w ustach tych ludzi brzmiało jak obelga. Jeszcze przez jakiś czas - za długo, za długo - udawałam, że w moim świecie ich nie ma, bo być nie powinno. Wydawali mi się dziwaczni i anachroniczni. ‘To ich ostatnie podrygi’- mruczałam pod nosem i dalej wieszczyłam rychły zgon patriarchatu. Tymczasem oni spokojnie malowali transparenty: ‘UE = Aborcja’, ‘UE = Sodoma’, zakładali stacje telewizyjne, uczelnie. Po kilku latach jeden z nich został ministrem oświaty.

Michałki

Sporo działo się też po naszej stronie. Obok feminizmu akademickiego i pracy organizacji pozarządowych pojawił się nowy typ działania - uliczny, barwny, teatralny. Ja wiem, że przed nami polskie feministki też wychodziły na ulice - na przełomie lat 80. i 90. manifestowano tłumnie przeciw restrykcyjnej ustawie aborcyjnej. Jednak w okresie, gdy pisałam „Świat bez kobiet”, feministki spotykały się głównie na konferencjach naukowych. Pierwsza manifa zwołana na 8 marca 2000 roku stanowiła w tym kontekście pewien istotny przełom. Była reakcją m.in. na doniesienia o najściu na gabinet ginekologiczny w Lublińcu. Anonimowy donos o rzekomej aborcji sprawił, że policja wtargnęła do gabinetu lekarskiego i przewiozła oszołomioną kobietę na przymusowe badania ginekologiczne, nie informując jej nawet o przysługujących jej prawach. Hasło manify brzmiało:‘„Demokracja bez kobiet to pół demokracji’. Na pomniku Kopernika ku uciesze fanów „Seksmisji” zawisł transparent: ‘Kopernik była mężczyzną’. Matka Polka (w tej roli niezapomniana Katarzyna Miller) w niebieskim fartuchu udzieliła pod kolumną Zygmunta wywiadu, wyjaśniając, że istotnie ma dość: dyskryminacji na rynku pracy, nawału obowiązków domowych i pustej gadaniny o „szczególnej roli kobiety”.

Epokę wczesnomanifową wspominam ze wzruszeniem jako wielką polityczną i osobistą przygodę. Coś się we mnie wtedy przełamało, otworzyło. Ileż to razy słyszałam: po co wam te peruki, te wygłupy, ten cały teatr, czy nie można na serio, spokojnie wytłumaczyć, o co chodzi? Po co ta zadyma? Ja jednak podobnie jak Kinga Dunin „zadymę” sobie cenię. ‘Zadyma zawsze jest dla biorących w niej udział ryzykowna. Grozi śmiesznością, marginalizacją, uznaniem za wariata. (…) Jest to jednak nie tylko szkoła walki, ale i myślenia. Czucia. I jedyna okazja, żeby choć na chwilę znaleźć się poza systemem i zobaczyć go z zewnątrz’. Tymczasem rosło medialne zapotrzebowanie na feministki - ze szczególnym uwzględnieniem tych „walczących” i „radykalnych”. Ku własnemu zdumieniu stałam się osobą publiczną. Rola feministki medialnej miała pewną istotną wadę - raz po raz padałam łupem mechanizmów, które sama opisałam.

Po pierwsze, michałki. Bardziej od feminizmu dziennikarzy interesuje życie osobiste feministek. Czy sprząta? Czy gotuje? Ma faceta? Maluje się? Goli? Kocha, lubi, dominuje? Głupio się przyznać, ale miałam kilka wpadek; przez nieuwagę stawałam się współtwórczynią michałków. Po drugie, fałszywa polaryzacja. Feministka w polskich mediach występuje zwykle w pakiecie. Pół biedy, gdy przeciwstawia się jej „zwyczajną kobietę”, która „nie czuje się dyskryminowana”. Dużo gorzej jest się znaleźć w zestawie (czyli na przykład w telewizyjnym studiu) z płowowłosym młodzieńcem, który nadużywa słów: Bóg, honor i ojczyzna. Media kochają kontrasty, uwielbiają konflikty i dbają o symetrię. Osoba X rzuciła kamieniem w osobę Y? Wyśmienicie! Obie zapraszamy do studia, niech sobie podebatują, dojdzie do owocnej wymiany zdań, bo przecież ‘warto rozmawiać’.

