Czy powinno nas zastanawiać, że kampania skrajnej prawicy zmierzająca
do wprowadzenia „życia poczętego” do konstytucji RP - czyli de facto do
całkowitego zakazu aborcji - zaczęła się latem 2006 r. od ślubowania w
Częstochowie? Czy to istotne, że „gej” raz po raz kojarzy się komuś w
Polsce z „Żydem”, artykuły o polskich gejach zaś nagminnie ilustruje
się zdjęciami gejów niemieckich? Albo taki zbieg okoliczności: w
miesiącu wejścia Polski do Unii Europejskiej tygodniki opinii znacznie
więcej uwagi niż zwykle poświęciły problemowi „różnicy płci”, a jeden z
nich ogłosił „powrót mężczyzny”. I co właściwie znaczy zdanie „Polska
jest kobietą” jako hasło towarzyszące powstaniu kobiecej partii
politycznej? Warto stawiać te naiwne pytania.
Ludzie uważający się w Polsce za liberałów lub lewicowców lubią mówić o
„polskim zoo”, załamują ręce nad „ciemnogrodem”, dziwują się
„egzotycznym” debatom, w których Matka Boska i Matka Polka zlewają się
w jedną sentymentalno-patriotyczną całość. To zdziwienie często
zastępuje autentyczny namysł, pozwala zdystansować się wobec
zachodzącego na naszych oczach procesu.
Sądzę, że pora przestać się dziwić. Przestać mierzyć liberalną miarką
to, co wyraźnie wykracza poza liberalny kontekst. Postępujące od ponad
dekady ograniczanie praw kobiet i mniejszości seksualnych w Polsce nie
jest efektem konserwatywnego spisku ani słabości ruchów
emancypacyjnych. Nie jest to też polska egzotyka. To rozpoznany przez
socjologów i historyków mechanizm, w którym napięcie społeczne,
kulturowy niepokój związany ze zmianą w zbiorowej tożsamości niejako
rykoszetem odbija się na kobietach i wszelkich seksualnych
„odszczepieńcach”.
***
Polska prawica nie ma monopolu na zjawisko „upłciowienia narodu”. W
różnych zakątkach świata nacjonalizmy i przekonania na temat natury
płci nakładają się na siebie i zazębiają w podobny sposób. Wyobrażenia
i fantazje o narodzie - obecne w zbiorowych rytuałach, w literaturze, w
sztuce, w kulturze popularnej - nasycone są wyobrażeniami o kobiecości
i męskości.
Polska specyfika polega na tym, że strażnikiem zbiorowej tożsamości i
monopolistą w dziedzinie wartości narodowych stał się Kościół
katolicki, a narodowa prawica posługuje się językiem kościelnym. Nie
jest to jednak po prostu władza Kościoła nad narodową tożsamością - to
raczej instrumentalizacja religii przez odradzający się agresywny
nacjonalizm. Są katolicy - podejrzewam nawet, że stanowią oni w Polsce
większość - którym to się nie podoba; istnieją też formy religijności,
które się logice unarodowienia wiary wymykają. Problemem nie jest zatem
konserwatywny katolicyzm społeczeństwa, lecz uległość państwa wobec
promowanej przez konserwatywne skrzydło Kościoła wizji wspólnoty.
Do sprzężenia między nacjonalizmem a zamachem na wolność w sferze płci
i seksualności dochodziło w rozmaitych kontekstach: w RPA i w
Singapurze, w Turcji i w Irlandii. Scenariusz jest przewidywalny.
Równolegle z kryzysem politycznym pojawia się w debacie publicznej
niepokój nazywany przez niektórych „kryzysem męskości” lub „kryzysem
rodziny”. Jego przyczyn zawsze szuka się na zewnątrz. Odrodzenie narodu
okazuje się równoznaczne z powrotem do „tradycyjnych wartości” w sferze
płci i seksualności. Seksualni odmieńcy, dotąd ignorowani, są
przedstawiani jako wrogowie narodu, obca naleciałość, którą należy
zwalczyć, zmarginalizować, aby znów nastał ład moralny.
Rumieńców nabierają kobiece symbole narodu, wywyższa się Kobietę - mit,
alegorię. W zbiorowej wyobraźni dziewice bronią swej cnoty przed
zakusami wroga i oddają się dzielnym bohaterom, gdy ci wracają z boju;
matki poświęcają dla ojczyzny synów; żony czuwają nad domowym
ogniskiem, dbając o ciągłość zagrożonej wspólnoty. Kobiety realne,
zwłaszcza te, które domagają się jakichś praw, zostają wypchnięte poza
margines wspólnoty.
