|
Organizacje z całej Europy piszą do Brukseli. Chodzi o kolejny protest w sprawie obowiązkowego zatrzymywania tzw. danych transmisyjnych, czyli informacji o szczegółach wszystkich rodzajów połączeń elektronicznych. Co to oznacza w praktyce? Operatorzy sieci i dostawcy publicznie dostępnych usług telekomunikacyjnych muszą przechowywać wszystkie informacje niezbędne do ustalenia kto, kiedy, gdzie, z kim i w jaki sposób się połączył lub próbował połączyć. W przypadku sieci telefonicznych są to takie dane, jak numer telefonu, czas połączenia czy stacja przekaźnikowa w zasięgu której znajdował się wykonujący i odbierający połączenie. W przypadku Internetu mówimy tu o blisko 60 rodzajach śladów elektronicznych, jakie pozostawiają po sobie użytkownicy w różnych miejscach sieci.
Skąd pomysł retencji w Unii Europejskiej i komu się nie podoba? Obowiązek powszechnej retencji danych telekomunikacyjnych wynika z przepisów Unii Europejskiej, chociaż nie wszystkie państwa członkowskie i nie wszyscy członkowie i członkinie Parlamentu Europejskiego poparły wprowadzenie tej regulacji. Kontrowersyjną Dyrektywę z 2006 roku o retencji danych przyjęto na fali zintensyfikowanej po zamachach w Madrycie i Londynie wojny z terroryzmem. Temat wraca teraz na forum Komisji Europejskiej za sprawą Niemiec, gdzie Trybunał Konstytucyjny zakwestionował ustawę, która wdrażała tę dyrektywę, jako niezgodną z konstytucją. Sędziowie powołali się na ochronę tajemnicy korespondencji i nieproporcjonalne do celu ograniczenie wolności obywatelskich. Uruchomiło to w Niemczech swoisty ruch społeczny przeciwko obowiązkowi retencji danych. Organizacje broniące praw człowieka i aktywiści domagają się zmiany obowiązujących zasad opierających się na założeniu, że każdy z nas nosi bombę w plecaku, na oparte na staromodnym domniemaniu niewinności. Dane transmisyjne nie powinny być gromadzone „na wszelki wypadek”, a co najwyżej zabezpieczane na potrzeby ewentualnych postępowań i udostępniane dopiero w ich toku, pod kontrolą prokuratora lub sądu. Dyrektywa z 2006 roku była przyjmowana w atmosferze dużego napięcia pomiędzy tymi, którzy uwierzyli, że jest to konieczne poświęcenie w wojnie z terroryzmem, a resztą, która widziała w niej przede wszystkim nieproporcjonalne do spodziewanych korzyści ograniczenie praw człowieka. Do obozu sceptyków w 2006 r. należeli nie tylko tradycyjnie podejrzani – europejscy Zieloni, Internet Society i organizacje pozarządowe broniące praw człowieka – ale w równym stopniu organy ds. ochrony danych osobowych z poszczególnych państw członkowskich. Grupa robocza zrzeszająca europejskich odpowiedników GIODO (w tym nasza ówczesna pani inspektor) wystosowała wtedy do Komisji Europejskiej bardzo krytyczną opinię, której nie podzieliła Komisja Europejska. Zadecydowano, że szczegółowe informacje na temat wszystkich połączeń telefonicznych i ruchów wykonywanych przez każdą osobę w Internecie będą zatrzymywane, a następnie przechowywane w celu ich udostępnienia służbom, o ile wystąpi taka potrzeba. Niektóre państwa, w tym Polska, gorliwie wdrożyły ten obowiązek w zakresie nawet szerszym, niż wynikałoby z samej dyrektywy. Obecnie zatrzymujemy dane o ruchu w Internecie na ogólne potrzeby prewencji kryminalnej, a dostęp do nich mają wszystkie służby specjalne bez nadzoru prokuratora czy sądu. Jakie argumenty mają przeciwnicy retencji? Po kilku latach funkcjonowania reżimu obowiązkowej retencji danych w całej Europie pojawiają się coraz mocniejsze argumenty za rezygnacją z tego kontrowersyjnego narzędzia. Przede wszystkim szczegółowe informacje na temat kontaktów (włącznie z biznesowymi), przemieszczania się i życia prywatnego (np. kontaktów z lekarzami, prawnikami, radami pracowniczymi, psychologami, telefonami zaufania) 500 milionów Europejczyków są zatrzymywane i przechowywane. Retencja danych narusza zasadę poufności w kontaktach profesjonalnych, ponieważ w każdej chwili szczegóły dotyczące tego kto z kim, jak długo i jaką metodą rozmawiał mogą zostać ujawnione „uprawnionym organom”. Poza tym obowiązek retencji danych podważa również zasadę ochrony źródeł dziennikarskich, ograniczając tym samym wolność prasy. Koszty ekonomiczne retencji danych ponosimy ostatecznie sami, jako konsumenci usług telekomunikacyjnych. Państwa nie rekompensują dostawcom usług kosztów przechowywania danych na serwerach i obsługi zapytań kierowanych do nich przez służby. A przedsiębiorcy przerzucają je ostateczne na swoich klientów. Powszechna retencja danych okazała się być narzędziem zbytecznym, a nawet szkodliwym w wielu państwach Europejskich. Wycofały się z niej lub ograniczyły ten obowiązek Austria, Belgia, Niemcy, Grecja, Rumunia i Szwecja. Badania pokazują, że działania prewencyjne i dochodzeniowe można prowadzić równie skutecznie korzystając z odpowiednio dobranych, mniej inwazyjnych instrumentów. Jednym z nich jest zabezpieczenie danych na potrzeby ewentualnych przyszłych postępowań karnych przewidziane w Konwencji Rady Europy o zwalczaniu cyberprzestępczości.
—
Katarzyna Szymielewicz - prawniczka i aktywistka. Absolwentka WPiA Uniwersytetu Warszawskiego oraz School of Oriental and African Studies. Prezeska Fundacji Panoptykon, działającej na rzecz ochrony praw człowieka wobec zagrożeń związanych z rozwojem społeczeństwa nadzorowanego.
Na podobny temat
|
Gdy Chrystus umierał na krzyżu raze...
Zupełnie jakbym słyszał pana Gadomski...