Pieronki

Zimą 2002 roku zrobiło się nieprzyjemnie. Kiedy Izabela Jaruga-Nowacka, pełnomocniczka ówczesnego rządu do spraw równego statusu kobiet i mężczyzn, publicznie opowiedziała się za wprowadzeniem do szkół rzetelnej edukacji seksualnej i za złagodzeniem ustawy antyaborcyjnej, biskup Tadeusz Pieronek nazwał ją „feministycznym betonem, który nie zmieni się nawet pod wpływem kwasu solnego”. Odpowiedzią był „List stu kobiet” do Parlamentu Europejskiego. Słysząc po raz kolejny słowa listu: ‘Integracja europejska to również integracja w dziedzinie równego statusu kobiet i mężczyzn, przywrócenia kobietom prawa do samostanowienia o swoim życiu’, uświadomiłam sobie, że wcale niekoniecznie tak jest. Że akurat w polskim przypadku integracja może spokojnie nastąpić z pominięciem tej właśnie sfery życia. Na manifie pojawił się chłopak przebrany za biskupa z mopem i wiaderkiem (na wiaderku napis: „kwas solny”). Do dziś mam też w szafie koszulkę z pamiętną wypowiedzią Heleny Łuczywo: „Więcej feminizmu, mniej kwasu solnego”.

Feminizm, owszem, rozwinął się. Ale kwasu z roku na rok sączyło się coraz więcej. Dziś, po doświadczeniach lat 2005-07, czyli po triumfach populistycznej, narodowej prawicy, widać jasno, że debata o prawach kobiet to w gruncie rzeczy dyskusja o „polskości” i „narodzie”. O tym, jaka rola w definiowaniu tych pojęć przypada Kościołowi katolickiemu. Nie chodzi tylko o to, że większość Polaków to katolicy, a ruch kobiecy buntuje się przeciw tradycyjnej, katolickiej kulturze. Chodzi o to, że jest to bunt przeciw pewnej definicji narodu - tej, w której „honor” upokarzanej przez wieki wspólnoty jest silnie spleciony z konserwatywnym wyobrażeniem męskości i kobiecości. Strażnikami tegoż honoru stali się przedstawiciele skrajnej prawicy i ultrakonserwatywni biskupi.

Gdyby Pieronek wystąpił po prostu jako wysokiej rangi kapłan, byłby to zwykły nietakt. Kłopot polega na tym, że biskup, który wypowiada się w kwestiach praw kobiet, przemawia jako ucieleśnienie polskości i patriotyzmu. Dlatego może mówić rzeczy skandaliczne, posługiwać się mową nienawiści i nadal uchodzić za człowieka światłego i łagodnego oraz wybitnego intelektualistę. Zabawne, że gdy piszę te słowa, w połowie lutego 2008 roku, prasa znowu cytuje słowa Pieronka: ‘Wypowiadając się o zamierzonej inicjatywie legislacyjnej LiD, dotyczącej promowania w szkole wiedzy o życiu seksualnym oraz refundacji środków antykoncepcyjnych przez państwo, stwierdził: » Psy i szczury opuszczają swoje kryjówki i idą na polowanie «’. Nie dziwi mnie ta wypowiedź. Już nie. Mamy wszak za sobą rządy PiS-Samoobrona-LPR i próbę ubezwłasnowolnienia kobiet za pomocą zapisu o „życiu poczętym” w konstytucji - oczywiście w imię patriotyzmu i suwerenności Polski w Unii.

