Nowość w sklepie KP!
Najnowszy numer KP
Komentarze
CYTAT DNIA
Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Graff: Polskość nie jest własnością endeków |
|
|
Agnieszka Graff
|
|
22.08.2007 |
Trudno polemizować z głupstwem tak oczywistym jak stwierdzenie, iż „patriotyzm jest jak rasizm”. Skoro jednak „Gazeta” opublikowała tak zatytułowany tekst z datą inną niż 1 kwietnia („Gazeta” z 17 sierpnia b.r.), to polemika wydaje się nieodzowna. Rzecz w tym, że wrzucenie patriotyzmu do jednego worka z nacjonalizmem, ksenofobią, rasizmem, a nawet totalitaryzmem jest głupstwem niebezpiecznym. To nic innego jak oddanie Polski i polskości ludziom pokroju Giertycha i Wierzejskiego, bo to oni właśnie - triumfujący od paru lat neoendecy - z uporem zacierają granicę między patriotyzmem a nacjonalizmem, przekonując nas, że polskość jest tożsama z katolicyzmem radiomaryjnym, a miłość do Polski - z nienawiścią do wszystkiego, co niepolskie. Czy jednak monopol na polski patriotyzm należy oddać panom z Młodzieży Wszechpolskiej, ojcu Rydzykowi oraz braciom Kaczyńskim?
Patriotyzm to nie nacjonalizm
Na szczęście nie ma takiej potrzeby. Istnieje bowiem zasadnicza różnica między patriotyzmem i nacjonalizmem. Miłość do własnego kraju nie jest sprzeczna ani z otwartością na świat, ani ze sprzeciwem wobec zachowań plemiennych własnego narodu, takich jak rasizm, ani nawet z pacyfizmem i niechęcią do popisów militarnych w rodzaju defilady z 15 sierpnia.
Dodajmy, że patriotyzm nie musi się też wiązać z „tożsamością narodową” rozumianą w kategoriach wspólnoty krwi, a nawet kultury. Istnieją formy patriotyzmu oparte na obywatelskości, a w Kanadzie, Australii czy USA świetnie się miewa patriotyzm wielokulturowy - głębokie przywiązanie ludzi o rozmaitych rodowodach etnicznych do pewnego projektu politycznego. Trudno o większych patriotów amerykańskich niż najnowsze pokolenia imigrantów. Zaś o polskim patriotyzmie wiele się można dowiedzieć nie tylko z historii Powstania Warszawskiego, ale także z lektury wspomnień wielu polskich Żydów z okresu międzywojnia. Jeśli absolwentowi London School of Economics trzeba powtarzać te banały, to znaczy, że skrajna prawica osiągnęła w Polsce swój cel, utrwalając w naszych umysłach czysto etniczny, zamknięty model polskości.
O różnicy między patriotyzmem a nacjonalizmem pisał w 1981 r. Jan Józef Lipski w słynnym tekście „Dwie ojczyzny - dwa patriotyzmy”. Twierdził wręcz, że w skrajnych przypadkach nacjonalista i patriota należą właściwie do różnych ojczyzn. Piętnował megalomanię narodową i szowinizm nie tylko jako nieetyczne, niechrześcijańsie i głupie, ale także jako niepatriotyczne i zgubne dla Polski.
W 85. rocznicę odzyskania niepodległości Lipskiemu wtórował Jan Nowak-Jeziorański: „Patriotyzm mieści w sobie szacunek dla patriotyzmu innych. Jest cnotą, podczas gdy nacjonalizm - grzechem”. I dalej: „Patriotyzm jest uczuciem. Nacjonalizm - światopoglądem”.
Z dzisiejszej perspektywy centralna teza eseju Lipskiego wydaje się prorocza: „jednym z najistotniejszych zagadnień naszej teraźniejszości i przyszłości jest wyzbycie się megalomanii narodowej i ksenofobii, a przynajmniej ich stępienie do stanu niegroźnego dla dalszych losów narodu polskiego. Jeśli to się nie stanie - byle agent, przebrawszy się w ułańskie czako i zawiesiwszy ryngraf na piersi, poprowadzi naród dokąd zechce, podbijając bębenka »dumy narodowej« i manipulując fobiami (…); zamkniemy w rezultacie sobie drogę do Zachodniej Europy, w której widzimy naszą kolebkę kulturową - na zawsze”.
