|
Jest taka bajka braci Grimm, którą zapamiętałem z dzieciństwa… Jest w
niej Zły Wilk i mała dziewczynka. Zły Wilk chce pożreć dziewczynkę, ale
dziewczynka nie chce go wpuścić, bojąc się jego grubego głosu. Wtedy
Zły Wilk najada się kredy, dzięki czemu jego głos upodabnia się do
głosu kobiety, dziewczynka wpuszcza go do domu i zostaje pożarta.
Język
„praw człowieka” na trwałe zadomowił się w antyaborcyjnym dyskursie.
Zwolennicy zakazu aborcji mówią często, że chodzi im po prostu o
ochronę prawa każdego człowieka do życia. Na jednym z plakatów, które
można obejrzeć na stronie internetowej „Frondy”, wykorzystuje się do
mobilizacji antyaborcyjnych namiętności lewicowe hasło „Żaden człowiek
nie jest nielegalny”. Ostatnia propozycja wpisania ochrony życia „od
momentu poczęcia” wydaje się wpisywać nie tylko w język praw człowieka,
ale także w zapoczątkowaną przez Rewolucję Francuską logikę poszerzania
zakresu tych praw i obejmowania nimi kolejnych grup. Teraz prawica
występuje w obronie „słabszych”, przejmuje lewicowy język i obraca go
przeciw lewicowym postulatom.
Czyżby religijna prawica, dwa
wieki po Rewolucji Francuskiej i półtora wieku po „Syllabusie” Piusa
IX, nawróciła się nagle na prawa człowieka? Czy też jest to szczególny
strategiczny wybieg, maskujący zupełnie inne cele i stawki?
Niewątpliwie język praw człowieka jest przeciwnikom prawa do aborcji
potrzebny, ponieważ jest to najwygodniejszy - jeśli nie jedyny - sposób
na wpisanie ich postulatów w porewolucyjny system świeckiego prawa
państwowego. Ale jest też potrzebny dlatego, że pozwala zdobyć poparcie
wielu ludzi, których nie przekonałyby argumenty na temat „moralnego
ładu”, czy „biologicznej siły narodu”.
W gruncie rzeczy jednak o
to właśnie chodzi - o „porządek moralny” i o „biologicznie” pojmowany
naród, którym „prawa człowieka” służą w dyskursie antyaborcyjnym jako
wygodne opakowanie.
Dążenie do narzucenia „moralnego porządku”
ujawnia się w sposobie, w jaki prawicowi przeciwnicy prawa do aborcji
podchodzą do problemu antykoncepcji. Wydaje się oczywiste, że
antykoncepcja jest sposobem na zapobieganie aborcji, ponieważ zapobiega
niechcianym ciążom. Tak więc przeciwnicy aborcji, gdyby chodziło im
faktycznie o ochronę życia, powinni popierać i propagować
antykoncepcję. Tymczasem dzieje się odwrotnie. Dla religijnej prawicy
stosowanie antykoncepcji nie zapobiega aborcji, lecz do niej prowadzi.
A to dlatego, że osoba używająca leków antykoncepcyjnych daje tym samym
wyraz swemu moralnemu „nieuporządkowaniu”, które - zgodnie ze logiką
„równi pochyłej” - prowadzić ma od drobnych występków do tych najcięższych.
Nigdzie nie widać tego sposobu myślenia lepiej niż
we fragmencie, który „Katechizm Kościoła Katolickiego” poświęca
moralności seksualnej. Fragment ten zaczyna się od potępienia
masturbacji w słowach tak stanowczych, że wszystkie dalsze potępienia
wypadają przy tym blado. Kiedy na sam koniec pojawia się temat gwałtu,
można odnieść wrażenie, że gwałt jest po prostu - zgodnie z logiką
„równi pochyłej” - długofalowym skutkiem masturbacji.W podobny
sposób ukrywa się w dyskursie antyaborcyjnym troska o „biologicznie”
pojmowany naród. W XIX wieku, gdy religijna prawica nie tylko odrzucała
ideę praw człowieka jako dziedzictwo Rewolucji Francuskiej, lecz wręcz
definiowała się przez opozycję do nich, aborcję zwalczano nie ze
względu na dobro płodu, lecz dla dobra narodu. Kobiety mają rodzić
dzieci, bo naród potrzebuje żołnierzy. Po II wojnie światowej argument
ten stracił swoją atrakcyjność. Wtedy pojawiły się „prawa człowieka”.