W sytuacji zagrożenia, kryzysu lub wojny kobiety stają się
zakładniczkami swoich społeczności, a ekspertami od tożsamości
narodowej, szanowanymi przez wszystkich reprezentantami wspólnoty
okazują się zaciekli konserwatyści. Dlatego, paradoksalnie, w interesie
wszelkich fundamentalistów jest budowanie napięcia, podsycanie w swych
społecznościach poczucia zagrożenia.
***
W myśli feministycznej i refleksji nad prawami człowieka od lat
debatuje się nad tym, w jakim stopniu liberalne państwo (i wspólnota
międzynarodowa) powinny respektować prawo grup etnicznych i narodowych
do kultywowania swoich (czasem głęboko mizoginicznych) tradycji. Z
perspektywy filozofii liberalizmu dylemat jest oczywisty: z jednej
strony szacunek dla praw grupowych mniejszości, z drugiej - uniwersalne
prawa kobiet jako jednostek. Wielokulturowy model społeczeństwa w
praktyce może oznaczać zgodę na to, by jakaś społeczność etniczna albo
kulturowa drastycznie ograniczała prawa „swoich” kobiet w ramach
pielęgnowania tradycji.
Klasycznym przykładem takiego klinczu jest spór o muzułmańskie chusty
we francuskich szkołach publicznych. Ciekawe, że wiele „odwiecznych”
tradycji wcale nie sięga daleko wstecz. Francuscy muzułmanie, którzy
każą córkom nosić „tradycyjne” chusty, niechętnie przyznają, że ich
matki i babki często ich nie nosiły. Znaczenie ma tu jednak historia
wyobrażona: rzekomo odwieczny i historycznie niezmienny strój kobiecy
stał się istotnym symbolem zbiorowej tożsamości w warunkach konfliktu
kulturowego.
Fiksacja na tle kobiecego stroju i przekonanie o jego długiej historii
pełni istotną funkcję polityczną po obu stronach barykady - obecność
chusty na głowie młodej muzułmanki jest punktem honoru dla przeciwników
zakazu; dla zwolenników silne znaczenie symboliczne ma brak chusty na
głowie uczennicy francuskiej szkoły. Odkryta lub przykryta głowa
abstrakcyjnej uczennicy staje się terenem zmagań o kształt francuskiej
wspólnoty politycznej, o to, jak obie strony postrzegają „honor”
wspólnoty, o relacje między państwem a religią. Osobiste preferencje
konkretnej muzułmańskiej dziewczynki są w tym wszystkim najmniej
istotne.
Feminizm jest nam obcy kulturowo, nasze kobiety są inne, bardziej
kobiece, a seksualni dewianci to obcy import - całkowita pewność w tej
mierze łączy ideologie narodowe z najodleglejszych zakątków świata. U
nas „te rzeczy” robi się inaczej niż u was. U nas jest „normalnie”.
Jesienią 2007 r. przebywający w Nowym Jorku prezydent Iranu oznajmił,
iż w jego kraju „kobiety cieszą się najwyższym poziomem wolności”. Ku
rozbawieniu publiczności dodał: „U nas nie ma homoseksualistów, jak w
waszym kraju”. Podobne rzeczy pisał niewiele później Rafał Ziemkiewicz,
tyle że jemu chodziło o Polskę.
***
Co z faktu gwałtownego „upłciowienia” kategorii narodu wynika dla ruchu
kobiecego, obrońców praw mniejszości seksualnych, ludzi, którym bliska
jest idea tworzenia w Polsce nowoczesnej lewicy?
Sławomir Sierakowski w tekście „W Polsce, czyli wszędzie” (w książce
„Ile ojczyzn? Ile patriotyzmów?”) przekonuje, że kariera prawicowego
populizmu to efekt zaniku różnic między prawicą a lewicą w ramach
hegemonii ideologii neoliberalnej. Polska po przełomie 1989 r. stała
się nie tylko krajem kapitalistycznym, ale też krajem, w którym
kapitalizm w czystej, niemal XIX-wiecznej formie nieustannie
gloryfikowano. Rynkowy fundamentalizm stał się w III RP dyskursem
samolegitymizującym się. Dyskurs ten utożsamiono z liberalizmem,
ignorując całkowicie ewolucję myśli liberalnej w stronę liberalizmu
socjalnego, ku ideałom demokracji uczestniczącej.