Czyż nie to właśnie dzieje się na naszych oczach? Zaledwie kilka lat po tym, jak znaleźliśmy się w upragnionej Europie, nasza polityka zagraniczna pełna jest antyeuropejskich lęków. Ksenofobia Giertychów, Wierzejskich i Rydzyków, „polityka historyczna” Kaczyńskich, teatralne „umieranie” to za Niceę, to znów za pierwiastek - wszystko to jest dramatem, a nie kabaretem, dlatego właśnie, że szkodzi Polsce. A nazywanie podszytej kompleksami megalomanii „patriotyzmem” to nie tylko głupstwo - to także piękny prezent dla neoendeckiej prawicy.
To nie moja bajka, ale i nie faszyzm
Nie przepadam za militaryzmem, mierzi mnie prężenie narodowych muskułów. Czołgi na ulicach, plastikowy karabinami w rękach przedszkolaka - to nie moja bajka. Defiladę wojskową ominęłam więc wielkim łukiem. Ani myślę bronić tej „imprezy plenerowej”, jak ją określa Żuradzki - hałaśliwej, kosztownej, dętej.
Zgadzam się - defilada była anachronizmem i marnotrawstwem. Jak trafnie napisał Kazimierz Kutz, całość „robiła wrażenie części artystycznej agonii IV RP”. Czy jednak rozsądne jest porównywanie tego wydarzenia z defiladami urządzanymi przez dyktatorów-ludobójców, albo tymi, które dziś organizuje ku chwale Wielkiej Rosji nasz barczysty sąsiad Władimir?
Polska nie jest potęgą imperialną. Przeciwnie, nasz kraj zaledwie kilka lat temu pozbył się ze swego terytorium obcych wojsk. Podejrzewam, że dla wielu obserwatorów defilady źródłem wzruszeń nie była ani wątpliwa nowoczesność sprzętu, ani zdolność „naszych dzielnych chłopców” do zabijania talibów, lecz pamięć zupełnie innych mundurów na tych samych ulicach.
Nie podzielam tych emocji. Dla mnie symbolem Polskości i źródłem patriotycznych uniesień jest raczej widok Doliny Pięciu Stawów lub flaga narodowa sąsiadująca z flagą Unii na wiejskiej chałupie (widziałam!), niż ryk samolotu F16 nad Warszawą. A jednak, chociaż ich nie podzielam, nie traktowałabym cudzych uniesień z taką pogardą jak Żuradzki.
Traktując militaryzm, rasizm, nacjonalizm i patriotyzm jako tożsame, a także myląc pragnienie niepodległości z agresją, Żuradzki wylał dziecko z kąpielą. W jego wizji świata nie mieszczą się ani patrioci-pacyfiści (choćby ci z ruchu Wolność i Pokój), ani ludzie, którzy kierując się patriotyzmem walczyli z rasizmem (bez retoryki patriotycznej, bez wiary w amerykańską „obietnicę” nie byłoby ruchu praw obywatelskich), ani patrioci-uniwersaliści rozmaitych nacji, gotowi w różnych miejscach globu płacić życiem „za wolność naszą i waszą”.
Żuradzki pomija wreszcie prosty fakt, iż ludzie przywiązują się do ojczystych krajobrazów, zadamawiają w swojej kulturze i języku, odczuwają więź z innymi, których odbierają jako „swoich”. Słowem, zbywa milczeniem to wszystko, co składa się na tożsamość narodową, a przecież nie jest tożsame z nacjonalizmem.
Patriotka na skrzyżowaniu
„Dwie ojczyzny” Lipskiego to tekst formatywny dla wielu osób z mojego pokolenia. Po raz pierwszy czytałam go w 1986 r., przygotowując się do spotkania mojego „kółka samokształceniowego” - ówczesnej antykomunistycznej „konspiry” licealistów. Zgodziwszy się z mądrym rozróżnieniem na nacjonalizm i patriotyzm, wdaliśmy się w dziwaczny spór: co powinien uczynić polski patriota, mając do wyboru pomoc w przejściu przez ulicę jednej z dwóch staruszek - Polki i cudzoziemki. Awantura trwała parę godzin, a ostatecznych ustaleń nie pomnę.
Ten infantylny dylemat przypominał mi się podczas lektury rozważań Żuradzkiego. Jego zdaniem „z bezstronnego punktu widzenia, który charakteryzuje myślenie moralne, patriotyczne uniesienia i przedkładanie zobowiązań wobec jednych ludzi nad zobowiązania wobec innych tylko dlatego, że akurat żyją na niewłaściwym skrawku ziemi, są jak rasizm. Różne traktowanie ludzi ze względu na ich kolor skóry nie różni się niczym od różnicowania ich na podstawie miejsca zamieszkania”. A zatem, koledzy i koleżanki, której staruszce pomożemy przejść przez ulicę – Belgijce, Nigeryjce, czy Polce?
