|
Podręcznik „Kompas - edukacja o prawach człowieka w
pracy z młodzieżą” przygotowała Rada Europy, przetłumaczono ją na 19
języków, ale nigdzie oprócz Polski książka nie okazała się
kontrowersyjna. Roman Giertych uznał, że publikacja służy „lansowaniu
zasady współpracy między środowiskami uczniowskimi a homoseksualnymi” i
zakazał jej dystrybucji. To właśnie za przygotowanie „Kompasu”
zwolniono Mirosława Sielatyckiego, szefa Centralnego Ośrodka
Doskonalenia Nauczycielskiego. Bronili go nauczyciele, Polska Sekcja
Amnesty International i Helsińska Fundacja Praw Człowieka - bez skutku.
Książka jest podręcznikiem metodycznym dla nauczycieli. Podaje
podstawowe informacje z zakresu praw człowieka, przede wszystkim jednak
proponuje pomysły na ciekawe lekcje: scenki z podziałem na role,
debaty, w których ścierają się interesy różnych grup, wizualizacje.
Celem autorów nie było zebranie faktów do zapamiętania, z których
nauczyciel może potem zrobić klasówkę, lecz zaproponowanie ram dla
otwartej debaty. Te ramy to koncepcja praw człowieka zawarta w
międzynarodowych dokumentach, których nasz kraj jest sygnatariuszem:
prawa obywatelskie i polityczne, ale także gorzej u nas znane prawa
społeczne, gospodarcze, kulturalne i zbiorowe.
Śledząc tę żenującą awanturę, zastanawiałam się, kiedy - i w jakiej
tonacji - odezwą się prawicowi publicyści. Doczekałam się. W
„Rzeczypospolitej” 1 lutego ukazał się prześmiewczy artykuł Tomasza
Terlikowskiego „ »Kompas « źle nastawiony”. Książkę przedstawia się
jako „przewodnik dla lewicowych agitatorów”, instruktaż kompleksowego
prania uczniowskich mózgów. Artykuł wybiórczo cytuje podręcznik, by
następnie go parodiować, wyszydzając jego założenia i retorykę.
Terlikowskiego śmieszy wszystko oprócz chrześcijaństwa: szacunek do
islamu, ekologia, historia religii pogańskich Litwinów, emancypacja
kobiet, oświeceniowa tradycja praw człowieka. Z tych żarcików wyłania
się system wartości polskich konserwatystów, a także stosunek IV RP do
praw człowieka.
Co się komu kojarzy
Terlikowski upiera się, że „Kompas” jest obsesyjnie
antychrześcijański. Tymczasem w książce jest sporo cytatów z Biblii i
ze światłych chrześcijan, choć niekoniecznie katolików. Może kłopot
polega na tym, że obok Biblii cytuje się Koran, nie wyjaśniając
dzieciom, które źródło zawiera „prawdę objawioną”?
Pada także zarzut o stronniczość: autor cytuje przywoływane w
książce argumenty jednej ze stron sporu, sugerując, że jest to jedyny
przedstawiony w podręczniku punkt widzenia. I tak wyszydzane przez
Terlikowskiego hasło radykalnych ekologów: „Mówcie, co chcecie,
wielorybnictwo to morderstwo, a morderstwo jest złem”, nie jest opinią
autorów podręcznika, lecz wypowiedzią organizacji Greenpeace na jednej
z kart w symulacji debaty o konflikcie między ekologami a pewnym
indiańskim plemieniem.
Dla polskiego konserwatysty nie do przełknięcia jest sytuacja,
kiedy dochodzi do starcia różnych interesów i poglądów traktowanych
równie poważnie, tym bardziej gdy strony tego konfliktu to Indianie i
ekolodzy. Słuszny pogląd jest jeden, cała reszta to kłamstwa. Skoro
historia Europy to opowieść o zbawczym wpływie chrześcijaństwa, to czy
nie należałoby edukacji obywatelskiej po prostu zastąpić katechezą?
Terlikowski tak nie pisze, jednak oburza się, że w kontekście
tożsamości europejskiej mówi się w „Kompasie” o spuściźnie kolonializmu
i przypomina o Holocauście. Spytam nawinie: czy w wielokulturowej
Europie można te sprawy pomijać milczeniem?
Tomasz Terlikowski nie mieszka jednak w wielokulturowej Europie. On
żyje wyłącznie w Polsce, uczestniczy wyłącznie w polskich sporach.