Rosły nierówności ekonomiczne i społeczna frustracja, a przy tak
określonym „liberalnym” kontekście znaczna część społeczeństwa straciła
zarówno możliwość artykulacji swoich interesów, jak i zaufanie do
liberalizmu. Z tej frustracji zrodziło się poparcie dla PiS-u. Jak
pisał Sierakowski, „projekt IV RP nie jest projektem alternatywnym,
tylko populistyczną odpowiedzią na projekt III RP”. Podobną tezę stawia
David Ost w ważnej książce „Klęska »Solidarności «”. „Prawica - pisze -
wygrywa dlatego, że jest jedyną siłą organizującą gniew klasowy, który
rodzi każde społeczeństwo kapitalistyczne. Dopóki liberałowie nie
nauczą się tego robić, będą nadal przegrywać”.
Sierakowski, Ost, a także Andrzej Walicki widzą zatem w fali
nacjonalizmu ideologię zastępczą, coś, co pozwoliło zorganizować
słuszny gniew wykluczonych, przekierowując go na ateistów, komunistów,
agentów, mniejszości seksualne i innych odmieńców. Realne, źródłowe
problemy leżą, ich zdaniem, w sferze ekonomicznej.
Teza ta wydaje mi się w ogólnym
zarysie słuszna, niepokoi mnie jednak łatwość, z jaką przechodzi się tu
do porządku nad treścią prawicowej ideologii i symboliki, sprowadzając
wszystko do interesów ekonomicznych. Tymczasem, niezależnie od
przyczyn, ta symbolika jest nieprzypadkowa. Siła nacjonalizmu w Polsce
pozostaje ogromna, a jego przekaz - zwłaszcza w sferze płci i
seksualności - jest nieustannie naturalizowany dzięki sile
oddziaływania języka kościelnego. Niezależnie od ekonomicznych źródeł
populistycznego przełomu lewica w Polsce nie może sobie pozwolić na
unieważnienie nacjonalizmu jako siły politycznej i przekazu
kulturowego. Neoliberalizm nie rozwiązał problemów robotników, ale
krytyka neoliberalizmu nie wystarczy, by zmierzyć się z falą ideologii
narodowej.
Powiem więcej: nie należy oddawać prawa do definiowania polskości
endekom, tak jak nie powinno się pojęcia „liberalizm” dawać w prezencie
fundamentalistom rynkowym. Ślepym zaułkiem wydaje się też ciągłe
odwoływanie się do „cywilizowanego świata” oraz „unijnych standardów”,
tak jakby kobiety i członkowie mniejszości żyli we własnym kraju na
prawach gości. Ograniczając się do roli oponentów nacjonalistycznej
prawicy, staliśmy się zakładnikami słusznej sprawy, cieniem i namiastką
nowoczesnej lewicy. Tymczasem nasze postulaty dotyczą znaczących grup
obywateli; powinny być jasno wypowiedziane i stanowić równoprawny nurt
polskiej debaty publicznej, a nie podejrzany import z Zachodu.
Zamiast rezygnować z patriotyzmu jako zbędnego balastu, trzeba go
redefiniować; wpisywać weń otwartość, różnorodność, sprawiedliwość. W
kraju, gdzie depozytariuszami wspólnotowych emocji i symboli pozostają
Kościół i konserwatywna prawica, podobny projekt dużo łatwiej opisać,
niż przeprowadzić, ale trzeba próbować. O ile nie zamierzamy pakować
walizek i jechać na stałe do Londynu lub Amsterdamu - naszą odpowiedzią
nie powinna być rezygnacja z kategorii takich jak „ojczyzna”. Nie
zostawiajmy flagi narodowej ogolonym na łyso homofobom. Jeśli chcemy
się upomnieć o prawa kobiet i mniejszości, to musimy je wpisać w nową
formułę polskiego patriotyzmu. Jesteśmy tu u siebie.
* Agnieszka Graff wykłada w Ośrodku Studiów Amerykańskich UW, jest członkinią zespołu „Krytyki Politycznej”
*** Fragment książki Agnieszki Graff „Rykoszetem. Rzecz o płci,
seksualności i narodzie”, która ukaże się w najbliższych dniach
nakładem wydawnictwa WAB
Źródło: Gazeta Wyborcza, 15 marca 2008
Na podobny temat
|
Może nie stereotyp matki polki ale st...
Jakiś problem z czytaniem ze zrozumie...