|
Paweł Pieniążek: Jesteś
przedstawicielem jednej z najaktywniejszych organizacji studenckich – Priama Dija. Jak rozwija się ruch studencki na Ukrainie? Czy młodzież
akademicka jest zainteresowana tym, co dzieje się dookoła?
Mykoła
Neczwołod: Niestety studenci są dosyć bierni, tak jak całe
społeczeństwo na Ukrainie. Po pomarańczowej rewolucji wielu ludzi
rozczarowało się ulicznymi akcjami i różni biznesmeni wyczuli w tym
interes – pojawiło się dużo opłacanych mityngów. Dlatego gdy teraz
idziesz na jakiś marsz czy akcję, to wiele osób uważa, że robisz to ze
względu na pieniądze. Wyciągnąć ludzi na taki niepłatny mityng w obronie
własnych praw jest bardzo trudno, ale – jak pokazuje praktyka – to
możliwe.
Bardzo mnie cieszy, że ruch studencki na Ukrainie
nabiera tempa. O ile w 2009 roku na akcje przeciwko wprowadzeniu
dodatkowych opłat na uniwersytetach udało się wyciągnąć tylko sto
pięćdziesiąt osób, o tyle w 2010 roku – prawie dwadzieścia tysięcy z
piętnastu ukraińskich miast. To pokazuje, że studenci zaczynają
interesować się swoimi prawami i możliwościami wystąpienia w ich
obronie.
Przeciwko czemu buntują się studenci?
Nasza
październikowa akcja była wymierzona przeciwko ustawie numer 796 o
płatnych usługach, a w listopadowej chcieliśmy przedstawić nasze
oczekiwania. Będziemy walczyć o dostęp do oświaty, czyli pełne
skasowanie ustawy o płatnych usługach, podniesienie stypendiów
(przynajmniej do minimum socjalnego), podniesienie płac wykładowców i
zmniejszenie ich obciążenia, o wolny wybór niespecjalistycznych
przedmiotów w uniwersytetach itd. Mamy nadzieję, że uda nam się stworzyć
taki ruch studencki, który będzie nie tylko bronił przed zakusami
władzy, ale i wymagał zwiększenia swoich praw.
A co jest nie w porządku w tej ustawie?
Trzeba
zacząć od tego, że analogiczną ustawę władza próbowała wprowadzić w
2009 roku, ale wtedy bardzo szybko udało nam się w całości ją
zablokować. W 2010 roku próbowano wprowadzić taką samą ustawę, w myśl
której trzeba płacić za opuszczanie zajęć, laboratoriów, organizowanie
naukowych i kulturalnych wydarzeń, za wyrobienie legitymacji i dyplomu,
za korzystanie z biblioteki, z sali gimnastycznej, a nawet – to już
całkowity absurd, „płać albo umieraj” – z punktów medycznych, żądano
opłat praktycznie za wszystko. To oczywiste, że takie propozycje nie
spodobają się żadnemu studentowi.
W 2009 roku udało nam się
zebrać ludzi i przeprowadzić bardzo udaną kampanię. Jednak tym razem
władza wykazała się sprytem, dowodząc, że uczy się na własnych błędach.
Przed protestem usiłowano doprowadzić do tego, żeby żaden student nie
wyszedł na ulicę, więc na dzień przed ogólnoukraińską akcją prezydent
Wiktor Janukowycz nakazał premierowi Mykole Azarowowi skasowanie tej
ustawy. Zmieniono najbardziej kontrowersyjne punkty, przez co duża część
studentów nie wzięła udziału w akcji.
We
Lwowie na protesty przyszło ponad pięć tysięcy osób, a w Kijowie, gdzie
mieszka cztery razy więcej ludzi, tysiąc. Do tego protest zbojkotowały
Kongres Ukraińskich Nacjonalistów i partia Swoboda, których wpływy są
nieporównywalnie mocniejsze we Lwowie niż w stolicy. Skąd wzięło się te
pięć tysięcy?