Lubiewki

W nieuchronny, a przy tym często jałowy spór z katonacjonalizmem uwikłany jest nie tylko feminizm, ale też ruch na rzecz praw gejów i lesbijek. Dotyczyło to też ekologicznego zrywu w obronie Doliny Rospudy: prawicowe media uznały ekologów po prostu za „obcych”, a przeciwnicy na ich widok machali flagami narodowymi i krzyżami. Debaty o książkach „Sąsiedzi” i „Strach” Jana Tomasza Grossa pokazały dobitnie, jak istotne miejsce w tych podziałach zajmuje stosunek do antysemityzmu, do Zagłady. I do wielkiej kulturowej opowieści, w której Polska jest zawsze niewinna, a Polacy występują wyłącznie w roli ofiar, nigdy sprawców. Praw kobiet nie da się oddzielić od tych sporów, od dominującej w sferze publicznej wizji polskiej tożsamości narodowej. Ta zaś, zamiast otworzyć się na Europę, coraz bardziej się wobec niej okopuje. W „Świecie bez kobiet” nieobecna jest tematyka praw mniejszości seksualnych. Owszem, czułam, e problem jest istotny, przeczuwałam, że wkrótce stanie się mocno polityczny.

Wtedy jednak nie było go jeszcze w obiegu, a ja nie potrafiłam znaleźć dlań stosownego języka. Rozwiązaniem była ucieczka od polityczności i lektura „Orlanda” Virginii Woolf - podejście liryczne i osobiste do seksualnej odmienności. Ten tekst zestarzał się inaczej niż pozostałe. Czytam go dziś z pewną czułością i zdziwieniem - wydaje mi się niemal prehistoryczny, bo zakłada niewidzialność gejów i lesbijek. Pamiętacie lato 2003 roku i akcję Kampanii przeciw Homofobii ‘Niech nas zobaczą’? A potem przełomowy rok 2004 i brutalne ataki faszyzującej młodzieży na marsze tolerancji - wiosną w Krakowie i jesienią w Poznaniu? W marcu 2005 roku warszawska manifa po raz pierwszy uczyniła z praw lesbijek jedno z głównych haseł; a dzięki zakazowi ówczesnego prezydenta Warszawy Lecha Kaczyńskiego Parada Równości przyciągnęła w czerwcu tłumy. Koniec ery obciachu. Koniec niewidzialności. Na paradach chętnie fotografują się znani politycy, dziennikarze, aktorzy. Posypało się w literaturze, teatrze, świecie nauki: niezrównane ‘Lubiewo’ Michała Witkowskiego i kilka innych powieści gejowskich, głośna inscenizacja „Aniołów w Ameryce” w reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego w TR, Anna Laszuk oddała głos polskim lesbijkom w zbiorze ‘Dziewczyny, wyjdźcie z szafy!’.

We mnie zaś została pewna tęsknota za płciową odmiennością, ambiwalencją i przekraczaniem granic (nie żebym sama miała je zaraz przekraczać, ale z przyjemnością patrzę, jak robią to inni). Jakiś rok temu zostałam fanką Rafalali - malowniczej ‘kobiety z penisem’, performerki, co do której nie ma jasności, czy jest trans-seks czy trans-gender. Rafalala zrobiła przewrotny film dokumentalny pt. ‘I Bóg stworzył transwestytę’ - nie tyle o własnej odmienności, ile o kobiecości jako rzeczy nabytej. W jednej z najzabawniejszych sekwencji filmu autorka pyta przechodniów, co sądzą o kobiecie z penisem. Otóż sądzą rozmaicie, a w reakcjach większości z nich jest więcej zaciekawienia niż wrogości. Kwas solny? Niekoniecznie.

Handlowanie kozą

W grudniu 2006 roku zabierałam się do pisania optymistycznego tekstu o sukcesach ruchu kobiecego - o tym, jak polskie media przyswoiły sobie kategorie takie jak „dyskryminacja”, „molestowanie” oraz ‘szklany sufit’, jak opowiadają się po stronie kobiet, kiedy chodzi o nierówność na rynku pracy. I wtedy właśnie wybiło szambo - „Gazeta Wyborcza” ujawniła tzw. aferę rozporkową w Samoobronie. Okazało się, że wiele kobiet funkcjonowało w tej partii wedle prostej zasady: praca za seks. Owszem, nasze genderowo wyedukowane media bąkały raz po raz o „molestowaniu”, ale większość z nich bardziej od upodlenia kobiet i relacji między władzą a seksem interesowały wyniki kolejnych testów DNA mających ustalić tożsamość ojca dziecka Anety Krawczyk. Bohaterka tych zdarzeń, ofiara megamolestowania, stała się ofiarą po raz kolejny - tym razem szyderstwa. To już nie był przaśny cmok-nonsens, który analizuję w „Świecie bez kobiet”. To była czysta mizoginia.