Kierując się „bezstronnym punktu widzenia”, Żuradzki upierałby się zapewne przy losowaniu, wszystko inne uznając za „relikt plemiennej przeszłości”. Ja jednak mieszkam w Warszawie, gdzie rzadko na skrzyżowaniach widuję Belgijki i Nigeryjki. Jeśli zobaczę - niechybnie pomogę. Tymczasem fakt, że spotykam staruszki polskie, że wdaję się z nimi (po polsku) w pogawędki o tym i owym, buduje między nami pewną nie całkiem „bezstronną” więź. I ta więź - banalna, ulotna, a jednak realna - ma coś wspólnego z polskością.
Wspólnoty wyobrażone
Czy odruch empatii wobec osoby, która żyje obok mnie, ma coś wspólnego z patriotyzmem? Albo inaczej: czy wynikające z przypadku urodzenia sąsiedztwo i wspólnota losów przekłada się na poczucie więzi? Czy można wiązać swą tożsamość z pewnym krajobrazem? Ze specyficznym klimatem, jaki towarzyszy relacjom między ludźmi? Czy znając świetnie obcy język, można mieć jednak poczucie, że tylko w języku ojczystym jest się „u siebie”? W moim przypadku - a nie uważam się za nacjonalistkę - odpowiedź na każde z tych pytań brzmi: tak.
Tak pojęty patriotyzm sprawił, że okazałam się niezdolna do emigracji, że mieszkam w Polsce i tu angażuję się w działalność społeczną czy wolontariat - w Polsce, a nie na przykład w Darfurze, który wszak obiektywnie dużo bardziej potrzebuje pomocy.
„Bezstronny punkt widzenia”, który tak wychwala Żuradzki, nie ma wiele wspólnego z ludzkim doświadczeniem. Człowieczeństwo jest stronnicze z natury, bo każdy jest z jakichś „stron”, każdy - oprócz może wiecznych podróżników i nomadów - gdzieś jednak mieszka. Miejsce na ziemi określa naszą tożsamość, a także miarę naszego zaangażowania w życie innych ludzi. „Obiektywna” wartość życia nie zmienia się wraz z narodowością. Ale zmienia się intensywność poczucia wspólnoty, więzi z innymi. Pragnienie wybudowania domu w takim a nie innym krajobrazie, zainteresowanie polityką swojego kraju, zaangażowanie w lokalność - to wszystko przejawy patriotyzmu, ale przecież nie nacjonalizmu.
Jak pisał Nowak-Jeziorański: „Patriotyzm jest wysoką wartością moralną, bo uczucie przywiązania do własnego kraju nie idzie w parze z nienawiścią czy wrogością do innych. (…) W przeciwieństwie do nacjonalizmu patriotyzm nie jest konfliktogenny. Wręcz przeciwnie - towarzyszy mu często, choć nie zawsze, poczucie solidarności z ruchami patriotycznymi innych narodowości”.
Klasycy współczesnej teorii narodu i nacjonalizmu, Ernest Gellner i Benedict Anderson, podkreślają historyczność (a zatem, w pewnym sensie, „przypadkowość”) więzi narodowych. Powstawały one na przełomie XVIII i XIX wieku wraz z procesem uprzemysłowienia (Gellner), a także z końcem sakralnej wizji czasu i świata, stając się nowym źródłem sensu i spoiwem społecznym (Anderson). Jak pisze Anderson, narody to „wspólnoty wyobrażone”.
Jednak wyobrażenie to nie to samo, co złudzenie. Kategoria narodowości pozostaje jednym z kluczowych elementów nowoczesnej wrażliwości, głównym wyznacznikiem zbiorowej tożsamości, systemem organizującym naszą orientację w świecie. Nazywanie jej anachronizmem niewiele tu zmieni.
Narodowości bywają jednak „wyobrażone” na rozmaitych zasadach - jako wspólnota krwi, jako oblężona twierdza, jako wspólna misja do wypełnienia - i te zasady podlegają negocjacjom. Otóż w Polsce toczy się dziś spór o to, czy naszą ojczyznę będziemy sobie „wyobrażać” pod dyktando endeków, czy też wedle innych, bardziej otwartych i demokratycznych reguł. Stawka jest znaczna, dlatego - chociaż nie bardzo podobają nam się defilady wojskowe – nie oddawajmy patriotyzmu Kaczyńskim.
Tekst ukazał się w „Gazecie Wyborczej” z 23 sierpnia 2007.
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 25.08.2007 )
|
|
Najnowsze teksty i opinie
|
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...