Po pierwsze, KUN i Swoboda czy jakiekolwiek
inne organizacje polityczne w żaden sposób nie mają nic wspólnego ze
studenckimi protestami, które odbyły się 12 października i 11 listopada.
My z zasady odmawiamy współpracy z politycznymi partiami, bo troszczą
się one tylko o swoje sondaże i za wszelką cenę chcą zdobyć władzę. Dla
nas najważniejsze jest stworzenie ruchu studenckiego.
Po drugie,
sytuacja we Lwowie jest dosyć specyficzna. Wcześniej organizowano tam
liczne protesty przeciwko ministrowi edukacji Dmytrowi Tabacznykowi,
więc studenci byli po solidnej rozgrzewce. Jednak ten protest – z czego
jesteśmy bardzo zadowoleni – nie był skierowany wyłącznie przeciwko
samemu Tabacznykowi, dlatego że taką samą ustawę usiłowano wprowadzić w
2009 roku, gdy ministrem oświaty był Iwan Wakarczuk, a premierem Julia
Tymoszenko. W 2010 roku tę ustawę przejął nowy rząd. Okazało się, że
różne polityczne siły w jednakowy sposób chcą dorobić się na studentach.
To oznacza, że protestowanie przeciwko jakiejś konkretnej osobie nie ma
sensu, bo to nie kwestia jednego człowieka, a całego systemu.
Nagłe wykreślenie zapisów z ustawy numer 796 pokazało, że władza obawia się studentów?
Tak,
uważam, że władza i administracja uczelni boją się nas. Wiele osób
odwiedzających naszą stronę to właśnie urzędnicy. Nasi aktywiści nieraz
widzieli w gabinetach dziekanów i rektorów wydruki artykułów z naszej
strony. Władza musi liczyć się z Priamą Diją i innymi organizacjami
studenckimi, więc śledzi naszą działalność i próbuje jakoś na nią
reagować.
Najważniejszym zadaniem Priamoj Diji jest zorganizowanie buntu?
Nie,
najważniejszym zadaniem jest zbudowanie na Ukrainie naprawdę
niezależnego i potężnego ruchu studenckiego, w którym oprócz studentów
znajdą się także wykładowcy akademiccy. Chcemy pokazać, że można walczyć
o swoje prawa i budować prawdziwy samorząd.
Aktualnie na
Ukrainie nie ma praktycznie żadnej niezależnej, oddolnej organizacji
studenckiej. Istnieją tylko związki zawodowe i samorządy studenckie,
które są w pełni zależne od administracji uczelni. Wykonują wszystko, co
im nakazuje administracja – zajmują się rozdawaniem biletów do metra i
przeprowadzeniem raz do roku jakiegoś kulturalnego wydarzenia, na
przykład wyborów miss studentów – ale nie ma mowy o jakiejś prawdziwej
walce o prawa studentów.
Wspomniałeś, że wykładowcy też angażują się w waszą działalność. Było ich wielu podczas październikowych protestów?
Uważam
to za ogromny sukces, że wykładowcy zaczynają interesować się ruchem
walczącym o sprawiedliwy dostęp do oświaty. Niestety, tym razem
wykładowców było dosyć mało. Mimo że nie udaje się ich jeszcze
odpowiednio zmobilizować, to mamy wśród nich wielu sympatyków.
Przeważnie dlatego nie chcą się zbytnio angażować, bo obawiają się
konfliktów z administracją.
A Wy nie padacie ofiarą administracji uczelni albo władz państwowych?
Czasami
mamy problemy, ale i tak jest ich dużo mniej niż na początku, gdy
czuliśmy ogromny nacisk ze strony administracji uczelni.
Najgłośniejszy
skandal był w Kijowskim Uniwersytecie Narodowym im. Tarasa Szewczenki.
Chcieliśmy tam stworzyć klub filmowy i jako związek zawodowy domagaliśmy
się swoich praw – udostępnienia pomieszczenia i gablot informacyjnych.