Tolerancja? Ekologia? Wielość kultur i systemów wartości? To go nie
dotyczy. W Polsce system wartości jest jeden, a jedyny istotny spór
dotyczy lustracji i dekomunizacji. Terlikowski czyta zatem europejski
podręcznik o prawach człowieka i przełamywaniu stereotypów przez
pryzmat walki z układem. Dziwnie monotonna to lektura, bo - niczym
Jasiowi ze znanego dowcipu - wszystko kojarzy mu się z jednym, czyli z
komunizmem. Równość to urawniłowka; idealizm to ideologia; dostrzeżenie
nierówności to zakamuflowany totalitaryzm. A promowanie aktywności
obywatelskiej to nic innego jak lewicowa agitacja.
W żadnym kraju zachodnioeuropejskim nie byłyby to skojarzenia
czytelne. Gdyby tekst Terlikowskiego przetłumaczyć na francuski czy
angielski, okazałby się zbiorem dziwacznych nonsensów. Narzucona nam
przez prawicę lustratorska obsesja sprawiła jednak, że te nonsensy
wydają się dziś oczywistościami.
Wszyscy różni, ale nie my
IV RP za wszelką cenę chce się odróżniać od Europy. My mamy swoje
wartości. My jesteśmy inni. Jarosław Kaczyński stwierdził swego czasu,
że kategorię obywatelstwa uważa za obcą polskiej tradycji. Budowniczym
IV RP obca jest także liberalna koncepcja równości: zapewne dlatego
kampanię Rady Europy „każdy inny, wszyscy równi” przedstawiciele
polskiego rządu usiłowali „dopasować” do naszej kultury przez zmianę
trefnego słowa „równi” na „solidarni”. A kiedy w czerwcu 2006 r.
Parlament Europejski przyjął rezolucję krytykującą Polskę za rasizm,
ksenofobię, nietolerancję i homofobię, Wojciech Wierzejski stwierdził
po prostu: „Polska jest krytykowana za to, że nie spełnia wydumanych
lewackich standardów europejskich”.
Zdanie to świetnie streszcza artykuł Terlikowskiego: idee
tolerancji, równości i swobód obywatelskich, na których opiera się
europejska wizja społeczeństwa obywatelskiego, to niebezpieczne
„lewackie” głupstwa. W świecie Terlikowskiego nie istnieją geje i
lesbijki, nie istnieje problem dyskryminacji kobiet, nie istnieje też
zagrożone przez współczesną cywilizację środowisko. Realna i poważna
jest słuszna walka z (post)komunizmem. Cała reszta to głupstwa, z
których można się pośmiać.
Co zatem śmieszy Terlikowskiego? Śmieszy go wspomniany wieloryb -
pomysł, że można serio traktować życie zagrożonego gatunku
zwierząt, wydaje się autorowi zdumiewający, wręcz groteskowy. Niektórzy
mówią o tych wielorybach „całkiem poważnie”, kpi Terlikowski,
przekonany, że żaden czytelnik „Rzeczypospolitej” nigdy by się losem
wielorybów nie zajął. Pewnie „ochrona środowiska” kojarzy się
Terlikowskiemu z Ligą Ochrony Przyrody, czynami społecznymi i
Towarzystwem Przyjaźni Polsko-Radzieckiej. Trochę szkoda, bo żyjemy w
kraju, gdzie znęcanie się nad zwierzętami uważa się za normę, wycieczka
do lasu zaczyna się od spontanicznie założonych wysypisk śmieci, a w
poszukiwaniu pojemnika z napisem „szkło” czy „papier” trzeba przejechać
pół miasta.
Terlikowskiego śmieszy też problem dyskryminacji. „Jednym z
elementów tego projektu jest walka o prawa prześladowanych mniejszości
seksualnych” - szydzi, sugerując za pomocą quasi-cytatu, że podręcznik
posługuje się komunistyczną nowomową. Cóż, w Polsce żyje kilkumilionowa
grupa osób dyskryminowanych z powodu homoseksualnej orientacji.
Zapewniam, że można się przejąć ich losem z pobudek innych
niż chorobliwa nostalgia za minionym systemem. Na przykład dlatego, że
są to nasi współobywatele.
Z równości płci autor natrząsa się standardowo. Proponuje nam
żelazny zestaw mizoginicznych banałów: równouprawnienie to „wypędzenie
kobiet z domu” oraz „zatarcie wszelkich różnic między ludźmi”. Mamy też
ulubioną bohaterkę antyfeministycznej kpiny - traktorzystkę. W
przyszłości proszę koniecznie uwzględnić wredne feministki z
„Seksmisji”, które twierdzą, że Kopernik była kobietą.
„Kompas” proponuje namysł nad problemem bezrobocia, zwraca uwagę na
problem, jakim jest strukturalne wykluczenie i dziedziczenie ubóstwa,
wyjaśnia, czym są prawa pracownicze. To także śmieszy Terlikowskiego.