Jednak
lektura wypowiedzi religijnej prawicy na temat aborcji nie pozostawia
wątpliwości co do stawek tego dyskursu. Najczęściej aborcja wymieniana
jest jednym tchem z antykoncepcją i homoseksualnością jako elementy
tego samego zagrożenia dla narodu i jego „biologicznej” siły. Walka z
aborcją, z antykoncepcją i z homoseksualnością - wiązanymi w jedną
całość pod nazwą „cywilizacji śmierci” - są równoważne. Jednak tylko
walkę z aborcją można opakować w język prawa do życia.W wersji
nieco bardziej wyrafinowanej mówi się nie o „cywilizacji śmierci”, lecz
o „kryzysie demograficznym” i „starzeniu się społeczeństwa”. W
sytuacji, gdy ludności na świecie nieustannie przybywa i gdy
przeludnienie może doprowadzić do ekologicznej katastrofy, mówienie o
„kryzysie demograficznym” jest tylko innym sposobem powiedzenia, że
granice państw muszą być względnie zamknięte, a społeczeństwo musi być
tożsame z „biologicznie” pojmowanym narodem. Jest to więc kolejne
wcielenie nacjonalizmu. Aborcja jest zła, bo osłabia naród - to jest
pierwszy i podstawowy argument. Dopiero kiedy pojawia się temat prawa
kobiet do decydowania o swym życiu, religijna prawica wyciąga prawa
płodu w charakterze riposty. „Prawa człowieka” są więc uznawane tylko o
tyle, o ile służą dobru narodu. Te zaś prawa człowieka, które nie
wpisują się w nacjonalistyczny projekt, są nie tylko ignorowane, lecz
wręcz potępiane.
Atrakcyjności języka praw człowieka w
odniesieniu do aborcji nie sposób zrozumieć, nie uwzględniwszy jeszcze
jednego czynnika. To lęk przed zjawiskami „granicznymi”, trwoga, jaką
wywołują w ludziach przedmioty o niejasnym statusie metafizycznym. W
kulturze tradycyjnej problemem były paznokcie i włosy, które sytuują
się gdzieś na granicy między ciałem człowieka a światem zewnętrznym.
Stąd rozmaite rytualne sposoby pozbywania się obciętych włosów i
paznokci. Podobny problem stwarzały poronione płody, nieochrzczone
noworodki i samobójcy. Chowano ich w szczególnych miejscach, na
przykład pod murem cmentarza - nie tak, jak ludzi, ale też nie tak, jak
zwierzęta.Tę antropologiczną trwogę rozgrywają między innymi
antyaborcyjne plakaty „Frondy”. Na kilku z nich pojawia się opozycja
„dziecko” czy „tkanka ciążowa”. Wydobywa to jedną z ukrytych matryc
debaty na temat aborcji. Płód jest obiektem nieusuwalnie
niejednoznacznym. Być może świat byłby prostszy, gdyby dało się
ostatecznie rozstrzygnąć, czy jest przedmiotem, takim jak krzesło, czy
człowiekiem, takim jak dorosła kobieta. Rzecz w tym, że nie jest ani
jednym ani drugim - i na szczęście nie może być. Próba ostatecznego
rozwiązania takich dylematów w drodze prawnych regulacji oznacza bowiem
w gruncie rzeczy likwidację etyki, rozpuszczenie moralności w prawie,
wywłaszczenie obywateli przez państwo z ich etycznych i metafizycznych dylematów.
Mówiąc o „prawach człowieka”, religijna prawica
mobilizuje na swą korzyść wiele szlachetnych emocji - współczucie dla
słabszych, poczucie odpowiedzialności za przyszłość, pragnienie, by
prawa człowieka stosowały się w sposób obiektywny i powszechny.
Przeciwnicy prawa do aborcji wydają się wpisywać w porewolucyjną logikę
poszerzania praw człowieka. Odbierzmy kobietom prawa, a właściwie tylko
jedno, mało znaczące prawo - kuszą - a świat będzie sprawiedliwszy i
bardziej uporządkowany. Nic bardziej mylnego. Zakaz aborcji nie wpisuje
się w logikę praw człowieka, lecz w zupełnie inne logiki. W logikę
„moralnego porządku”, w logikę „biologicznego” nacjonalizmu, w logikę
upaństwowienia moralności.
Kiedy prawica zaczynała mówić o
„prawach człowieka”, mogło to budzić pewne nadzieje. Niech Zły Wilk
zacznie mówić naszym językiem, to może da się go do tego i owego
przekonać. A w każdym razie będziemy mieć jakiś wspólny grunt. Dziś
wiemy, że nie ma wspólnego gruntu. Zły Wilk pozostał złym wilkiem.
Najwyższy czas zabrać mu kredę.
Artykuł ukazał się na portalu feminoteka.pl 7 listopada 2006 r.
Na podobny temat
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...