„Widzieliśmy i wyrażam ubolewanie, że dwie panie zostały poturbowane - nie przez policję, ale przez koleżanki” - stwierdził Joachim Brudziński na antenie RMF FM. Sekretarz generalny PiS komentuje w ten sposób zdarzenia ze środy, kiedy to 50 pielęgniarek brutalnie zepchnięto z jezdni. Same się pobiły. A poza tym łamały prawo. „Pod kancelarią premiera jest około stu pań, a robi się z tego wydarzenie na skalę ogólnokrajową” - uzupełnia pisowską wizję protestów Jarosław Kaczyński w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej”, po czym przechodzi do spraw istotnych, czyli swoich żalów do PO.
Miała być „solidarna Polska”. Miał być szacunek dla ludzkiej pracy. Tymczasem z wypowiedzi przedstawicieli władzy przebija zniecierpliwienie, lekceważenie, wręcz pogarda dla protestujących. Nie ma co ukrywać, że istotną rolę odrywa tu pogarda dla kobiet.
Wciąż protekcjonalnie mówi się o pielęgniarkach „panie”, jakby chodziło o przepuszczanie w drzwiach, a nie o postulaty płacowe. Rytualne zdanie wiceministra zdrowia o „politycznym charakterze” protestów to też w gruncie rzeczy wyraz pogardy. Bo w tym kontekście „polityczny” oznacza tyle co zmanipulowany, nieautonomiczny. Rządzący sugerują, że pielęgniarki nie wiedzą, czego chcą. Trudno się oprzeć skojarzeniu z kultowym tekstem naczelnego polskiego twardziela Bogusława Lindy: „Nie chce mi się z tobą gadać”.
Te same emocje - maskowane obojętnością - widać było na twarzy Kaczyńskiego we wtorek wieczorem, gdy okrzyki pielęgniarek przebijały się przez telewizyjny wywiad. Miało być władczo i patriotycznie, a z kobiecymi głosami w tle wyszło… no, jakoś tak niezręcznie. Kaczyński jest twardzielem, któremu się nie chce gadać z pielęgniarkami. Cóż, nie chce, ale będzie musiał. Bo po drugiej stronie Alej Ujazdowskich mamy do czynienia z nowym gatunkiem twardzielstwa. Kobiecym.
Pod kancelarią koczuje tłum - kilkaset osób, nie tylko „panie”. Kilkaset osób to niewiele jak na demonstrację. Ale całkiem imponująco jak na protest w formie okupacji, z nocowaniem na chodniku, z koniecznością zostawienia rodzin. Z perspektywą czekania. W 2000 roku pielęgniarki też stały pod kancelarią premiera. Przyszłam tam z koleżankami wyrazić sympatię i poparcie. Zapamiętałam skierowane do premiera Buzka hasło: „Jeszcze nigdy kobieta nie czekała tak długo na mężczyznę”.
Dziś także protestujące gotowe są czekać do skutku. „Nie opuścimy tego miejsca aż do załatwienia naszych spraw” - mówią te, które przyjechały z podkarpackiego. Kobiety nie palą opon, nie rzucają kamieniami. Ich twardość to upór i wytrzymałość.
Czego chcą pielęgniarki? W gruncie rzeczy niewiele - podwyżki pensji o tysiąc złotych. Jeszcze w tym roku. Po kilkunastu latach pracy w tym trudnym, wymagającym kwalifikacji i oddania zawodzie zarabia się od 1,2 tys. do 1,5 tys. zł brutto. Dzieje się tak w kraju, gdzie średnia płaca wynosi 2786 zł (brutto) (GUS, kwiecień 2007); w kraju należącym do Unii Europejskiej. Pielęgniarka we Francji zarabia dziś 1350-2000 euro brutto miesięcznie (nie licząc dodatków i nagród); w Wielkiej Brytanii 1500 funtów (brutto) (ok. 2000 euro). To pięknie, że koczujące pod kancelarią pielęgniarki w chwili największego napięcia spontanicznie zaśpiewały hymn narodowy. Następnym razem mogą nam zanucić „Wsiąść do pociągu byle jakiego…”.
