Nowość w sklepie KP!
Najnowszy numer KP
Komentarze
CYTAT DNIA
Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Graff: Ocaleniec aborcyjny, czyli mroczne piętno |
|
|
Agnieszka Graff
|
|
23.03.2007 |
Jako pierwszych ocaleńcami czy ocalonymi nazywano oczywiście ludzi, którzy przeżyli Holocaust. Choćby dlatego wielu etyków każde kolejne wykorzystanie tego słowa uważa za nadużycie. Jednak dziś ocaleniec (survivor), a także „syndrom ocalenia” i rozmaite „zespoły ocalenia” to bardzo modne pojęcia w amerykańskim dyskursie terapeutycznym. Pojawiają się niemal zawsze w towarzystwie słowa trauma.
Ludzi leczy się jako ocaleńców rozmaitych katastrof życiowych i społecznych. Mówi się m.in. o ocaleńcach seksualnego molestowania. Ale funkcjonują też traumy wymyślone: istnieją grupy wsparcia dla „ocaleńców” porwania przez UFO lub przez satanistów, którzy „przypomnieli sobie” o rzekomym porwaniu przy znacznej pomocy terapeutów. Powstają stowarzyszenia, do których wstąpić może każdy, kto sam za ocaleńca się uważa.
Zwolenników pojęcia ocaleńca łączy przekonanie, że człowieka spotykają nieszczęścia, z którymi, po pierwsze, nie jest on w stanie sobie poradzić, po drugie, zostawiają one trwały ślad w jego psychice, po trzecie, nie zapisują się w jego pamięci, bo zostają „wyparte”. Punkt trzeci otwiera pole do wszelkich nadużyć. W latach 90. przez USA przetoczyła się fala procesów przeciwko terapeutom, którzy wmówili pacjentom, że w dzieciństwie padli ofiarą molestowania seksualnego. Skrajny przypadek fałszerstwa to historia niejakiego Binjamina Wilkomirskiego, który podczas terapii „przypomniał sobie”, że ocalał z Holocaustu. Napisał wspomnienia, które okazały się całkowicie zmyślone - Wilkomirski urodził się po wojnie.
Fikcyjnych ocaleńców łączy podatność na sugestie i budowanie tożsamości na przeszłym cierpieniu. To, że trauma nie miała miejsca, nie oznacza bowiem, że ludzie uważający się za ocaleńców nie cierpią. Cierpią, ale źródłem ich cierpienia nie jest przeżycie realnej traumy, lecz sugestia i napiętnowanie.
Manipulacja pojęciem ocaleńca przez przeciwników prawa do aborcji to próba uderzenia w kobiety, które kiedyś przerwały lub chcą przerwać ciążę. Manipulacja szczególnie bezczelna, bo bezpodstawnie podająca się za naukę. Hanna Wujkowska próbuje publicznie napiętnować Alicję Tysiąc, opowiadając naukowo brzmiące, ale w istocie nielogiczne ogólniki: „Jest to zespół oczywiście jeszcze mało opisany. W Polsce na ten zespół cierpi bardzo wiele osób”.
Te wypowiedzi wydają mi się szczególnie podłe, bo uderzają w dzieci. W Polsce i tak już piętnuje się dzieci rozwiedzionych rodziców, adoptowane, z domów dziecka, biedne, do niedawna także te z nieprawego łoża.
„Ocaleniec aborcyjny” to kolejne piętno - piętno jakiejś rzekomej mrocznej patologii. To świadome przyzwolenie na okrucieństwo wobec dzieci pod płaszczem pochylania się z troską nad bezbronnymi. A wszystko to w kraju, w którym niezwykle częstym sposobem wychowywania jest bicie. Dzieci katowane przez rodziców to realni ocaleńcy, którzy przez resztę życia borykają się z traumą przemocy. To tym „zespołem” (całkiem nieźle opisanym przez psychologów) powinniśmy się zająć jako społeczeństwo. Szkoda, że ludzie związani z Kościołem katolickim, zamiast poprzeć walkę psychologów z przemocą wobec najmłodszych, produkują następną formę wykluczenia i napiętnowania.
„Syndrom ocaleńca aborcyjnego” to także kolejna z serii manipulacji językowych ideologów zakazu aborcji. Pierwsza polegała na zatarciu granicy między płodem a dzieckiem. Druga na zastąpieniu słowa „aborcja” hasłem „mordowanie nienarodzonych”. Trzecia na promowaniu syndromu postaborcyjnego. Pojęcia „syndromu” i „zespołu” nie ma żadnego oparcia w rzeczywistości, ale ma wielką moc sprawczą - uruchamia w ludziach podejrzewanych o posiadanie syndromu czy zespołu poczucie krzywdy i poczucie winy.
W USA pojęcie syndromu postaborcyjnego pozwoliło mówić o kobietach, które przerwały ciążę już nie jako o morderczyniach, lecz jako ofiarach. A ofiary nie domagają się swoich praw, nie czują się sprawcami własnego losu, tylko utrwalają w sobie poczucie bierności i krzywdy i oddają się w ręce swoich „dobroczyńców”.
Tekst ukazał się w „Gazecie Wyborczej” z 23 marca 2007.
—
*dr Agnieszka Graff - adiunkt w Ośrodku Studiów Amerykańskich UW, współpracuje z Helsińską Fundacją Praw Człowieka, członkini zespołu „Krytyki Politycznej”
Na podobny temat
|
|
Najnowsze teksty i opinie
|
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...