Po czym, jak przyznaje administracja, rozpoczęto wojnę przeciwko nam.
Wywierano nacisk na członków związku, zwolenników, nawet na ich
rodziców, którzy wykładają na uniwersytecie. Oprócz tego związkiem
zainteresowała się Służba Bezpieczeństwa – zaczęły się telefony do
naszych aktywistów. Raz z naszym aktywistą spotkał się pracownik SBU i
powiedział, że jeśli Priama Dija będzie się dalej tak rozwijać, to
„trzeba będzie ją jakoś ukrócić”.
Po tym zajściu postanowiliśmy
przeprowadzić międzynarodową kampanię solidarności z Priamą Diją. To
dało bardzo dobre rezultaty – zorganizowaliśmy konferencję prasową, na
której przedstawiliśmy wszystkie przypadki nacisku. W wielu państwach,
także w Polsce, przeprowadzono akcje wsparcia. Nadesłano wiele listów z
wyrazami poparcia. Po tej akcji naciski rzeczywiście ustały, tak ze
strony SBU, jak i administracji. Teraz jest już spokojnie.
Skąd wziął się pomysł na taką organizację?
Idea
powstała w kole anarchistów, którzy nie zgadzali się na nieobecność
ruchu studenckiego na Ukrainie. Widzieli silne związki zawodowe i
samorządy w Europie, ciągłe protesty studentów i stwierdzili, że na
Ukrainie też trzeba zrobić coś takiego. Nazwę przyjęli na cześć
organizacji studenckiej, który funkcjonowała w połowie lat
dziewięćdziesiątych. Nowa Priama Dija powstała w 2008 roku.
Skąd bierzecie pieniądze na waszą działalność?
Działalność
związku w całości jest finansowana z dobrowolnych wpłat członków
Priamoj Diji. Nie sponsoruje nas żadna partia ani organizacja, wszystko,
co robimy, pochodzi z pieniędzy związku i jego aktywistów.
Czy protest z 12 października to Wasz największy sukces?
W
czasie istnienia związku to był największy sukces. Razem z wieloma
organizacjami pozarządowymi i studenckimi zmobilizowaliśmy około
dwudziestu tysięcy studentów. Dla porównania, w 2009 roku przeciwko
takiej samej ustawie w Kijowie protestowało tylko stu pięćdziesięciu
studentów, w 2010 roku było ich ponad tysiąc.
Przyniosło to wiele
pożądanych rezultatów. Oprócz tego, że władza musiała zmienić
najważniejsze zapisy ustawy, udało się pokazać studentom, że realny
protest jest możliwy i może przynieść efekty.
Poza protestami próbujecie jakoś wpływać na legislację?
Oczywiście,
działalność Priamoj Diji i organizacji, z którymi współpracujemy, nie
ogranicza się tylko do ulicznych demonstracji. Na przykład w listopadzie
odbyła się konferencja prasowa na temat równego dostępu do oświaty i
walki o nią. Bierzemy udział w okrągłych stołach z politykami, z
ministrami. Organizujemy spotkania i dyskusje ze studentami. Prowadzimy
systematyczną pracę we wszystkich możliwych kierunkach. W żadnym
przypadku nie można ograniczać się do demonstracji ulicznych, bo to
stanowczo za mało.
Organizacje studenckie najprężniej działają w Kijowie?
Jak
na razie tak, ale teraz na Krymie powstaje niezależny związek
studencki, z którym aktywnie współpracujemy. Rozmawiamy też z innymi
miastami, w których brakuje takich organizacji. Spodziewamy się rozwoju
związków.
—
Mykoła Neczwołod studiuje prawo na Kijowskim Uniwersytecie Narodowym im. Tarasa Szewczenki; jest aktywistą Priamoj Diji od 2008 roku.
Współpraca: Katarzyna Kaczyńska
Wywiad ukazał się na witrynie „Nowa Europa Wschodnia”.
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...