Czy ten protest ma coś wspólnego z płcią? Jasne, że ma. W relacjonowanych przez media stosunkach pielęgniarki-górnicy-policja jak w lustrze odbija się polska obyczajowość. Pielęgniarki chętnie podkreślają, że są pod kancelarią jako kobiety - ale nie znaczy to, że określają się jako słabe i oczekujące pomocy. Owszem, chcą wsparcia od górników. „Uważam, że to jest w ogóle chamstwo, co się dzieje w Warszawie. Musimy tam mieć mężczyzn koło siebie” - mówi do kamery pielęgniarka Mariola Raniś. Wypowiedź górnika Wacława Czerkawskiego pokazuje, że wyobrażenie o „bezbronnych pielęgniarkach”, które należy bronić przed brutalną policją, ma nieodparty urok: „Doszliśmy do wniosku, że samych dziewczyn nie puścimy, dlatego jedziemy się nimi zaopiekować”.
Jednak protestujące nie widzą się w roli „zaopiekowanych dziewczyn”, które boją się brutalnej policji. Jedna z czułością i troską mówi o pilnujących je policjantach, którzy ciągle się zmieniają się, bo „to są młodzi chłopcy. Oni nie wytrzymują tyle, co my - starsze już kobiety. Ale to bardzo miłe chłopaki, nawet dobranoc nam mówią albo dzień dobry jak przechodzą”.
Te wypowiedzi są zabawne, ale stosunek państwa do kobiet to coś więcej niż obyczajówka. Patriarchalizm da się przeliczyć na władzę i pieniądze; seksizm ma konkretne przełożenie na jakość życia nie tylko kobiet, ale całego społeczeństwa.
Ochrona zdrowia to w Polsce sfera mocno sfeminizowana; zwłaszcza praca pielęgniarek postrzegana jest jako zajęcie tradycyjnie kobiece - działanie z miłości, dobroci, instynktownie kojarzone raczej z czułością i poświęceniem, niż z negocjowaniem płac. Fakt, że od tylu lat nie ma w Polsce pomysłu na system opieki zdrowotnej ma istotny związek z polskim patriarchalizmem - przekonaniem, że przedstawiciele „kobiecego” zawodu samych nas przecież nie zostawią.
Praca hydraulika czy mechanika okazuje się dużo więcej warta niż wysiłek kogoś, kto opiekuje się dzieckiem lub chorym. Wizja kobiecości jako „naturalnej” skłonności do poświęceń przekłada się nie tylko na niskie pensje pielęgniarek, ale także na skandalicznie małe zasiłki na dzieci, społeczne przyzwolenie na przemoc w rodzinie, likwidację przedszkoli. Stoi za tym wszystkim przekonanie, że opieka to nie praca. Że należy nam się ona od kobiet. Obecny protest przypomina dobitnie, że nic nam się nie należy, póki jako społeczeństwo nie przyjmiemy do wiadomości, że za pracę się płaci.
Ma rację wiceminister Piecha - ten protest ma wymiar polityczny. Bo polityczny wymiar ma systemowa dyskryminacja płacowa dużej grupy zawodowej, wynikająca z przekonania władz, że pielęgniarki to tylko „panie”. Że ich obowiązkiem jest nas wszystkich za półdarmo obsługiwać i siedzieć cicho. Że wolno je bezkarnie ignorować, spychać z jezdni i kpić, że poturbowały się same.
Dlatego pielęgniarkom należy się polityczne poparcie - nie tylko od dzielnych górników, ale od nas wszystkich - pacjentów, pacjentek, współobywateli, mężczyzn i kobiet. Zanim one same stwierdzą, że już nie chce im się z nami gadać.
Artykuł ukazał się w „Gazecie Wyborczej” z 22 czerwca 2007r.
Na podobny temat
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą komentować artykuły. Zaloguj się lub zarejestruj. Powered by AkoComment Tweaked Special Edition v.1.4.3 Polska adaptacja - JoomlaPL.com Team |