Pogarda i nienawiść wobec kobiety, która złamała plugawą zmowę milczenia. Jak pisała Kazimiera Szczuka: „Najbardziej zadziwiające były reakcje oskarżanych działaczy, a także ich żon lojalnie broniących swoich po męsku jurnych chłopów. Ci przybierali pozy mężów stanu, ludzi honoru, odpowiedzialnych za kraj, elektorat i własne rodziny. Z oburzeniem lub szyderstwem apelowali do opinii publicznej, aby nie ulegała nagonce sterowanej przez politycznych wrogów, a rozpętanej przez żałosne zera: rozwódki, samotne matki, biurowe popychadła, zazdrosne brzydule, prostytutki, » kobiety zboczone «”. Spontaniczne reakcje ulicy były w gruncie rzeczy podobne. ‘Było się nie puszczać. A jak się puszczało, było cicho siedzieć. Taki wstyd, dobrze jej tak, k… jedna’ - usłyszałam od pani w kiosku.

Jesienią 2007 roku po epoce konserwatywnych populistów nastała, jak wiadomo, era konserwatywnych liberałów. Nie przemawiają już do mnie z ekranu panowie, którzy nie rozumieją, jak można zgwałcić prostytutkę; nie słyszy się, by minister edukacji zamierzał wyrzucać ze szkół nauczycieli gejów. Obecny premier w odróżnieniu od poprzednika nie reaguje na protesty pielęgniarek mroczną wizją aktywności ‘innych szatanów’. Ulga jest zatem znaczna. Jak jednak sugeruje na feministycznym blogu „Bez jaj” Magdalena Środa, przypomina ona ulgę pewnego Żyda, który w znanym dowcipie kupił, a następnie sprzedał kozę, dzięki czemu poczuł się dużo lepiej. Z nami jest podobnie - ‘pisowska koza co prawda na podwórku, ale za to dom wypełnił się biskupami’.

W swoim trzygodzinnym exposé premier Tusk poświęcił problemowi dyskryminacji kobiet dokładnie zero minut i zero sekund. Organizacje kobiece, które jeszcze w listopadzie 2007 roku wystosowały do premiera list z prośbą o spotkanie i dyskusję na temat równościowej polityki przyszłego rządu i apelem o powołanie organu, który z ramienia rządu odpowiadałby za tę politykę (grzecznie przypominając, że wynika to ze zobowiązań Polski w UE), otrzymały od nowej władzy zero odpowiedzi. Władza nie ma czasu dla organizacji kobiecych, ale chętnie się wdaje w dialogi na temat praw kobiet z biskupami.

Ostatnio wyglądało to tak: Platforma ogłosiła, że państwo będzie refundować niepłodnym parom zabiegi in vitro. Biskupi na to, że te zabiegi to grzech i niegodziwość. Platforma: w takim razie państwo nie będzie ich refundować, bo nie ma pieniędzy. O, jakże praktyczna i rozsądna jest Platforma, ignorując głos kobiet, czujnie zaś wsłuchując się w głos biskupów. Jest wszakże partią konserwatywnych liberałów, a konserwatywny liberalizm polega na tym, by wsłuchiwać się w głos biskupów, o ile nie zaszkodzi to rynkom finansowym. Tym razem nie zaszkodzi, więc konserwatywno-konserwatywny dialog kwitnie, a element liberalny przysypia. Gdy kończę pisać ten wstęp, obraduje właśnie specjalna komisja rządu i Episkopatu, która ma uzgodnić kształt polityki prorodzinnej oraz zdecydować, co dalej z zapłodnieniem in vitro. Media donoszą, że arcybiskup Sławoj Leszek Głódź uznał te obrady za ‘merytoryczne’ i ‘konkretne’.

Artykuł ukazał się w „Wysokich Obcasach” z 8 marca 2008 r.
Komentarze
Dodaj nowy
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 11.03.2008 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 1.11993 Seconds