Pomysł, by w kraju o najwyższym w Europie poziomie bezrobocia debatować
o biedzie i opiekuńczej funkcji państwa to jego zdaniem przejaw
totalitarnych skłonności. Przełknęłam pogardliwe żarty z gejów,
feminizmu i wieloryba, ale przyznam, że tu autor nieco mnie zdziwił.
Czyżby prawica zapomniała o przedwyborczej retoryce PIS? O pustej
lodówce? O „solidarności”? Czyżby niewidzialna ręka rynku była narodową
świętością, jak dogmaty katolicyzmu?
Polski konserwatysta nie chce uczestniczyć w kluczowej dla
współczesnej Europy debacie: jak budować poczucie obywatelskiej
wspólnoty i wzajemnego zaufania w wielokulturowym świecie. Nie chce też
budować państwa opiekuńczego, bo pachnie mu ono socjalizmem, a
socjalizm - komuną. Polska jest etnicznie jednorodna, heteroseksualna,
katolicka i wolnorynkowa. I taka właśnie ma zostać. Kompas nastawimy
sobie sami: wskazówka będzie na zawsze wychylona na prawo.
Pawka Morozow i wszechpolacy
Terlikowski nie życzy sobie, by jego córka uczyła się w szkole o
prawach człowieka. Z takiej szkoły wróci do domu „Pawka Morozow, który
zadenuncjuje mało otwartych rodziców odpowiednim czynnikom”. Gdy już
skończymy się śmiać z tego wybornego żartu, odnotujmy, że takich
„czynników” w Polsce nie ma, zdarza się natomiast presja Kościoła
katolickiego. Dzieci, które nie chodzą na religię, przesiadują w szkole
na schodach, nie zaś na lekcjach poświęconych ochronie mniejszości
narodowych czy wolności słowa. Ze szkół bywają wyrzucani nauczyciele,
którzy przyznają się do orientacji homoseksualnej - z naszych (także
ateistów) podatków opłaca się zaś katechetów. Gdyby dziecku przyszło do
głowy donosić komuś na rodziców, to raczej księdzu niż lesbijce
prowadzącej lekcje wychowania obywatelskiego.
Terlikowski odpowie pewnie, że jest u siebie, że Polska to kraj
katolicki. Zgoda, ale ja też jestem u siebie. I bezrobotny z
postpegeerowskiej wsi, para lesbijek z dzieckiem czy ekolodzy. Istotą
demokracji jest ochrona praw mniejszości - przed presją większości,
dyskryminacją, napiętnowaniem, pogardą.
„Kompas” jest częścią szerszej wizji, próbą wprowadzenia do szkół
kluczowej dziś dla Europy idei: wspólnoty opartej na wzajemnym zaufaniu
i tolerancji, szacunku dla dzielących nas różnic, wrażliwości na
niesprawiedliwość. Od tego, czy uda się te wartości wpoić młodym
ludziom, zależy kapitał społeczny przyszłej Europy, w tym Polski. Bez
poczucia obywatelstwa, bez równości i tolerancji z Europy zostanie nam
najwyżej euro.
I chyba o to właśnie chodzi. Mam wrażenie, że w Unii ideologom IV
RP podobają się tylko pieniądze, a cała reszta kojarzy im się z
postkomuną. Niech nam Unia da fundusze strukturalne i dopłaty dla
rolników - podręczniki kształtujące postawy obywatelskie napiszemy
sobie sami. Słowo obywatel pojawi się tam tylko z dopełnieniem
„Czwartej RP”. A jeśli dziecko wróci ze szkoły zatroskane o los
wielorybów, nędzę w krajach Trzeciego Świata, wyzysk w supermarketach
albo, nie daj Boże, o los lesbijek, to tatuś konserwatysta wybije mu te
głupstwa z głowy.
Od ponad roku ideolodzy prawicy stawiają Polaków przed fałszywym
wyborem: albo jesteś zwolennikiem braci Kaczyńskich, albo
postkomunistycznego układu. Przypomnę: tu stoi PiS, tam - ZOMO. Ten sam
zabieg Terlikowski zastosował w sferze edukacji: strasząc Pawką
Morozowem, popycha nas w stronę młodych wszechpolaków i sam przemawia
językiem LPR. Chora nienawiść do Trzeciej RP sprawia, że zamiast w
Czwartej Terlikowski budzi się w najgorszym wcieleniu Drugiej.
Tekst ukazał się w „Gazecie Wyborczej” z 7 lutego 2007.
— -
dr Agnieszka Graff - adiunkt w Ośrodku Studiów Amerykańskich UW,
współpracuje z Helsińską Fundacją Praw Człowieka, członkini zespołu
„Krytyki Politycznej”.
Na podobny temat
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...